Marek Rhode jest potomkiem pierwszych emigrantów przybyłych do Hamburga w końcu XIX wieku. Ma dokumenty dziadka i babci, ich zdjęcia, metryki chrztu i ślubu, świadectwa ukończenia szkół, a także potwierdzenia nabycia rozmaitych praw majątkowych, do tego przeróżne pisma urzędowe, orzeczenia sądowe i co tylko...

 

Wystawione w Niemczech i w Polsce są dowodem złożonych losów jego rodziny na przestrzeni stu dwudziestu pięciu lat. Jego krewni - bohaterowie tej opowieści - noszą nazwiska: Bednorz, Dams, Korpolesky, Kowol, Koslowsky, Kubicek, Pawlowsky, Pollak, Ruta i Wolny.

 

Niezwykła jest historia, którą Marek składa i opracowuje od lat w logiczny ciąg i której nadałby z chęcią zaskakującą, niebywałą pointę. Wszystko może się zdarzyć, bo przecież jego synowie jeszcze nie zadeklarowali czy pozostaną w Hamburgu, czy przeniosą się do Trójmiasta. Pięć generacji, ponad sto osób, które nie wyrzekły się nigdy polskości – to jest saga o wytrwałych i ambitnych, o takich, którzy nie lękali się.

 

Ci pierwsi przybyli do Niemiec z Pałuk; spod Żnina, Kcyni, Szubina, Ujścia i Wągrowca. Aby odtworzyć ich losy Marek Rhode zadał sobie sporo trudu; przesiedział wiele godzin w bibliotece, przejrzał masę dokumentów, artykułów i prac, w tym także Elki Hauschildt „Polnische Arbeitsmigranten in Wilhelmsburg bei Hamburg während des Kaiserreichs und der Weimarer Republik”. Wykazał się zacięciem, wiedzą historyczną zdobytą w Polsce i umiejętnościami archiwisty, bo ten zawód wykonuje w Hamburgu. Stąd zapewne pasja z jaką docieka prawd o bliższych i dalszych krewnych, o Polakach z Wielkopolski, Pomorza i Śląska. W książkach telefonicznych Hamburga, Bremy, Kilonii i Hanoweru jest sporo wspomnianych wyżej nazwisk. Dzwonił do kilkudziesięciu osób, pytając czy mają polskie korzenie. Wyjaśniał swym rozmówcom cel swych poszukiwań. To wszystko nie tyle z ciekawości, co z potrzeby uporządkowania trudnych niekiedy zagadnień i spraw. Dla siebie, ale i dla przekazania pewnych informacji, zwłaszcza wartości, zasad i prawd moralnych tym, którzy idą w życie, którzy przyjdą, jak powiada, po nas.

 

Dla Marka Rhode nie ma czegoś takiego jak nieznajomość dziejów własnych, oderwanie od źródeł, obojętność czy uległość powierzchownej manierze osobowej neutralności. - Jeśli nie wiesz kim jesteś, albo nawet nie chcesz się przyznać do tego kim jesteś, to znaczy żeś wiarołomca, pozer lub ignorant. A jakże! Nie znam Anglika, który wyrzekłby się swych korzeni, nie spotkałem Niemca, który oznajmiłby, że nie wie czy jest Niemcem. Tylko Polacy zamieszkali w Niemczech mają niekiedy dziwne objekcje, kompleksy i wątpliwości. Identyfikacja jest potrzebna! Biało - czarna czy biało - czerwona – jak kto woli! – mówi.

 

Wracając do tych telefonicznych rozmów, bo one okazały się źródłem wielu bezcennych wiadomości, to zadziwiające, że nieliczni tylko zdecydowanie stwierdzali, iż nie mają polskiego rodowodu. Było takich zaledwie kilkanaście osób. Wielu z chęcią włączało się do poszukiwań pochodzenia swych przodków i po jakimś czasie z ukontentowaniem stwierdzało, że z pewnością płynie w nich i polska krew. Tym sposobem Marek Rhode trafił na dzieje dalekich swych krewnych Kubicków i Rutów, którzy do Wilhelmsburga przyjechali spod Katowic.

 

Pasja z jaką oddał się poszukiwaniom, zaowocowała wieloma znajomościami i przyniosła satysfakcje, jakich  nie oczekiwał. Jego najstarszy syn Thomas poznał dzięki temu Natalię Korpolesky, absolwentkę Uniwersytetu Christiana Albrechta w Kilonii i razem odbyli pełną miłości i fascynacji podróż po Polsce - od Szczecina poprzez Pomorze Zachodnie aż ku Mierzei Wiślanej do granic Krynicy Morskiej. Teraz ona pisze pracę o pochodzących z Polski budowniczych Kanału Kilońskiego, a on odbywa staż w jednym ze szczecińskich banków. W początkach września planują ślub w Konkatedrze Kamieńskiej. Najmłodszy syn - Heinrich chce być pośrednikiem w handlu nieruchomościami i na okres wakacji zatrudnił się w Trójmiejskiej Korporacji. Andreas zaś szkoli żeglarzy w gdyńskiej i kilońskiej Marinie i propaguje polskie jachty w świecie.

 

Młodzi mają taką otwartość, tyle entuzjazmu i przyjaźni wzajemnej, tyle rozwagi, że wszelkie uprzedzenia idą wniwecz jak porażki dyktatorów i dawne doktryny polityczne. Spontaniczni, przeszłości ciekawi, ale na nowe otwarci i niezależni. Na ile trzeba krytyczni. A Marek Rhode stale o tym samym – o ciekawostkach, jakich w trakcie poszukiwań rodowych było wystarczająco wiele, o emigracyjnych swych początkach także.

 

Zacznijmy od tego, że przyjechał do Hamburga wraz z całą falą takich jak on; zawiedzionych, rozgoryczonych, zubożałych, pozbawionych perspektyw i umęczonych marną socjalistyczną wegetacją. Było to w marcu 1989. We Friedlandzie przedstawił dokumenty babki Heleny urodzonej w 1903 w Hamburgu na Wilhelmsburgu, jej męża Franza i swego ojca Otto - Heinricha Rhode, urodzonego również w Hamburgu w dniu 17 czerwca 1939 roku. To były wyciągnięte z ukrycia dokumenty, których nikt nie odważyłby się kwestionować. Tyle, że prawdy o germańskich korzeniach i niemieckości było w nich jak na lekarstwo.

 

Babka Helena z domu Kowol, której rodzice przybyli spod Kcyni na Wilhelmsburg w 1885, wcale nie czuła się Niemką. Mówiła po polsku, śpiewała polskie pieśni religijne w chórze, gimnastykowała się w Sokole i tańczyła kujawiaka w polskim zespole. Emigracyjna, wilhelmsburska bieda wykształciła w niej zaradność, pomysłowość i odwagę. Być może dlatego właśnie poślubiła starszego o dwanaście lat Franza Rhode, w którego rodzinnym sklepie kolonialnym na Neustadt przepracowała dwa lata. W 1922 roku na wieść o budowie portu w Gdyni, mając woreczek oszczędności, zadecydowała, że wraz z Franzem jadą „na lepsze - w Polskę barwną jak tęcza”. On potrafił handlować, ona chciała zażyć wolnej ojczyzny i rodzić polskie dzieci. Niektórzy krewni poszli za jej przykładem i namową. Potem Bogu dziękowali, że uszli z życiem przed nazistowską zarazą, zbrodnią i przemocą. Helena Rhode za przawiezione w jutowym woreczku marki, w tym i te za sprzedany sklep, kupiła przy dzisiejszej Starowiejskiej w Gdyni dwie działki, a na Oksywiu baraczek z ogrodem. Zaraz też otworzyła kuchnię dla portowych robotników, przy obecnym Placu Kaszubskim - dla owych „bosych Antków z Kongresówki”, których bieda nad polskie morze przygnała. Zupa była u niej syta; z kartoflami i fasolą, z okrasą kaszubską, zalewajka jak u mamy pożywna i zdrowa, a kapusta kwaśna jak licho. Na deser serwowała nauki roztropne i wiadomości od księdza Klemensa Przewoskiego, a nawet samego inżyniera Tadeusza Wendy. Franza uczyła polskiego i choć przychodziło to z trudem, wychowała go na polskiego sympatyka, miłośnika kaszubszczyzny na dodatek. Tak go wyszkoliła, że kiedy przyszli Niemcy nie potrafił powiedzieć kim faktycznie jest i nawet wysiedlić by się dał, gdyby nie skuteczna interwencja małżonki. Interweniowała zresztą niejednokrotnie w czasie wojny, by pomóc znajomym w biedzie i zagrożeniu życia. Wielką wykazywała się odwagą, ratując przed Stutthofem, więzieniami i wywózką.  Wcześniej, z wizytą będąc w Hamburgu, nastał czas jej połogu i tak urodził się dziadek Heniek, jak na ironię losu, miesiąc przed terminem, na osławionym Wilhelmsburgu. Helena jeszcze przed 1 września zdołała powrócić z niemowlakiem do Gdyni, gdzie już stała jej trzypiętrowa kamienica.

 

Wiele by mówić o tym, co wydarzyło się później. Jedno wszak wiadome – Rhode z Wilhelmsburga polskości się nie zaparli.  A młodzi? Jest ich trzech urodzonych w Gdyni: Andrzej, Tomasz i Henryk. Marek nie musiał wcale wiele się starać; po prostu synowie wyrośli na Polaków, na prawych Polaków. Jola, ich matka, wścieka się, gdy mówią, że są Europejczykami. - Czy ja was w Brukseli rodziłam, w Strasburgu, albo Luksemburgu i Parlamentowi dałam na wychowanie? Do polskiej szkoły chodziliście przy Konsulacie w Hamburgu u pani Kolczyńskiej, do Krause Gimnazjum na język polski, do pani Kaliny. W Misji Katolickiej nauki pobieraliście u księdza Jacka Bystronia! Do wieczerzy wigilijnej jak za pradziadów zasiadaliśmy opłatkiem się dzieląc... – mówi. - Ma rację – przyznają. Częste podróże do Polski także swoje zrobiły. Jak wszyscy zakochali się w wolnej Polsce, w kraju przemian, optymizmu, owych barw jak tęcza radosnych, czyli różnorodności pomysłów, działań, charakterów, zachowań i planów.

 

Czego oczekują od Polski? Nie wypada mówić! Polska jest Polską! Wszystkim jej synom ma być jednako oddana i dla wszystkich dobra! Trzeba jednak dla niej pracować, uwierzyć, że daje szansę, mieć pomysły nie gorsze niż prababka Helena, no i wiedzę, nowe koncepcje, nieznane technologie! Przy tym pamiętać należy, że do sukcesu dochodzi się pracą. Od stoiska można zacząć, a na centrum handlowym nie poprzestać! Dobrze, gdy ma się ze sobą na początek i ów ”jutowy pełen oszczędności woreczek”! Nie same jednak pieniądze się liczą. Młodzi Rhodowie uwielbiają Polskę za jej pełne uroku Wybrzeże, za to, że szybko nawiązują w niej kontakty, że spotykają się z życzliwością i sympatią. - Tam jest chaos i porządek, fantazja i rozwaga, wyniosłość i miernota, wesołość i zaduma. A wszystko to dobrze koegzystuje i rozbudza inicjatywy. I tak człowieka nakręca, że żyć się chce – mówią. Oby mieli rację i do Polski powrócili!   

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK