Tylko bez stresu – powtarzałam sobie. Jedyne co mieć w pamięci to numer peronu, numer pociągu, numer wagonu i miejsca siedzącego i to w dwóch wersjach, bo przecież w Berlinie przesiadka. I byłoby bezstresowo, gdyby nie fakt, że ICE z Hamburga do stolicy Niemiec miał 96 minut spóźnienia. Wydarzyło się to, co w tym kraju nie ma prawa się przydarzyć...

 
A jednak, 27 stycznia tego roku odczekać musiałam półtorej godziny na mój pociąg. Odetchnęłam z ulgą, gdy wreszcie udało mi się dostać na właściwe miejsce, do ciepłego, wygodnego wagonu. Natychmiast jednak dopadła mnie myśl, że z połączenia tak doskonale wybranego, podczas zakupu biletu, już tylko...  przysłowiowe nici. Jedynie samolot pokonałby w godzinę trasę Hamburg – Berlin. Zatem następny pociąg, nowy bilet, nowe numery  i ponad trzy godziny oczekiwania na Dworcu Głównym czyli Hauptbahnhofie Berlin.


No trudno, przyjrzę się dokładnie dziełu architekta Meinharda von Gerkana, owej nadgryzionej kiełbasie, jak się wyraził o tym oddanym do użytku, przed ośmiu laty objekcie, kanclerz Gerhard Schröder. To z powodu skrócenia o 130 (niezgodnie z projektem) metrów przeszklonego, podłużnego niczym cygaro, dachu na poziomie naziemnym górnych peronów.  No i rzeczywiście! Obejrzałam co się dało; płaskie sufity na dolnych peronach, wykonane także wbrew zaleceniom autora projektu, szklane kopuły w koronce metalu, ponad trzydzieści wind, schody, napisy, przestrzenie po których wiatr hula jak oszalały. Także konia rozbujanego, czyli słynnego Rolling Horse w zapędzie dziwnym, bolesnym, konwulsyjnym chyba, autorstwa profesora Juergena Goertza poznawałam z uwagą. On po północnej stronie tej nowoczesnej katedry podróżnych. Spoglądałam przez czas jakiś  na oba place: Europejski i Waszyngtona, na  roztaczające się widoki po przeciwległych wejściach i nie zdziwiłam się skojarzeniami z kazachską Astaną. Przyjrzałam się licznym pasażerom, a przetacza się ich tu 300 tysięcy dziennie, również stałym bywalcom tego, z rozmachem postawionego, przybytku. Przedziwny świat – skonstatowałam.

 

Wypiłam kawę jedną i drugą, obejrzałam sklepy, bufety, bary, restauracje i niewielką poczekalnię. Doznałam wystarczająco przeciągów i ogrzałam zziębnięte ręce zabawką co zwie się Knick und Warm. Punktualnie o 13:37 ruszył z peronu 12 mój pociąg do Warszawy. Rozsiadłam się w pustym niemal, ostatnim w składzie, wagonie numer 267 przy oknie i stoliku. Współtowarzyszami mej podróży, a właściwie podróżnej niedoli było trzech dżentelmenów, przystojnych, eleganckich, sympatycznych, wykształconych i skomputeryzowanych. To dzięki ich towarzystwu niemal „załapałam” podstawy marketingu i zarządzania. Przez ponad cztery godziny śledziłam funkcjonowanie ich firm, kibicowałam handlowym projektom, zamysłom, przedsięwzięciom i posunięciom. Wysłuchiwałam poleceń w języku polskm i angielskim. Próbowałam zrozumieć na czym polega strategia handlowa, konieczność reklamy, logistyka, sposoby negocjowania, ryzyko ekonomiczne, planowanie i podejmowanie decyzji, consulting, konkurencja, instrumenty sprzedaży produktów. Po niedługim czasie, już po głosie rozmawiających przez telefony, rozpoznawałam, czy chodzi o branżę budowlaną, produkty farmaceutyczne, czy części zamienne do urządzeń mi zupełnie nieznanych.

 

Krótko przed 20:00 pociąg zajechał na Centralny. Odetchnęłam, ale wtedy dopiero, gdy zeskoczyłam z rozmachem, sprawnie i trafnie z najniższego stopnia wagonu na peron. Udało się! Nie wpadłam w dziurę przepastną na tor! Choć nikt na mnie nie czekał, poczułam, że znalazłam się w miejscu wyjątkowym i fantastycznym, do którego jak do Mekki podążają jedynie godni, mądrzy, wierni i wybrani. W tymże przekonaniu utwierdził mnie krótki, lecz jakże interesujący w stolicy pobyt.

 

Jest to wszak metropolia, która dech w piersiach zapiera. Młodości w niej siła i pośpiech niesamowity. Tam nikt nie myśli zaprzepaścić swej szansy, o ile  ma wiedzę, wizję i zapał. Telewizja - jak mówią - „śniadaniowa” - poranna, którą, dzięki Kabel Deutschland w Hamburgu pobieram, mnie wykształciła i niezwykłe jej prezenterki z TVN, oraz Polonii więcej wiedzy dotąd mi dostarczyły niż „uniwerystety moje” - mówiąc słowami Aleksieja Maksimowicza.  Kto tam zresztą wie, kto to taki? Czy to ważne? Inne priorytety Warszawie dziś szyku zadają.

 

Dlatego też w porę sobie uzmysłowiłam, że do fryzjera pójść mi trzeba, makijaż odpowiedni do miejsca dostosować, o szczegóły zadbać i werwy nieco z rezolutnością stołeczną w  obyczaje codzienne wprowadzić. Słońce wcześniej tam wstaje, ruch wielkomiejski już po szóstej się zaczyna. Animuszu nikomu nie brakuje, a o to jedynie chodzi, by w porę i z odwagą wystartować ku sukcesom niebywałym, wyśnionym, ku obowiązkom nie zawsze miłym, lecz koniecznym. Wszystkiemu podołałam: teatr, kino, muzeum, Senat, przyjaciele, znajomi i księgarnia. Tempo mnie zmogło. Pośpiech w Warszawie niesamowity -  powtarzam, i co przedziwne, pęd obezwładniający, morderczy dominuje. Dokąd lecicie? – pytałam w myślach, spoglądając na młodych ludzi z walizeczkami na kółkach. Gdzie was gna? – zastanawiałam się, patrząc na tych wypadających ze stacji metra, z podziemnych tuneli i ulic wokół Pałacu Kultury? Czy słoiki z przetworami domowymi, wiktuały swojskie, prowiant konieczny, tygodniowy, regionalny w tych walizeczkach macie? Może garderoba wieczorowa, lub sportowa tam odzież ułożona? Książki, laptopy, płytki i audiobuki w nich zabezpieczone? Odpowiedź uzyskałam, słysząc rozmowę przelotną, głośną i dobitną: Jak się mamy spotkać? O pierwszej mam rozmowę kwalifikacyjną, od piątej jestem w barze, przed północą w siłowni, zadzwoń po drugiej, bo wszystko mi się roz..bało , a jutro w południe mam szkolenie poprowadzić, do tego Ołeny nie ma w Wawie, Irina w Konstancinie robotę całodobową przyjęła i koszule trzeba mi teraz z pralni osobiście odebrać, buty zmienić, do banku wyskoczyć, bankiecik zaliczyć... Przełóżyć terminy? Nie ma opcji! Muszę poślizg kontrolować, spóźniony już jestem, a z obiegu ani myślę wypadać...

 

Nie dość, że ciągną te kuferki na kółkach, jeszcze kawę popijają z kubków tekturowych, rozmowy błahe i poważne, telefoniczne, szybkie, zdawkowe prowadzą, to zasuwają w dal nieznaną ku wieżowcom, biurowcom, przystankom, spółkom, zarządom...

 

W Złotych Tarasach, do których nie wiem jakie licho mnie zaciągnęło, tłumy, wielokroć większe niż na berlińskim dworcu. Kawiarnia na dole pęka w szwach. Jak w fabryce, jak z taśmy schodzą zamówione napoje, serniki, torciki, przekąski, kanapki, sałatki w plastikowych pojemniczkach, sosy odpowiednio dobrane... Rozmowy gwarne, jazgotliwe, elokwentne i głupkowate... Miny bojowe, nieustraszone, śmieszne. Dziewczyny piękne i chłopcy zadbani.

 

A gdzie seniorzy  się podziali? Co porabiają w przedpołudnie mroźne, lecz słoneczne? Emeryci, renciści, nestorzy wychodzą z domów jedynie wtedy gdy zajdzie potrzeba. Z myślami się biją, bo przecież koszty utrzymania drogie - objaśnia mi znajomy - niepewność dnia ich przygniata, polityka denerwuje, samotność dokucza, ceny odstraszają... A zakupy, spacery, spotkania...? - Gdzie tu zakupy w centrum robić? Na Poznańskiej Delikatesy drogie, na Jerozolimskich to samo, Alma dla zamożnych, dyskonty przepełnione... Wódkę to bez problemu kupisz, a gdy chcesz coś na obiad czy kolację, to już jechać trzeba na bazarek i wózek ze sobą targać, po schodach się pnąć, skrabać, męczyć, do autobusu wdrapywać...

 

Sygnał karetek mknących ulicami przeraża mnie, ale warszawiacy przywykli. Na Nowym Świecie spokojniej, bo sklepy drogie, renomowane, wytworne i Pałac Prezydencki, a przed nim Poniatowski na koniu. I to jakim koniu! Rumak okazały i zdrowy, pod sam Lipsk pójść gotowy! Lokale zaskakują nazwami, wystrojem, elegancją.  U Bliklego, archaicznie nieco, dwa stoliki jedynie zajęte. W sklepie obok pusto, choć oferta artykułów wyszukanych nęci: konfitury, pasztety, terriny,  łososie, galaretki, praliny, faworki... Dla ministrów, bankierów, bogaczy i zamożnych, przygłupich nierobów... A dla wszystkich - Centralny. Zimne, brudne ławki na górze jedynie, ciasny kiosk, pozamykane, puste budki, przepełnione perony bez należnej informacji na wyświetlaczach i zatroskane, zestresowane, szare twarze podróżnych. Z megafonów zapowiadają spóźnione pociągi z Koluszek, Żyrardowa, Kutna i Łomży... Nie ma co się spieszyć. Trzeba cierpliwie stać i czekać, a potem przepchać się z bagażem, bo wagon 267 umieścili tym razem... po środku! Zapełniony po ostatnie miejsce. Pasażerowie umęczeni, obładowani i wściekli.

 

Za to nadwiślańska metropolia w blasku świateł i reklam prezentuje się kolorowo i ponętnie. Z okien pociągu spoglądam na nazwy migoczące, skrzące, lśniące promieniami różnobarwnymi. Znajome nazwy firm i  pan Darek barman znajomy ze swym wózkiem, tak jak poprzednio z Berlina... - Na koszt firmy – powtarza, serwując kawę, herbatę i wafelki czekoladowe. - My już w innym resorcie - tłumaczy mój sąsiad. Pod Bieńkowską będzie lepsze o podróżnego staranie. Kiwam głową bez przekonania i już myślę, czy na czas przybędę do Berlina. Hauptbahnhof zwiedziłam, drugi raz i do tego nocą nie trzeba. I żeby połączenie do Hamburga dograło, bo wówczas te same numery: peronu, pociągu, wagonu i miejsca siedzącego. Tylko bez stresu! - powtarzałam jak babka, co pacierz w samotności szepce. Udało się! Więc szczęśliwej podróży, choćby i z poślizgiem kontrolowanym! Gdziekolwiek się wybieracie!

 

Sława Ratajczak               

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK