Tak mówią o sobie tutejsi moi znajomi, grupa piętnastoosobowa ciekawa ludzi i świata, aktywna i zgrana. Spotykają się raz w miesiącu w ustalony wcześniej weekend i wyruszają na krótką wycieczkę krajoznawczą po Niemczech. Jadą nie na dłużej niż dzień lub dwa, a więc niezbyt daleko i nie za nadto kosztownie. Zawsze realizują interesujące i jakże pouczające cele poznawcze.

 

Dla siebie to robią, dla przyjemności, które życie urozmaicają i wspólną napawają uciechą. Potrzeba wyjazdów wykształciła w nich swoistą dyscyplinę. Prześcigają się w poszukiwaniu ciekawych i wartych ujrzenia zakątków, czytają, pytają, uczą się wzajemnego zrozumienia, dbają o kondycję fizyczną i psychiczną. Skąd to się wzięło? Kto był inicjatorem czy też pomysłodawcą tych wycieczek?

 

Okazuje się, że zadecydował przypadek. Agnieszka Brandt – uczennica jednego z hamburskich gimnazjów była przed trzema laty ze swą klasą w Padebornie. W następstwie tego wyjazdu uczniowie mieli za zadanie przygotować, w różnorodnych formach, dla szerszej publiczności, prezentację tego, co podczas szkolnej przejażdżki poznali. Agnieszce i jej koleżance Marysi Raschynski przypadł do wykonania opis postaci z okna transeptu padeborskiej katedry. Przygotowując się do tego zadania, tak się obie przejęły, że nawet swoje rodziny zaabsorbowały owymi rzeźbami. Przy tym tyle naopowiadały o pięknie katedry, tamtejszego wirydarza, o oknie z zajączkami, o Karolu Wielkim i wizycie św Jana Pawła II  tamże w roku 1996, że rodzice postanowili pojechać i wszystko to naocznie obejrzeć.

 

Owe figury okienne, przywodzą na myśl bajkowe postaci: dzika trąbiącego w róg, zająca grającego na skrzypcach, żurawia usuwającego kość z gardła wilka i lisa przebranego za absolwenta i odbierającego dyplom. Faktycznie zasługują na przemyślenia i  budzą od wieków ciekawe i wciąż aktualne spekulacje.

 

Brandtowie wybrali się więc ochoczo zabierając ze sobą do Padebornu sąsiada i  znajomych, ci córkę studentkę z koleżanką. Dołączyli do nich Raschynski z dziećmi i ich kuzynka Sonia z przyjacielem Arturem Kratochwilem i jego bratem Konradem. Wyprawa w cztery samochody była tak udana i tyle przyniosła im wrażeń, że postanowili częściej jeździć grupowo „na zwiedzanie”.

 

Wkrótce uznali, że najlepiej będzie podróżować koleją, korzystając z tanich weekendowych biletów. Taki rodzaj krajoznawczych podróży przypadł im na tyle do gustu, że po jakimś czasie już nie wyobrażali sobie bez nich życia. Wszyscy, którzy dowiadywali się o ich eskapadach, o poznanych przez nich miejscach i rozmaitych, zabawnych przygodach jakie towarzyszyły tym przedsięwzięciom, postanowili pójść w ich ślady. Zawiązała się nagle grupa ponad dwudziestoosbowa, której entuzjazm był wprost niepohamowany.

 

Niestety, Horst Riesenberg, sąsiad –  Brandtów, przemiły starszy Niemiec,który także wyraził swój akces w podróżujących zespole uznał, że tak liczna ferajna nie „sprawdzi się w  działaniu”.  Tłumaczył, że za obszerne to grono , że  mogą być problemy przy wejściach do muzeów, że to nie sprzyja koncentracji i rozprasza, utrudnia, dezorganizuje, komplikuje, a i te tanie bilety są na pięć osób każdy... Nastąpiła więc redukcja członków, doszło nawet do sporów i trwających niepotrzebnie do dziś zartargów towarzyskich. Proces dopasowywania się tego kolektywu – jeśli tak rzec można -  trwał niemal rok.

 

Wreszcie pozostali tylko ci sprawdzeni, zdyscyplinowani w pewien sposób i we wspólnym zamyśle wytrwali. Właśnie oni stworzyli drużynę, a może i załogą to nazwać, która nie poprzestała na samych tylko podróżach, ale stworzyła pewien styl życia, wyznaczyła zadania i wykształciła w jednych poczucie zbiorowej odpowiedzialności, w innych przyjazną zażyłość, lub pełną troski empatię. Wszyscy z zadowoleniem zjednoczyli się we wspólnym działaniu uznając, że jest ono pożyteczne i dla  doskonałego samopoczucia konieczne. Nikogo nigdy nie dziwiło pomysłowe to traperstwo, raczej budzi stale poszanowanie i akceptację.

 

W weekendy wiele osób w Niemczech organizuje sobie podobne wędrówki. Ta „paczka” jest jednak wyjątkowa. Zdarzało się, że pytano ich jak się nazywają, kogo reprezentują, w jakim są zrzeszeniu, na kogo wystawiać faktury, do kogo kierować  pisma i informacje... A może by się zarejestrować? Statut opracować? Jak mamy się nazywać: Wagabundy? Globetrotter Bande? Dreptusie? Bywa, że na pytanie o to, jakim mianem i adresem opatrzyć pismo, do kogo je kierować, jak zwracać się w rozmowie telefonicznej odpowidano  ze śmiechem: „Riesenbergs Club Hamburg” 21075 Harburg... Faktycznie, pan Horst Riesenberg wykazuje niebywałą aktywność w tym polsko - niemieckim, ale bardziej polskim zespole. Nie chce być kierownikiem, ani przewodnikiem, żadnym szefem, czy też przywódcą, ale nie ulega wątpliwości, że to on jest dyrygentem owej dobrze zgranej orkiestry. Przed każdym wyjazdem drukuje informatory dotyczące czasu trwania podróży, trasy wędrówek, miejsca odpoczynku, kolejowych przesiadek i przesyła wszystkim zainteresowanym. Jest koordynatorem i czołowym reprezentantem towarzystwa.

 

Skarbnikiem został Artur Kratochwil - Niemiec o polskich korzeniach, młody nauczyciel, władający pięcioma językami. To dzięki niemu są zawsze na czas sumiennie rozliczeni finansowo i o wysokości kosztów informowani, a na dodatek poznają i dogadują się z napotkanymi w podróżach Japończykami.  

 

Jego brat Konrad - lekarz  z Wandsbeku czuwa, kiedy tylko jest obecny, nad zabezpieczeniem medycznym. Agnieszka Brandt jest „członkiem z doskoku”, bo ze względu na studia nie zawsze odpowiadają jej terminy tych uroczych ekspedycji, ale jej rodzice uczestniczą we wszystkich poza Hamburg wypadach. Marysia Raschynski chce wciągnąć do tej „paczki”  młodego polskiego zakonnika z uniwersytetu w Getyndze, ale trzeba czekać na... wolne miejsce, takie z listy rezerwowych.

 

Tak się u nich porobiło! Niezrzeszeni, lecz rozgrzeszeni - jak mówi o nich ów dominikanin Marek Bonawentura Chodźko, który był z tą konfraterią niedawno na ”Majówce” w Worpswelde koło Bremy. Tam właśnie, gdzie w końcu XIX wieku uplasowała się ta cudowna artystyczna kolonia i gdzie twórczo czas spędzał Maria Rainer Rilke. Sympatyczny „braciszek zakonny”przywiózł im niedawno z Poznania zabawne identyfikatory - wykonane w metalu z emalią - postacie grającego na skrzypcach zająca. Identyczne jak ta bajkowa figurka z padeborskiej katedry.

 

I jakże nie cieszyć się że są tacy oto niezrzeszeni, a przecież... rozgrzeszeni! Też byśmy tak chcieli – mówi wielu i wciąż dumają od czego i jak zacząć. Samo myślenie to za mało, więc czekają na jakiś szczęśliwy przypadek, na losu zrządzenie, które ich w świat powiedzie. Też dobrze, ale najlepiej już jutro zwołać kumpli, spakować małe plecaki, wziąć wygodne buty, dobry nastrój i wyruszyć przed siebie, w trasę. No i wierzyć, że to co nieznane, wkrótce nas zauroczy i stanie się swojskie - znajome! 

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK