Awans, kariera, uznanie i szczęście leżą w zasięgu naszych możliwości. Nawet wtedy, gdy przyjdzie żyć na emigracji. A wydawać by się mogło, że wśród obcych trudno się wybić i jedyne, co zdoła się uzyskać, to akceptacja, wyrozumiałość, tolerancja. Przez wiele lat panowało w Niemczech przekonanie, że droga do sukcesu jest dla Polaków zamieszkałych w tym kraju szczególnie trudna i uciążliwa. Brak nam, mówiono, pragmatyzmu, dyscypliny, posłuszeństwa, a co najważniejsze solidności. Różnimy się od Niemców. Wiele nas dzieli, nie zawsze się lubimy. Taki pogląd panował po obu stronach Odry i Nysy jeszcze w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku.

Odzyskana po latach wolność, wstąpienie Polski do Unii Europejskiej przyniosło widoczne zmiany. Już wybory z 4 czerwca 1989 wykazały, że zwyciężyła odwaga nad zwątpieniem, że jest w nas upór i wiara w sens wspólnego wysiłku, że coś znaczymy w świecie. Nowa sytuacja polityczna w kraju zmieniła Polaków zamieszkałych w Niemczech. Przełożyło się to na sposób ich myślenia i także na zachowania. Zwłaszcza wiosna 2004 i przyznanie Polakom prawa do podjęcia pracy w części państw unijnych dało szanse i nadzieje, rozbudziło inicjatywy.

 

Z uwagą śledzono wydarzenia, rosło zainteresowanie problematyką gospodarczą, perspektywami rozwoju ojczyzny. O transformacji, globalizacji, pomysłach Jeffreya Sachsy i programie ministra Leszka Balcerowicza dyskutowano na Zachodzie z entuzjazmem i optymizmem. Kto wie, czy nie większym niż u nas, w kraju? Ciekawość nowego budziła pozytywne emocje. Coraz mniej było takich, którzy przyjeżdżali z Niemiec po to jedynie, by pokazywać nad Wisłą luksusowe auta i zdjęcia z urlopów na  Majorce. Liczni rozważali kwestie inwestowania w Polsce. Przemiany były coraz bardziej widoczne. Kto mądrzejszy, zaradny i przewidujący przygotowywał sobie grunt do powrotu. Wszak ziściły się marzenia niedowiarków, ojczyzna dawała wolność i nowe możliwości!

 

Byli jednak i tacy, którzy popadali w tarapaty. Nie widzieli u siebie w kraju możliwości egzystencji. Kontrasty społeczne stawały się widoczne. Różnie przecież ludzkie losy się układają, a ekonomia rządzi się swoimi prawami; zamożnych wzbogaca, biednych często obnaża. To nie znaczy, by stać w miejscu i oczekiwać cudu. W kim odwagi i wiary było dość, ruszał w świat. Przykładem niech będzie ta oto historia, w której nie pada słowo awans ani kariera, ale mieści się istota sukcesu, sedno powodzenia, a nawet imponującej przemiany. To opowieść o wygranej, która wyrosła z pracowitości i fantazji, inteligencji i poczucia własnej wartości.

 

Kiedy Beata Płoch przyjechała przed laty ze swą sześcioletnią córeczką do Hamburga, jej krewni przepowiadali, że w nowym miejscu osiedlenia czeka ją wiele przykrości, trudów i przepraw. Ostrzegano, że nie podoła obowiązkom, że przerosną ją zadania, obezwładni biurokracja, zniechęci atmosfera chłodnego wyrachowania, konieczność bycia uległym i wiele jeszcze rzeczy, które ujawniają się powoli w monotonnej tutejszej codzienności.

 

- Spróbuję, przekonam się, może zarobię i odłożę, wszak nie święci garnki lepią - przekonywała siostrę, szwagra Niemca i ciotkę, która udostępniła jej na początek małe mieszkanie w samym centrum miasta, w sąsiedztwie osławionego St. Pauli.

 

- Jakoś sobie poradzę, bo przecież w szkole, gdzie pracowałam przez sześć lat jako kucharka, nie raz trzeba było pomysłu i koncepcji. Ileż to musiałam się natrudzić, by każdego dnia tanie obiadowe dania dla setki prawie uczniów przygotować? Ileż to razy brakowało pieniędzy na zakup produktów i prosić należało, o wsparcie zabiegać, o pomoc i wyrozumiałość, a potem tak gospodarować, żeby zgłodniałe dzieciaki szkolne każdego dnia nakarmić, a dobroczyńców wyróżnić?

 

Mała miejscowość na Pomorzu, w której więcej było bezrobotnych niż tych z dochodami mizernymi, z trudem przystosowywała się w latach dziewięćdziesiątych do kapitalistycznych reguł. Biedę widziało się na każdym kroku, najbardziej w szkole. Dlatego ciepłą strawę  należało dzieciarni zapewnić, by chęci do nauki nie straciła.

 

- Ja tam zawsze coś wymyśliłam, bo w miejscu nie stałam i od jednego pomysłu, do następnego zamiaru mnie nosiło. Tak przyrządziłam posiłki, że dla potrzebujących wystarczało. Urozmaicone były, kaloryczne i smaczne. Dyrektor szkoły nie raz się dziwił, że zupy to na gwoździu zapewne gotuję, jak ów Cygan z bajki Aleksandra Fredry - wspomina ze łzą w oku i zdjęcie pokazuje, na którym stoi przy kotle z chochlą, w otoczeniu gromady maluchów, w  koszulce z czerwonym, charakterystycznym napisem na biuście „Solidarni do gara”.

 

- To były czasy, które pomysłowości, nie tylko odwagi wymagały. Kombinować musiałam, a więc kreatywną, jak to dziś nazywają, być i zaradną, a także zapobiegliwą.

 

Do Niemiec wybrała się nie na zwiedzanie, lecz po to, jak mówi, by gotować i na gotowaniu zarobić, byt swój polepszyć i z biedy się wyrwać. Szwagier załatwił jej pracę w kantynie, w jednej z fabryk. Codziennie od szóstej rano do czternastej trzydzieści. Początkowo wszyscy byli sceptyczni i z uwagą ją obserwowali. Jakby coś skomplikowanego ją czekało. Nie miała obaw, języka szybko się uczyła, obyczaje poznawała, pracowita była. Cóż mogło ją wystraszyć lub zniechęcić?

 

Ot, jadłodajnia pospolita, stołówka niedroga, a w niej zwyczajne niemieckie kiełbaski z wody, lub rusztu, do tego kapusta kwaśna jak licho, ziemniaki smażone, kartoflana sałatka, ze skwarkami, octem i majonezem... Kiedy dowiedzieli się, że jestem z Polski, to niektórzy wypytywali mnie o bigos i o pierogi. I śmiali się przy tym, sądząc że my na drewnianych lub cynowych misach jemy od czasów Grunwaldu.

 

- Wyobrażenia słabe o Polsce mieli, nowych, powojennych nazw miast nie znali... Dlatego bywało, że poduczyć ich trzeba było i kraj nasz pozytywnie przybliżyć. Pewnego razu dzień polskich specjałów zaproponowałam i przygotowałam żurek, pierogi z mięsem i ruskie, barszcz z pasztecikami i oczywiście bigos, kabanosy płonące do kropli polskiej wódeczki. Na białych obrusach – po naszemu i z dekoracją ze stokrotek! W wiktuały zaopatrzyłam się w polskim sklepie i u naszego producenta wędlin na Rothensburgsort. Tak wszystko przygotowałam, że oniemieli! Zachwycili się naszą kuchnią! Promocję zrobiłam, jakiej się nie spodziewali! Powtórki się domagali, zamówienia składali, prosili, bym urodzinowe menu im przygotowywała. Koszty produkcji też w zakładzie obniżyłam i różnorodność potraw wprowadziłam...

 

Wkrótce starsza szefowa odeszła na emeryturę i Beatę wytypowano na kierowniczkę. Nie to jednak było szczytem jej marzeń - wyznaje.

 

- Przyjęcia pragnąła przygotowywać, uroczystości, organizować. Gospodarzyć chciała,  kalkulować, zarządzać, podejmować decyzje. Wiedzę posiada, bo kurs w Grone Schule zaliczyła, a reszta to już kwestia zainteresowań, prób i chęci, instynktu kobiecego, nade wszystko zaś polskich doświadczeń. I znowu twierdzono, że za wysoko sięga, nie tą miarą mierzy, że coś sobie ubzdurała, bo pojęcia jej brak, rozeznania, a nawet pokory. A jednak dostała po próbie pracę w pensjonacie nad Bałtykiem, w Lubece, w miejscu, które renomę utrzymać pragnęło i nowością przyciągać, a także wysokość usług gwarantować i obroty zwiększyć. 

 

- Ja wiem o co chodzi! To sprawa rzetelnej, przemyślanej organizacji, odpowiedzialności, ale i fantazji. –  stwierdziła.  

 

Kontrkandydatów śmiałością i koncepcją działania przezwyciężyła. Z kucharki stała się menadżerem, doradcą i hotelarzem. Dobrze mówi po niemiecku i uczy się angielskiego. Ma czterdzieści sześć lat i uważa, że jeszcze wiele szczęścia przed nią.

 

- Nie święci garnki lepią - powtarza i wierzy, że los będzie jej sprzyjał, a córka odniesie sukcesy w grze na skrzypcach. Przecież w Filharmonii Hamburskiej występuje i z nią święci tryumfy.  – Artystom zawsze łatwiej, bo kultura jest dla wybrańców.  Z nią lżej iść przez życie, choć pracy i wysiłku więcej trzeba w to dzieło wkładać i sukces mało kiedy gwarantowany  -  oznajmia z dumą.

 

Gwarantowany, pewny i udowodniony, ale o tym następnym razem! Na nowych zadziwiających przykładach pokażemy, że Polacy wiele potrafią i w Niemczech sławę zdobywają!

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK