W tym szczególnym miesiącu – listopadzie mamy czas na refleksję i zadumę, odświeżenie pamięci o bliskich, znajomych i nieznajomych, których nie ma wśród nas.  Zapalając znicze zastanawiamy się nad ulotnością ludzkiego życia, które, jak mówi Seneka,  „jest  tylko podróżą do śmierci...”. Od tej gorzkiej prawdy nikt z nas nie ucieknie. 

 

Dziś tradycyjnie odwiedzamy groby najbliższych. Wspominamy także innych, którzy odeszli od nas na zawsze. Człowiek żyje tak długo, jak długo żyje pamięć o nim. I choć nie każdy tworzy wielkie dzieła, to każdy tworzy jakąś historię. Los piłkarza z klubu sportowego FKS Stali Mielec i KS Olimpia Berlin -Kazimierza Polaka odsłania smutne strony życia na emigracji.

 

Kazimierz Polak opuszczając swoje rodzinne gniazdo, naraził się na pójście w niepamięć, a tym samym przestał de facto istnieć dla dawnych kolegów i przyjaciół. Zainteresowanie jego osobą z upływem czasu coraz bardziej malało. Każdy z nas ma własną rzeczywistość, być może nie pielęgnował kontaktów. Prawdziwych powodów nie znamy, w relacjach międzyludzkich dbałość o więzi z najbliższymi są wartością bezcenną.

 

Gdy zamieszkał w Berlinie, grał w piłkę nożną w klubie Olimpia Berlin. Od roku nie ma go wśród nas, nie żyje. Jego historia życia jest mało komu znana, zwłaszcza ostatnia droga życia.

 

Kazimierz Polak zmarł w całkowitej samotności, która być może była jego własnym wyborem. Los nie był dla niego zbyt łaskawy, najbliższa rodzina nie utrzymywała z nim kontaktów. Miał za sobą skomplikowane życie, w którym były dobre i złe chwile. Jakoś sobie radził, nie był ciężarem dla innych.

 

Spotkało go najgorsze, co może na obczyźnie człowieka spotkać - nieuleczalna choroba, brak uregulowanego pobytu, brak ubezpieczenia zdrowotnego. Pomoc w tej dramatycznej sytuacji była wręcz konieczna, tylko kto miał mu pomóc? W chorobie można temu drugiemu podarować uśmiech, miłe słowo, okazać miłość, jakiej uczył papież Jan Paweł II: ”Starajmy się tak postępować, by nikomu nie brakowało dachu nad głową i chleba na stole, by nikt nie czuł się samotny, pozostawiony bez opieki.” Zwłaszcza w sytuacji, kiedy dowiadujemy się, że nie ma ratunku dla chorego. Wystarczy po prostu towarzyszyć choremu do ostatnich chwil życia. Nie każdy to potrafi. Polonijny działacz Andrzej Pakuła znany z wielokrotnie organizowanych akcji charytatywnych potrafi. Bezinteresownie poświęcił czas bliźniemu, w tym wypadku naprawdę do grobowej deski. Wielu z nas nie wytrzymałoby ciężaru psychicznego, on dał radę! Nie liczył kosztów, czasu, trwał do końca, nie poddawał się. Postawa, jakiej na co dzień szukać z przysłowiową świeczką.  Miał szczęście Kazimierz Polak, że znał się z Andrzejem. On go nie opuścił w chorobie, odwiedzał i godnie pochował. A nie było to łatwe zadanie, znawcy tematu mówili, że bez szans na powodzenie.

 

Kiedy zmarł Kazimierz Polak, administracja szpitala nie miała kogo poinformować o zgonie. Pakuła pojawił się w momencie, kiedy przygotowywano procedury anonimowego pochówku. Szybko zareagował i natychmiast powstrzymał urzędowy pochówek. Sam nie wiedział jeszcze, jakie kroki ma podjąć. Jedno mu tylko w głowie świtało, nie dopuścić, by ciało Rodaka spoczywało na cmentarzu z numerem identyfikacyjnym. Anonimowo, w dodatku na obczyźnie, bez śladu. Nie było to zadanie ani łatwe, ani możliwe do zrealizowania. Żaden urzędnik nie dawał nadziei. On jednak dokonał rzeczy niemożliwej. 

 

Póki piłkarz żył, Andrzej Pakuła zajął się wraz z innymi zaprzyjaźnionymi prawnikami umorzeniem rachunków za leczenie. Udało się! Gorzej było z wydaniem zwłok, praktycznie szanse na wydanie obcemu człowiekowi były zerowe. W końcu jednak Kazimierz Polak został godnie pożegnany z całym ceremoniałem obrzędowym w polskim kościele w Berlinie. Parę osób zaangażowało się w sprawę, przede wszystkim były konsul Mariusz Skórko, proboszcz Marek Kędzierski z Polskiej Misji Katolickiej, z klubu Olimpia Berlin prezes Arkadiusz Stawiński wraz z kolegami oraz proboszcz parafii w Bobrownikach w Polsce. No i osobiście Andrzej Pakuła z małżonką Anią.

 

Pod kościołem polskim szybko zorganizowano zbiórkę pieniędzy na uregulowanie rachunków za prosektorium, kwiaty i przewóz urny z prochami do Polski, do rodzinnych stron piłkarza. Darczyńców nie było za wielu, ale wystarczyło, by zorganizować w Berlinie uroczystość żałobną z kwiatami, z polską flagą, zapalonymi świecami i muzycznym akcentem. W ostatniej drodze Kazimierza Polaka towarzyszyła garstka ludzi, jej uczestnicy byli mocno poruszeni pożegnalną mową proboszcza Marka Kędzierskiego oraz bohatera całej akcji - Andrzeja Pakuły.  Zadbano o poczet sztandarowy, który nieśli koledzy klubowi.  Na marginesie wspomnę, że wysyłane e-maile do kolegów z drużyny: Grzegorza Laty- wówczas prezesa PZPN, senatora Piechniczka i posła Jana Tomaszewskiego oraz dyrekcji klubu sportowego Stali Mielec pozostały bez echa.

 

Tymczasem urna z prochami Kazimierza Polaka pojechała samochodem prywatnym do rodzinnego miasteczka Bobrowniki na Śląsku, gdzie po raz drugi odbyła się ceremonia pogrzebowa dzięki proboszczowi tamtej parafii. Dziś urna z prochami spoczywa w grobowcu u boku rodziców, opatrzona nazwiskiem oraz datą urodzenia, datą śmierci Kazimierza Polaka.

 

Spoczywaj w spokoju!  

 

Zdjęcia i tekst: Krystyna Koziewicz

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK