Rozsiedli się w ogródku pensjonatu, który pamięta czasy Wilhelma II i Augusty Wiktorii. Rozprawiali o architekturze okolicznych wilii, o uroku niebywałym miejsca, które legnicki fabrykant, producent fortepianów i luksusowych mebli Josef Seiler uczynił swą rezydencją.W ferworze opowieści, anegdot, dociekań i stwierdzeń wypowiadanych poprawną polszczyzną dosłyszałam słowa niemieckie. Małe wtręty, odnośniki niewielkie, świadczące, że mówią na codzień w języku niemieckim...

 

- Tak, to z przyzwyczajenia, nawyku nagannego, który wrasta w człowieka, gdy przez czas dłuższy nie mówi po polsku - wyjaśnił chłopak z rudą czupryną i uśmiechem sympatycznym na twarzy.

 

 

- Trochę chwastów w ogrodzie naszej polszczyzny, ale z tym kąkolem da się żyć – wyjaśnił drugi z burzą jasnych loków.

 

- Przynajmniej dobrze się rozumiemy! - dodał trzeci.

 

Pozostali poparli go słowem „natürlich” wypowiedzianym z odpowiednim akcentem i śmiechem na dodatek.

 

Jedna z dziewczyn nie zabierała głosu. Rysowała z uwagą wieżyczkę pałacyku i pochłonięta tym zajęciem, tylko na moment odkładała blok i ołówki. Być może nie podążała za biegiem ich myśli, bo nie zmieniał się nawet wyraz jej twarzy. Skupienie nadawało mu powagę i zatroskanie. Zapatrzona w wykuszowe okno w ramie spokojnej dekoracji wyrzeźbionej w murze, zdawała się niczym nie przejmować. 

 

- Z takim talentem można zrobić karierę. Przy takich zdolnościach, pasji i pracy łatwo na emigracji o awans  -  stwierdziłam. 

 

- Ona już swoje osiągnęła! - dodali jednomyślnie.    

 

Okazało się, że Karolina Przybylok nie tylko ładnie rysuje, ale projektuje i szyje stroje dla prestiżowych niemieckich teatrów; między innymi dla Opery Margrabiów w Bayreuth i Bawarskiej Opery Narodowej. Studiowała wzornictwo w Łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych. O wyjeździe do Niemiec zadecydował  przypadek. Kolega z sąsiedztwa, z Jankowic jechał do pracy do Monachium i zabrał ją ze sobą.

 

Pracę znalazła niemal natychmiast przy tak zwanych „przeróbkach i poprawkach” w domu towarowym. Przez trzy miesiące wytrzymała, a potem zgłosiła się do pracowni strojów regionalnych, mówiąc, że szyje, rysuje, projektuje i każdemu zadaniu podoła. Pomysłami wszystkich zadziwiła. Nie dowierzali, że taki ma talent, że tyle wie o strojach z różnych epok, że zna się na materiałach, kroju i detalach wszelkich w krawiectwie niezbędnych. Po upływie pół roku powierzyli jej te najbardziej skomplikowane zlecenia i kierownictwo działu projektowania w większej, renomowanej firmie.

 

Umiejętności, jak powiada, nabyła w domu rodzinnym. Matka, babcia i prababcia szyły stroje śląskie, zwłaszcza pszczyńskie. Karolina zakochana była od dzieciństwa w ich pięknie i to miało wielki wpływ na wybór szkoły plastycznej, potem kierunku studiów, na wybór drogi zawodowej. Dziś ta trzydziestolatka ma osiągnięcia, które wprawiają w podziw najlepszych fachowców w tej branży. Czyż to nie awans? 

 

- O, nie! To tylko sukces niewielki... To szczęście po prostu... - wyjaśnia, opowiadając, że wiele osób ze Śląska swą pracowitością i solidnością doszło na obczyźnie do zaszczytów i uznania.

 

Po chwili wszyscy zastanawiają się, kto na emigracji awansował. Z pewnością Johann Bros, stwierdzają. W hamburskim porcie miał sklep i firmę i choć interesy handlowe zawsze szły mu wyśmienicie, to nie tylko pieniądze i majątek były szczytem jego marzeń. Kiedy Polska zaczęła piąć się w gospodarczym rozwoju w latach dziewięćdziesiątych powrócił na Śląsk. Zadziwiające! Oczywiście! To awans, bo handlowiec stał się koneserem sztuki, mecenasem i przyjacielem artystów. Emigrant wykorzystał doświadczenie, dorobek i autentyczne, szczere sentymenty, do promocji ukochanego regionu. Dokonał wyboru, którego niejeden może mu pozazdrościć. Dziś czytamy o nim: „Właściciel firmy Pro-Inwest Sp.z o.o oraz firmy Bfc Nieruchomości wraz z  panią prezes Fundacji Eko – Art Silesia Moniką Pacą powinien być od ponad dwudziestu lat nagradzany za wielki wkład i serce jakie włożył w odrestaurowanie zabytkowych obiektów Śląska, takich jak Szyb Wilson oraz Starego  Browaru Mokrskich w Szopienicach.”

 

Johann Bros działa na rzecz kultury i ekologii: uczy, daje pracę, zachęca do pomysłowości. Przypominam sobie to, co mi kiedyś mówił: W Niemczech wszystkiemu przyglądałem się z uwagą. Z podziwem oglądałem zabytkowe budowle zwłaszcza „Miasto Spichlerzy” – słynne Speicherstadt tuż przy porcie nad Łabą. Widziałem dumę hamburczyków i ich starania w utrzymaniu i pielęgnowaniu tradycji, jednocześnie podziwiałem ich pragmatyzm, uczyłem się szacunku dla pracy, oszczędności i poważania dla wysiłku poprzednich pokoleń. Wyciągałem wnioski z wszystkich ich poczynań. Nie popadałem w kompleksy, lecz ufałem naszym rodzimym predyspozycjom i umiejętnościom. Nie możemy zaprzepaścić szansy, mówiłem, powracając do kraju. My też mamy czym się chwalić.

 

Dokonał wiele. Dzięki skrupulatnej rewitalizacji zniszczony, zdewastowany, wypalony zabytkowy browar odzyskał świetność. Oczyszczono ceglane elewacje, wyfugowano i wymieniono dachy, zadbano o zdobienia i ornamenty. Do stanu pierwotnego przywróciła go ekipa pod kierunkiem Johanna Brosa i Moniki Pacy. Teraz ten imponujący poindustrialny obiekt jest siedzibą ponad 70 firm, magazynów i biur o wysokim standardzie. Co więcej, pomiędzy budynkami są place i zieleńce - miejsce prezentacji sztuki współczesnej. Czyż pomysł nie był fantastyczny? A Szyb Wilson to przecież kultowe miejsce na mapie kulturalnej Śląska. Tam trzeba być, by pogrążyć się w tajnikach muzyki, sztuki, artystycznego kosmosu w różnych odcieniach, by zażyć międzynarodowych, autentycznych przyjaźni także.

 

Galeria Szyb Wilson promuje młodych, ambitnych i odważnych artystów z całego świata. Na uznanie zasługuje cieszący się sławą Art Naif Festiwal – wydarzenie przełamujące stereotypy, rozwijające wrażliwość i fantazję. Johann Bros pomaga emigrantom, zachęca do powrotów, zwłaszcza artystów, wystawia ich i promuje.

 

Wiele na ten temat może powiedzieć Jan de Weryha-Wysoczański hamburski rzeźbiarz po Gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. On także wystawiał w Katowicach przy Oswobodzenia 1 i jego także nazywam człowiekiem „emigracyjnego awansu”. Młodzi nie bardzo orientują się, więc wyjaśniam, że to autor dwóch pomników w Hamburgu. Jego dziełem jest monument na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Neuengamme poświęcony sześciu tysiącom Polaków deportowanym z Warszawy po upadku Powstania Warszawskiego i drugi ciekawy artystycznie pomnik poświęcony byłym przymusowym robotnikom z Polski i okupowanych krajów zatrudnionym w czasach III Rzeszy na terenie Hamburga i okolic w Bergedorfie. To interesująca sztuka, wypełniona przemyśleniami o cierpieniu, przemijaniu, sile i trwaniu. Moi słuchacze obiecują poznać dokonania Wysoczańskiego, a nawet umówić się w jego pracowni, która przyciąga hamburczyków, bo taki ma urok i atmosferę. Z zainteresowaniem dzielą się uwagami, oglądając internetową stronę artysty.

 

Nagle z tematu sztuka przechodzimy w literaturę. Okazuje się, że młodzi dobrze orientują się w twórczości Janusza Rudnickiego i gdy czas pozwala, czytają jego artykuły na łamach Wyborczej, znają niektóre książki. Tak! To jest emigrant, który awansował!  Ten się wybił!  Był nominowany do Nike i wielu innych nagród. Nie ulega wątpliwości, że w kraju czuje się dziś lepiej niż w Hamburgu! On to zasłużył na uznanie! 

 

- Znam go od lat – mówię. - Zawsze prowokacyjny, kpiący, złośliwy, wrażliwy i odważny.    I co matka?, pyta  przy spotykaniach, unosząc zaczepnie twarz z tym grymasem srogości napiętej, tajemniczej, która łatwo zamienia się w śmiech. 

 

- A wie pani, co w nim podoba nam się najbardziej? To, że jest bezczelnie fajny, szczery, odkrywczy, zaskakujący. U niego każde słowo to niespodzianka, każda myśl piorunująca i nieoczekiwana. I śmieje się człowiek, albo płacze, żadnego pośrednictwa...

 

Podsuwają mi przed oczy tablet i wywiad z pisarzem: „My, my to dopiero coś, my to dopiero ktoś, a cała reszta to...”

 

- Z Hamburga wskoczył w Warszawę i wszyscy zachwycają się, a piękna Magdalena Cielecka woła o jeszcze jedną jego książkę. Kazimiera Szczuka nazywa go Chaplinem polskiej literatury, a my jak coś nie idzie, powiadamy za nim, że męka kartoflana i cholerny świat i wkurzeni jesteśmy jak dziki pies dingo na obrożę. - śmieją się.

 

- Nie jesteście szczęśliwi?

 

- Jesteśmy, bo w nas dokonał się awans moralny. 

 

- A co to takiego?

 

- Przyspieszone, emigracyjne dorastanie, umiejętność dokonywania wyborów, wiara w sukces i chęć pomagania, dzielenia się - wypowiadają się jeden przez drugiego. -  Przecież my musimy pomóc sobie i rodzinie.

 

- Rodzicom! - krzyczy chłopak z kolorową chustką na głowie, ten co czyścił szyby busa, którym pojadą dalej do Monachium, Stuttgardu, Frankfurtu, Hanoweru. Pojadą studiować, pracować, doskonalić języki.

 

Czy dostąpią awansu? Czy powrócą  w aureoli sławy i uznania jak Dariusz Michalczewski, na przykład? To nigdy nie jest wiadome. Ważne, by chcieli powracać, by czuli, że mają swój kraj, swoich w nim bliskich i nowe szanse.

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK