"Ofiarom ludzkiej ignorancji. Ofiarom wojen wszech czasów. Ofiarom kaźni tyranów. Ofiarom ludzkiego bezprawia. Ofiarom łamania Boskiego porządku natury.”  Jeszcze żaden utwór muzyczny nie miał tak głęboko humanitarnej dedykacji jak Missa pro defunctis. Requiem polskiego kompozytora, Romana Maciejewskiego. I choć dzieło liczy sobie niemal już pół wieku, w Niemczech nigdy jeszcze nie było wykonane. Po raz pierwszy zabrzmi 5 września 2014 roku, w Berlinie, z okazji 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej oraz 75. rocznicy wybuchu II wojny światowej. W ramach polsko-niemieckiego projektu zatytułowanego REQUIEM DLA ŚWIATA.

 

Pomysł tego wydarzenia zrodził się w Filharmonii Poznańskiej. Stąd udział w tym koncercie Orkiestry Filharmonii Poznańskiej, Chóru Radia Środkowoniemieckiego MDR z Lipska oraz solistów śpiewaków: Wioletta Chodowicz (sopran), Agnieszka Rehlis (alt), Martin Homrich (tenor) i Adam Palka (bas). A wszystko to pod dyrekcją Łukasza Borowicza.  

 

Artystyczna współpraca polsko-niemiecka nabiera przy takiej okazji szczególnego wymiaru. To bowiem muzyczny gest przyjaźni, a zarazem hołdu złożonego ofiarom wojen. Wszelkich. Requiem Maciejewskiego to dzieło wyjątkowe, wpisujące się na listę najwybitniejszych dzieł tego gatunku w światowej literaturze.

 

Pracę nad Requiem, mającym uświadomić ludziom „tragiczny nonsens wojen”  kompozytor zaczął prawdopodobnie w styczniu 1945 roku i kontynuował je aż do roku 1959. Uważał, że wszelkie zło wypływa z niewiedzy, z nieznajomości dobra. Wojnę, będącą skrajnym przejawem degradacji wartości ludzkich nazwał „moralną przepaścią, niszczącą dobre stosunki między ludźmi”. A odbudowywanie zerwanych więzów widział jedynie na drodze przebaczenia i pokoju. 

 

Berlińskie mazurki

 

Roman Maciejewski przyszedł na świat 28 lutego 1910 roku, w Berlinie. Rodziców połączyła muzyka. Ojciec, Józef, dyplomowany krojczy, absolwent Berliner-Schneider-Akademie, Rudolf-Maurer, ale też pasjonat muzyki, brał prywatne lekcje gry na skrzypcach u Bronisławy Zgaińskiej. Muzyka połączyła młodych i w 1909 roku wzięli ślub. Zamieszkali przy Friedrichstrasse w Berlinie, gdzie rok później urodził się Roman. Gdy miał pięć lat matka zaczęła uczyć go gry na fortepianie. Wiele razy w dorosłym życiu Roman Maciejewski wspominał atmosferę berlińskiego mieszkania i dźwięki mazurków Chopina, które wieczorami grywała matka. A gdy sam je zaczął tworzyć okazało się, że jego mazurki stawiane są na równi z tymi, które pisali: Fryderyk Chopin i Karol Szymanowski,   

 

Nieprzeciętnie utalentowany muzycznie Roman, w 1918 roku podjął naukę w Stern’sches Konservatorium der Musik Gustav Hollaender, w klasie fortepianu Marii Goldenweiser, jednocześnie uczęszczając w latach 1916-19 do berlińskiej Königliche Vorschule.

 

Przed wyruszeniem w świat

Po I wojnie światowej, w 1919 roku,  rodzina Maciejewskich postanowiła wrócić do Polski. Osiedlili się w rodzinnych stronach matki Romana, w wielkopolskim Lesznie.  

Maciejewski wstąpił do słynącego z wysokiego poziomu nauczania Państwowego Gimnazjum Męskiego im. Jana Komeńskiego, gdzie szybko dostrzeżono jego talent.  Najpierw angażowano go w charakterze akompaniatora podczas różnych uroczystości, a wkrótce  został najmłodszym organistą w historii leszczyńskiego kościoła farnego św. Mikołaja. Dyrygował też chłopięcym chórem harcerzy, dającym koncerty w Lesznie i poza miastem. Podczas występu w Pawłowicach, na młodziutkiego dyrygenta zwrócił uwagę właściciel tamtejszego majątku, hrabia Krzysztof Mielżyński. I...  postanowił wyznaczyć mu comiesięczne stypendium, które umożliwiło Maciejewskiemu wyjazd do Poznania, na dalszą  muzyczną edukację. 

 

I tak w 1924 roku przyszły artysta rozpoczął naukę w klasie fortepianu prof. Bohdana Zaleskiego w Konserwatorium Poznańskim. Tu powstały jego pierwsze utwory.
W 1931 roku podjął studia kompozytorskie w Wyższej Szkole Muzycznej
w Warszawie, gdzie rektorem był słynny kompozytor, Karol Szymanowski. Fascynacja Maciejewskiego Szymanowskim była tak duża, że... skończyło się to dla niego relegowaniem z uczelni. Przyszły twórca Requiem był bowiem prowodyrem strajku studenckiego przeciw wymuszonej rezygnacji Karola Szymanowskiego ze stanowiska rektora.

 

Ale jak to często bywa w przypadku wybitnych osobistości, nie przeszkodziło to  Maciejewskiemu w rozwoju jego kariery muzycznej.

 

Obywatel świata

Jesienią 1934 roku Maciejewski uzyskał stypendium państwowe na studia w Paryżu. Prawdopodobnie dzięki uprzedniej rekomendacji samego Ignacego Jana Paderewskiego rozpoczął prywatne i bezpłatne lekcje kompozycji u Nadii Boulanger.

 

Czas spędzony w Paryżu zapisał się w jego życiu nie tylko doskonaleniem techniki kompozytorskiej, ale i licznymi artystycznymi kontaktami. Nad Sekwaną poznał m.in. Igora Strawińskiego, Alfreda Casellę, Artura Honeggera, Maurycego Ravela, Francisa Poulenca, a także polskich poetów: Jana Lechonia oraz późniejszego laureata Nagrody Nobla Czesława Miłosza. Szczególna więź połączyła go z pianistą Arturem Rubinsteinem, którego paryską willę odwiedzał na prawach domownika. Kompozytor pogłębił również relacje z Karolem Szymanowskim, który w owym czasie często odwiedzał Paryż.

 

We Francji Maciejewski angażował się w działalność na rzecz promowania kultury polskiej, koncertował, wykonując także swoje dzieła. Tu, na przełomie lat 1935 i 1936, powstał Koncert na dwa fortepiany,  wielokrotnie wykonywany w Paryżu.

 

W 1938 roku Koncert ten Maciejewski zagrał w Wigmore Hall w Londynie,  w ramach serii koncertów współczesnych kompozytorów polskich i angielskich zorganizowanych przez Royal Music College. W brytyjskiej stolicy poznał Elvi Gallen, tancerkę z baletu sławnego choreografa Kurta Joossa, z którą ożenił się w 1938 roku. I tak stał się zięciem sławnego reżysera filmowego Henrika Gallena. W sierpniu 1939 roku państwo młodzi wyjechali do Szwecji, by Elvi mogła przedstawić swojego męża rodzinie. Tam zastał ich wybuch II wojny światowej. 

 

W Göteborgu Maciejewski zarabiał na życie koncertowaniem, współpracą z tamtejszym radiem, tworzył, robił transkrypcje utworów klasycznych w układzie  na dwa fortepiany. Dla Ingmara Bergmana pisał muzykę do jego przedstawień realizowanych w Teatrze Miejskim w Göteborgu. Jako pierwsza powstała muzyka do Caliguli Alberta Camusa.

 

Okres szwedzki był w życiu Maciejewskiego niezwykle ważny. To wtedy, po  zaostrzeniu się choroby przewodu pokarmowego i trzech nieskutecznych operacjach, gdy lekarze nie dawali mu szans na przeżycie, podjął próbę leczenia na własną rękę. Zainteresował się filozofią Dalekiego Wschodu, zaczął praktykować jogę i medytować. Przeszedł na wegetarianizm, dbał  o kondycję fizyczną, rozwijał w sobie pozytywny sposób myślenia, a także skupił się na wewnętrznym doskonaleniu. I stopniowo odradzał się – fizycznie i duchowo.

 

W Szwecji, pod wpływem przeżyć II wojny światowej, rozpoczął tworzenie Requiem. Trwające niemal 15 lat prace kontynuował wszędzie tam, gdzie rzucił go los. A ten sprawił, że w 1950 roku Maciejewski znalazł się w Szkocji, czekając na amerykańską wizę, o którą starał się dla niego Artur Rubinstein. Za Atlantyk wyruszył w 1951 roku. Zadzierżgnięte w Paryżu więzi z wybitnym pianistą zacieśniają się. Maciejewski mieszka w willi Rubinsteinów w Beverly Hills, w Los Angeles. Pochłonięty pracą nad Requiem nie podejmuje jednak propozycji Rubinsteina, by skomponować dla niego koncert fortepianowy. Nie wykorzystał też starań Rubinsteinów, którzy organizowali na jego cześć szereg przyjęć z udziałem największych osobistości świata kultury.   Na jednym z nich poznał producenta filmowego Samuela Goldwyna, który – zachwycony jego mazurkami - zatrudnił go jako dyrektora muzycznego w swej  wytwórni -  Metro Goldwyn Mayer. Hollywoodzka kariera stała przed Maciejewskim otworem. Ale kompozytor na tym stanowisku wytrzymał bodaj dwa tygodnie.  Zamiast niego wolał pracę organisty w polskim kościele, a wcześniej zamieszkanie w kolonii artystów, w kanionie górskim Santa Monica i poświęcenie się wyłącznie pracy twórczej.

 

Dzieło życia

 

Prace nad Requiem Maciejewski ukończył w Stanach Zjednoczonych dopiero w 1959 roku. Trwały długo, bo kompozytor nie chciał niczego forsować. Komponowanie miało wpisywać się w jego porządek samodoskonalenia się. Wszystko musiało mieć swój własny, spokojny rytm. Dlatego nie spieszył się, a do ukończenia dzieła dążył z wielkim spokojem i niewzruszoną wiarą w przeznaczenie. – Tak było – pisał – w zimnej i bezsłonecznej Szwecji, w mglistej Anglii, wilgotnej Szkocji, w zielonym Wisconsin i słonecznej Kalifornii.

 

Prapremiera dzieła odbyła się w 1960 roku, w Filharmonii Narodowej w Warszawie, podczas IV Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Współczesnej Warszawska Jesień. Chórem i Orkiestrą Polskiego Radia w Krakowie dyrygował kompozytor. 

 

Ale ani w czasie pracy nad Requiem, ani później nic nie było w stanie zachwiać postawą twórczą Maciejewskiego. Widać to doskonale po amerykańskiej  prapremierze tej Mszy żałobnej, która odbyła się w 1975 roku w Music Center w Los Angeles, pod dyrekcją Rogera Wagnera. Po entuzjastycznym przyjęciu dzieła przez publiczność i krytykę kompozytor otrzymał dziesiątki ofert i propozycji, dzięki którym zrobiłby światową karierę.  Z żadnej nie skorzystał.  Co więcej - splendor, jaki na niego spadł przyspieszył jedynie jego decyzję o wyjeździe z USA.  Chciał na starość zamieszkać bliżej Polski, by móc ją częściej odwiedzać. Pragnął wieść spokojne, zgodne z prawami natury życie, poświęcić się medytowaniu, muzyce, pisaniu książek.

 

W 1977 roku na kilka miesięcy zaszył się na pustynnej wyspie La Graciosa (Wyspy Kanaryjskie). Zamieszkał w namiocie, u stóp wulkanu, medytował. Stamtąd pojechał do Szwecji, by uporządkować różne formalności i... został. Zmarł w Göteborgu, 30 kwietnia 1998 roku, a jego prochy – zgodnie z jego życzeniem – spoczęły na cmentarzu w Lesznie, 70 kilometrów na południe od Poznania. Przed śmiercią zdążyły dotrzeć do niego trzy tomy partytury Requiem, wydane drukiem w 1997 roku nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego.

  

Cztery lata później, w 2001 roku, ówczesny kardynał Joseph Ratzinger tak pisał o muzyce Requiem w liście do brata kompozytora, Wojciecha Maciejewskiego: Jest ona świeża i odważna, zakotwiczona w żywej tradycji muzyki Zachodu. Przemawia dzięki temu spontanicznie do serca, nie wymaga, jak często chce współczesna muzyka, uczonego pośrednictwa.  Czyż może być lepsza zachęta do wysłuchania w Berlinie Requiem polskiego kompozytora, w polsko-niemieckiej obsadzie? 

 

Anna Plenzler / Filharmonia Poznańska

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK