Wiele jest przykładów na to, że upodobania, umiejętności i zamiłowania to sprawa dziedziczna. Andzej Rhode nie ma w tej kwestii żadnych wątpliwości. Jest jak jego wujek rozkochany w żeglarstwie, szkutnictwie i morskiej przygodzie. Nie dziwi się wcale, że przejął naturę chłopca, który wyrósł w początkach ubiegłego stulecia wśród polskiej biedoty na Reiherstieg w Wilhelmsburgu, zafascynował się hamburskim portem i ówczesną jego flotą.

 

Stach Pawlowsky, bo o nim mowa, nie chciał pracować w olejarni, ani cynkowni, czy też przy układaniu  miejskich bruków, jak wielu jego krewnych. Ciągnęło go do stoczni i portu, gdzie budowano łodzie, barki i żaglowce, a imponujące statki oceaniczne i wojenne okręty wprawiały Niemców w dumę. Wilhelmsburscy emigranci nazywali go szaleńcem, bo rozprawiał tylko o żegludze i snuł nieprawdopodobne plany. Z miasta, a także pobliskiego Veddla, gdzie mieścił się obóz emigracyjny założony przez armatora Alberta Ballina (dla tych, którzy wyruszali z terenów Polski i Rosji do obu Ameryk), przynosił gazety i wiadomości o świecie. Jak żaden z tamtejszych młodych Polaków, przesiadywał wśród Niemców, by słuchać ich morskich opowieści. Jakże przejęty był historią storpedowania Lusitani! Ileż razy rozpytywał ich o szczegóły bitwy jutlandzkiej, o Susex - francuski statek pocztowy, o  oceaniczne niemieckie batalie! Marzył o marynarce wojennej, o wyjeździe do Kilonii, lub Flensburga.

 

Kiedy jego ciotka Helena Rhode przybyła w 1939 z Polski z wizytą na Wilhelmsburg do swych braci i siostry, zwierzył jej się z tych swoich pasji i marzeń.  Ile masz lat? - zapytała - Nic innego, tylko do Gdyni! - zawyrokowała. - Nie zostawaj tu! Zbieraj się! Opłacę ci podróż i zgłosisz się u samego komandora Josefa Unruga. Jeśli do floty, to tylko pod biało-czerwoną banderę! Ksiądz kapelan Władysław Miegoń cię pobłogosławi, a ja znajomości wszelkich użyję i matrosem zostaniesz! Siedemnaście lat to dobry wiek! To sama młodości siła!

 

I tu trzeba wyjaśnić, że kontradmirał Józef Unrug, którego Helena z niemałą euforią przywołała, był w przedwojennej Gdyni postacią, jak to się dziś mówi, kultową. Urodzony w Brandenburgu nad Havelą miał ojca Polaka i matkę niemiecką hrabiankę. Wykształcony w Niemczech, między innymi w Marineakademii w Kilonii,  podczas I wojny światowej służył na  na okręcie „Friedrich der Grosse”. Był także komendantem szkoły okrętów podwodnych i dowódcą flotylii. W 1919 złożył dymisję i został zwolniony ze służby w Cesarskiej Marynarce Wojennej. Na wieść o tworzeniu się niepodległego Państwa Polskiego przyjechał do Warszawy, by starać się o przyjęcie do Marynarki Wojennej. Oczywiście, że przedstawił dokumenty o polskim pochodzeniu, w tym rekomendacje społeczności Pałuk, bo w Sielcu pod Żninem Unrugowie posiadali rodowy majątek i cieszyli się opinią prawych Polaków. To był niebywały wojskowy. On właśnie zakupił w Hamburgu na swoje nazwisko parowiec dwuśrubowy, czyli pierwszy okręt ORP „Pomorzanin”. Niemcy nie chcieli sprzedać go polskiemu rządowi. Wybitny ten dowódca, późniejszy obrońca Helu stał się przykładem polskiego oficera i patrioty, i do dziś wzbudza szacunek, podziw i uznanie.

 

Helena Rhode nie wszystko to wiedziała, ale zachwycona jego aparycją, urokiem osobistym i popularnością, rozprawiała z radością o polskiej flocie i odważnych jej marynarzach, o Gdyni co z piasków nadbałtyckich stała się w szybkim tempie pięknym portowym miastem.
Stach Pawłowski słuchał i nie dowierzał. Natychmiast postanowił służyć pod rozkazami Kontradmirała. Pożegnał Wilhelmsburg i w Gdyni złożył w sierpniu 1939 dokumenty do Marynarki Wojennej. Wszelkie plany zniweczył wybuch wojny. Może i dobrze, bo pewno  wylądowałby w Niemczech, w jednym z oflagów, a tak dzięki Boskiej opiece przeżył wojenny koszmar pod Gdynią i w 1946 zgłosił się do pracy w Stoczni Marynarki Wojennej. Nie przyjęto go.  Dopatrzono się, że ma krewnych w Niemczech. Ukończył więc kursy i pływal od 1950 na holownikach portowych. Wybudował dom w Redłowie z widokiem na morze i rozczytywał się w marynistyce Karola Olgierda Borchardta. Do Niemiec już nigdy nie powrócił, choć krewni go zachęcali i nęcili prognozami spokojnej i dostatniej tam starości.

 

Andrzej Rhode z Hamburga jest jego chrześniakiem, co wyjątkowo sobie ceni. Uważa, że to legenda kontradmirała Unruga zrobiła swoje i wuj Stach Pawłowski pozostał do końca wierny jego ideałom i ambicjom. Często przecież opowiadał o bohaterskich obrońcach Helu i ich dowódcy, który nawet z Niemcami nie chciał komunikować się po niemiecku, mówiąc, że zapomniał języka we wrześniu 1939 roku. Niesamowite!  - powtarza Andrzej i dodaje, że to właśnie polski romantyzm tak go porywa. Twierdzi przy tym, że polskie wychowanie ma w sobie coś szczególnego: uczy honoru, wiary w sukces, daje poczucie wyjątkowości, kształci odwagę i pcha ku przygodzie. Dobrze robią Polacy wychowując swe dzieci na obczyźnie w duchu polskim. A patriotyzm Polski na emigracji, od lat godny jest podziwu - podkreśla. Przyznaje jednak, że ostatnio doznał w kraju sporo rozczarowań. Zdominowały nas przyziemne, niestety, potrzeby imponowania, a raczej „szpanowania i lansowania”.  Dlatego żal i tak jakoś głupio, że niektórzy już tylko o pieniądzach i sukcesach. Jakby nic innego nie istniało. W Niemczech nie ma zwyczaju by szczycić się statusem materialnym i chwalić dorobkiem finansowym.

 

Na szczęście pasja z jaką Andrzej oddał się żeglarstwu utwierdza go w przekonaniu, że coraz więcej młodych ludzi chce wykształcić w sobie siłę charakterów i imponować niezwykłymi umiejętnościami, a nie grubością portfeli, ilością kredytowych kart i „zaliczonych” w wekeend imprez. I piękne, że młodym żeglarzom patronują wyczyny polskich morskich samotników: Leonida Teligi, Henryka Jaskuły, Teresy Remiszewskiej, Krzysztofa Baranowskiego, Krystyny Chojnowskiej - Liskiewicz i wielu jeszcze innych. Niesamowite i to, że żeglarstwo w Polsce tak się rozwija i że mamy takie imponujące Mariny jak gdyńska i sopocka. I tyle wspaniałych jachtów i łodzi w Polsce produkują! Nic dziwnego, że w świecie rośnie zainteresowanie nimi i budzą one powszechny podziw. Oczywiście, że trzeba je promować, pokazywać, zachęcać do ich nabywania, a także przekonywać, że żeglowanie po Bałtyku, po naszych jeziorach także, to frajda jakich mało. Andrzej zamierza organizować rejsy dla Niemców, Holendrów i Anglików, obozy żeglarskie dla młodej Polonii... ale wszystkiego nie zdradzi... W tej branży jest konkurencja i trzeba być doprawdy pomysłowym, zdecydowanym i bystrym. Polacy są otwarci na nowości – stwierdza - i chętni do międzynarodowej współpracy, tylko czasami za mało w nich potrzeby wzniosłości i wyjątkowości, a nawet niezależności. Za wiele przeklinają, jakby zatracili szacunek dla języka polskiego i siebie samych.  Pod żaglami jest na szczęście inaczej. Tam każdy ulega romantyzmowi i, co równie ważne, dyscyplinie. Bez niej nie da rady! Najbardziej lubi tych, którzy potrafią słuchać i... śpiewać wieczorami szanty. O tym choćby, że „nie zawsze przecież bywa sztorm, nie codzień bywa mgła”. To takie romantyczne i optymistyczne – mówi. -  Chciałbym taki pozostać i chłonąć to, co najpiękniejsze, polskie. Przy tym realizować swoje marzenia i zarażać nimi innych.

 

Jakże wielu jego znajomych i przyjaciół Niemców przybywa za jego namową do Polski kupować jachty, żaglówki i łodzie motorowe. Polacy cieszą się, że nawiązują z tymi kontrahentami bliższe znajomości i  kontakty, poznają nowe zwyczaje i zachowana, niekiedy lepsze od rodzimych... Morskie wychowanie przynosi wielostronne korzyści -  przekonuje Andrzej. - Warto je upowszechniać i wciąż szukać wzorów godnych naśladowania, uczyć się naszej polskiej historii i tworzyć pozytywny obraz teraźniejszości. To co robię to nie jest szaleństwo reemigranta, a już na pewno nie szaleństwo Almayera! – śmieje się młody Rhode, oprowadzając po przystani żaglowej i po gdyńskim Skwerze Kościuszki z widokiem na ten imponujący Towers See.

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK