Są ich już setki jeśli nie tysiące, zwerbowanych z obietnicą wysokich zarobków przez najrozmaitsze biura pośrednictwa w Polsce. Wymagana znajomość języka, podstawy pielęgnacji, doświadczenie w kontaktach ze starszymi ludźmi, cierpliwość, chęć do tych niełatwych zajęć i oczywiście świadectwo zdrowia, nienaganna opinia w miejscu zamieszkania, bądź na ostatnim stanowisku pracy. Mile widziane także wszelkie rekomendacje. Podczas rozmów kwalifikacyjnych kandydatki są odpytywane z koniecznych umiejętności i bacznie obsewowane.

 

To tylko namiastka egzaminu, próba  zaledwie powierzchowna, pospieszna zwykle i nietrafna  w ocenie zachowań i charaktrów reflektantek. To tylko przygrywka do zadań, które predyspozycji wyjątkowych wymagają i nawet najbardziej odpornych potrafią po pewnym czasie zmóc psychicznie. Dziewczyny przechodzą jednak w większości przez te nazwijmy eliminacje i wyjeżdżą w świat, o którym pojęcie mają nikłe, do pracy trudnej, odpowiedzialnej, całodobowej. Wymieniają się na swych stanowiskach, stale uczą czegoś nowego i poprawiają w czynnościach, które nie tak sobie wyobrażały i wymarzyły.

 

Nie spacery przecież, porządki drobne, zakupy i rozmowy przyjemne, czy koncerty są istotą owej opieki. Tu chodzi o troskliwe przejęcie odpowiedzialności i sensowne zorganizowanie czasu osobom wiekowym, ciężko chorym i dostatecznie życiowo doświadczonym, przy tym, niekiedy trudnym, złośliwym, osamotnionym. Zatem trzeba i obeznania ludzkiej psychiki, pewnej życiowej wiedzy o człowieku i jego zachowaniach. Kto nie mieszkał w Niemczech, nie poznał tutejszych obyczajów, nawyków i stylu życia, dla tego wiele jest trudności i problemów. Stąd kłopoty, przykrości i komplikacje najróżniejsze, których nie sposób przewidzieć.

 

Hanna i Maria obie czterdziestokilkulatki spod Bydgoszczy zdecydowały się podjąć ów trud i wyjechały do Niemiec. Zmotywowała je do tego kroku, nie chęć niesienia pomocy, owe samarytańskie, jak się mówi, powołanie, ani też potrzeba sprawdzenia się w nowych warunkach życiowych, lecz beznadziejna sytuacja materialna. Obie przeszły krótki, intensywny rzec można, kurs języka niemieckiego, który dofinansował Urząd Pracy, pożyczyły od rodziny i znajomych nieco pieniędzy i przyjechały do seniorek w Buchholz pod Hamburgiem. Miały pracować przez dwa miesiące w domach swych podopiecznych i po dwumiesięcznej przerwie w kraju,  ponownie przejąć obowiązki opieki. Przemiennie po prostu. Ich zmienniczkami okazały się koleżanki w tym samym wieku z Ostrowa Wielkopolskiego.

 

Hanna z wykształcenia higienistka szkolna zajęła się panią po wylewie z lewostronnym częściowym paraliżem, a Maria,  była nauczycielka wychowania fizycznego, zamieszkała u chorej z rozmaitymi starczymi dolegliwościami, które ciągłej medycznej wymagają troski. Przybyły do osób z pozoru sympatycznych, ale też na tyle niedysponowanych, że obowiązków przypadło na nie aż za wiele.

 

Miały to szczęście, że w opiece tej trafiły na Polkę -  egzaminowaną opiekunkę osób starszych, wykształconą w Grone – Schule w Hamburgu. Ta pracując ambulatoryjnie w miejscowej stacji Niemieckiego Czerwonego Krzyża, stała się ich życzliwą doradczynią, koordynatorem i prowadzącą. Bez jej rad i przewodnictwa nie podołałyby niełatwym zadaniom. Ewa podała im swój prywatny numer telefonu i nie szczędziła czasu, by fachowo doradzić to i owo pokazać, najistotniejsze kwestie wytłumaczyć, pośredniczyć w rozmowach z lekarzami i rodziną.

 

To piękny przykład zachowania i zrozumienia, bo nie wszystkie nasze rodaczki potrafią ze sobą współpracować, wzajemnie sobie pomagać i ufać sobie. Jesteście z Polski, musicie więc dać świadectwo pracowitości i solidności. To nie są wasze matki, więc nie należy się za bardzo angażować emocjonalnie, ale trzeba być „korrekt”, nawet więcej niż poprawnym, by niczego nam nie zarzucono, powtarza Ewa.

 

W swej pracy ma dwudziestoletnie niemal doświadczenie, więc doskonale rozumie w czym i gdzie pojawią się problemy. A było ich sporo, od samego rana do wieczora w owym domu, w którym na piętrze przypadło Hannie wygodne i starannie urządzone mieszkanko. Wstawać należało przed szóstą. Zakładanie kompresyjnych pończoch, poranna toaleta, pomoc przy ubieraniu, śniadanie, podanie lekarstw, potem krótki odpoczynek i spacer, ewentualnie wizyta u lekarza, przygotowanie obiadu, porządki, podwieczorek.... To jest masa czynności, które wymagają czasu, właściwego rozplanowania, to także szereg nieprzewidzianych zachowań i sytuacji, do których trzeba cierpliwości i wyrozumiałości. Wszystko należało dokumentować, być czujnym i przewidującym jak na ważnym posterunku pracy.

 

Hanna miała wiele problemów z porozumieniem się, z nawiązaniem kontaktu ze swoją chorą seniorką. Mało co z tego co ugotowała, smakowało starszej pani, przy tym ta powtarzała stale: nie chcę, nie rozumiem, nie wiem, nie rozumiem... Dwukrotnie w ciągu pierwszego miesiąca przewróciła się i trzeba było jeździć na rentgenowskie prześwietlenie w obawie, że złamała biodro. W końcu za radą pielęgniarki Ewy pozwoliła, by nakładać jej ochronne majteczki ze specjalnymi plastikowymi tarczami po bokach i buty na odpowiednich podeszwach, a także zdjąć dywan w przedpokoju i sypialni. Hania przez pierwsze dwa miesiące płakała w poduszkę, zastanawiając się, dlaczego nie doznaje żadnej wdzięczności, nie słyszy słowa dziękuję, nie widzi uśmiechu na ustach osoby, której usługuje z niewolniczą pokorą i oddaniem.

 

Na dodatek wiele rzeczy w tym domu przypominało czasy minione, czasy II wojny. Na ścianie w salonie wisiała barwna mapa Prus Wschodnich, na konsolkach, stolikach i serwantce stały zdjęcia umundurowanego niemieckiego oficera, plan koszar w Danzig Langfuhr i olejny obraz krzyżackiego zamku w Malborku w zimowej scenerii. W albumie kartki z pozdrowieniami z Warschau, Danzig i Marienburga z lat 1939 -  1941. Tu i ówdzie pamiątki z tamtych czasów. O nic nie pytała, ale czuła w sobie jakiś ciężar niedopowiedzeń bolesnych i wspomnień znanych na szczęście, jedynie z lektur szkolnych, filmów i lekcji historii. Ileż razy rozmyślała i o swojej siedemdziesięcioletniej, schorowanej matce, której nikt nie podaje wielokrotnie w ciągu dnia soków, obranych srebrnym nożykiem owoców ułożonych w kwiatuszek na drogiej porcelanie, ani migdałowych ciasteczek do kawy pochodzącej jedynie z Wenezueli. Wspominała babcię, której nie wystarczało na lekarstwa i nigdy w życiu przy jej reumatyzmie nie poddano leczniczym zabiegom. Serce ściskał żal, wzmagała się tęsknota, rodziło poczucie przygnębienia, zaniżonej samooceny, nieuzasadnionych win.

 

Prawie dziewięćdziesiącioletnia starannie wyczesana dama z brylantowym pierścionkiem na serdecznym palcu przyglądała jej się z uwagą i marsową miną, ale też coraz posłuszniej poddawała się jej poleceniom i prośbom. Zaakceptowała jej obecność. Kiedy po dwumiesięcznej przerwie Hanka ponownie pojawiła się w jej domu ta rozwarła ramiona na znak radości i po raz pierwszy pozwoliła się przytulić serdecznie.

 

Maria także nie miała łatwo. Po roku dopiero potrafiła na całą swą pracę spojrzeć z dystansu. Początkowo zbyt emocjonalnie wszystko przeżywała. Najwięcej kłopotów i obaw sprawiała jej kolostomia pacjentki po operacji jelita grubego. Z uwagą zmuszona była też śledzić poziom cukru chorej, podawać insulinę, dbać o dietę, aktywizować ją, uważać na każdą zmianę na skórze i każdy jej krok, bo ta cierpiała także na retinopatię. Miała zaburzenia widzenia i bywało, że także się potykała. I choć do domu tego przychodziła często wykwalifikowana pomoc medyczna, to jednak problemów było sporo, a te pozostawione były Marii. 

 

Na dodatek uporać się przyszło z synem i synową staruszki. Ci traktowali Marię z rezerwą, a nawet swoistą ignorancją. Odnosili się do niej początkowo tak, jakby była ograniczona umysłowo, albo niedouczona i prymitywna. Dziwili się, że posiada nowoczesny, w Polsce zakupiony mobilny telefon. Pytali czy wie, jak się robi niemiecką sałatkę ziemniaczaną,  jak odgrzewa chińską mrożoną zupę, czy potrafi uruchomić toster, ugotować jajka w elektrycznym pojemniku, czy da radę obsługiwać elektryczną szczoteczkę do zębów i czy jedwabną bieliznę osobistą mamusi prasuje dostatecznie chłodnym żelazkiem, by przedwcześnie jej nie zniszczyć? Zawsze przynosili ze sobą pudełko lubeckich marcepanów, pomarańczowy likier i kazali seniorce słuchać Mozarta. Oni sami siedzieli przez dwie godziny w milczeniu rozparci na sofie z kieliszkami w rękach. Któregoś dnia Maria nie wytrzymała i powiedziała wprost: Dosyć tego teatru, który nie ma nic wspólnego z autentyczną troską, ani miłością! Sprawiacie państwo więcej szkody niż pożytku swymi tu przyjazdami i utrudniacie mi pracę. Pożyteczniej byłoby przejść się z mamą po ogrodzie, potrzymać ją za ręce, a nawet do kościoła, do pobliskiego St. Paula się udać. Spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.  Tak moi państwo, - dodała – proszę się zastanowić i zmienić, bo tak dalej być nie może! To jest nienormalne i na dodatek przeciw europejskiej kulturze! Europejskiej kulturze! -  powtórzyła nie wiedzieć czemu z należnym akcentem. Poskutkowało! Teraz przychodząc w odwiedziny, witają się z Marią, zawsze uprzedzają o wizycie, pytając, czy nie będą przeszkadzać i jak mają się zachowywać.

 

Zatem nie jest to wszystko proste, ani łatwe, ani też przyjemne. To trzeba po prostu poznać, przeżyć i przemyśleć. Polki będą nadal do Niemiec przyjeżdżały, będą przeżywać rozczarowania, ale też doznawać satysfakcji i przywozić do swych polskich domów całkiem niemałe pieniądze wraz z dobrym doświadczeniem i nauką. Takie czasy i obyczaje, taka smutna rzeczywistość. I tylko zastanowić by się należało, w jaki sposób potencjał tak cenny jak owe rezolutne i pracowite dziewczyny wykorzystać z pożytkiem dla naszego kraju i jego zaniedbanych, często osamotnionych i schorowanych, pozbawionych właściwej opieki medycznej obywateli.   

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK