Kino żyje

 

I to burzliwie! Ukazanie się na rynku odtwarzaczy video w latach osiemdziesiątych prognozowało nieuchronny schyłek kinematografii. Jednak po trzydziestu latach od tego wydarzenia kino wciąż ma się dobrze i nie narzeka na brak klientów. W zasadzie tylko przed kasami biletowymi polskich kin możemy spotkać się z dawno wymarłym w innych dziedzinach życia i polskiej gospodarki zjawiskiem epoki gierkowskiej, czyli z kolejkami! Z kolejkami za biletami na dobry, polski film. Bo od pewnego czasu daje się zaobserwować w polskim społeczeństwie pewne niezwykłe zjawisko... Chodzimy do kina na filmy naszych reżyserów! Oznacza to nie więcej niż tyle, że polska publika chętnie ogląda polskie filmy! Potwierdzają to krajowe media, które zauważyły znaczny wzrost zainteresowania naszą własną produkcją filmową w społeczeństwie (szczególnie w latach 2011-13). Również w gronie znajomych czy w pracy coraz częściej dyskutuje się na temat polskich filmów.

 

 

Fenomen filmu

 

Dziś prawie każdego można nazwać „kinomanem“. Jednym z przykrych zjawisk XXI wieku jest fakt, że chętniej wyciągamy rękę po film niż po książkę. Co sprawia, że go tak lubimy, a może nawet, że się od niego uzależniamy? Na to pytanie już w latach dwudziestych odpowiedział Sigfried Krakauer, teoretyk filmu. Nazwał on wówczas film fenomenem, który na jedną lub dwie godziny przenosi zwykłego śmiertelnika uwikłanego w egzystencjalne problemy do świata nierealnego. Świat ten urzeczywistnia głęboko ukryte marzenia widza, które są spełniane na jego oczach za pomocą poruszających się obrazków podczas seansu filmowego. Dziś film oddziałuje na widza dokładnie w taki sam sposób jak 100 lat temu. Bo choć film się zmienia, my zostajemy tacy sami! Sięgając po kinowe atrybuty - torbę zakupionego popcornu i kubek coli pojemności maxi, siedząc na kanapie dla dwojga (z partnerką lub bez), porusza się nasz współczesny widz przez minimum 90 minut w swoich marzeniach, które zostały wytworzone w 90 %, niestety, przez amerykańskich reżyserów i specjalistów od after effectów.

 

 

Amerykanizacja filmu światowego

 

Amerykański sukces zawiera się w tym, że film zdefiniowano jako towar. Jest to drogi towar, w który inwestuje się miliony dolarów. Szkoła biznesu mówi, że każda inwestycja, musi się zwrócić a potem przynieść zyski. Oznacza to, że towar - film musi być dobrze sprzedany klientowi – widzowi. Ten po towar sięga natomiast tylko wtedy, kiedy zostanie czymś zachęcony. Ludność USA była różnorodnością kultur, języków i tradycji. Zaspokojenie oczekiwań jednych, wykluczało automatycznie drugich, co wiązało się ze stratami w interesie. Dlatego też specjaliści od amerykańskiego biznesu opracowali uniwersalną strukturę filmu, która dotyka sfery uczuć i doznań każdego człowieka na kuli ziemskiej. Sukces był i jest wielki! Ten niesamowity towar zza oceanu szybko opanował cały świat i wyparł pozostałe produkcje filmowe. W pewnym okresie film amerykański wyraźnie zdominował również nasz rodzimy rynek. To filmy z holywoodzkiej „fabryki snów” zapewniają nam przecież zestaw typu „all inclusive“. I to w cenie jednego biletu! Bajkowe pejzaże, wartka akcja, łzy, śmiech oraz zapach ciepłego popcornu i bąbelkowanej coli – atrybutów kina, które z polską kuchnią również wiele wspólnego nie mają... Stąd też nic dziwnego, że fascynacja filmem amerykańskim towarzyszyła i wciąż towarzyszy polskiemu widzowi.

 

 

Dlaczego polski film?

 

Skąd jednak w dobie amerykanizacji polskiego kina tak nagłe zainteresowanie naszym krajowym filmem, często brutalnie i bezlitośnie biczowanym krytyką polskiego społeczeństwa, a czasem traktowanym nawet pogardą? Czyżbyśmy zaczęli doceniać jego walory artystycze? Czy też jest to „nowy przejaw snobizmu“ wśród nas, Polaków? Myślę, że w dziedzinie filmu nie chodzi o snobizm. Bo było i jest się czym pochwalić. Czy powinniśmy zestawiać nasz film z filmem amerykańskim? A czy nasze rodzime masło z Grajewa można porównać z amerykańskim masłem orzechowym z Bostonu? Fakt, mówimy tu w obu przypadkach o maśle. Tylko, że masło orzechowe nie ma nic wspólnego z naszym masłem „od krowy” (może poza pierwszym członem nazwy). Co nie oznacza wcale, że orzechowe z Bostonu miałoby być przez to gorsze lub lepsze! Jest po prostu inne. Podobnie jest z filmem. My propagujemy inny styl, który nie ujmuje mu wcale jakości! To prawda, że Amerykanie przodują w tworzeniu efektów komputerowych czy widowiskowych stylach walki przed kamerą. I w tej dziedzinie nie mają sobie równych na całym świecie. Lecz medium jakim jest film to nie tylko walka na ekranie i efekty specjalne. To także treść, określana w środowisku filmowców słówkiem „story“. Polski film jest filmem ambitnym i wychodzi naprzeciw naszym oczekiwaniom, dlatego tak chętnie go oglądamy. Pojęcie „dobrego filmu“ oznacza w teorii, że w pełni zaspokaja on potrzeby widza, do którego jest skierowany. Czyli właśnie wychodzi naprzeciw jego oczekiwaniom. Film to nic innego jak odbicie lustrzane nas samych. Ukazuje nasze wnętrze, nasze zachowanie czy nasze ambicje. Powiedz mi co ogladasz, a powiem ci kim jesteś!

 

 

Współczesna polska kinematografia

 

Po upadku komunizmu film polski (mocno kojarzony z prowadzoną ówcześnie polityką) został zepchnięty do ciemnego kącika archiwum, a społeczeństwo polskie sięgnęło po zachodni. Jednakże po latach „przejedzenia się“ holiwoodzką produkcją zaczynamy na nowo doceniać fenomen i geniusz naszych filmowców, a oni tworzą istne dzieła sztuki. Nasz film nie opiera się na amerykańskim uniwersalizmie i nie jest kinem jednego bohatera: Robocopa, Spidermana, Batmana, Ironmana czy też Ironmana 3, (człowieka w „odlotowym przebraniu“). Nasi filmowcy to artyści, którzy tworzą niepowtarzalne historie z występującymi w nich jedynymi w swoim rodzaju bohaterami. Różnorodność fabuły polskich dzieł ekranowych powoduje, że powstają prawdziwe unikaty. Nawet kiedy Kieślowski w swoich „Trzech kolorach“ zastosował podobne „połączenia“ jak we wcześniej wyprodukowanym „Dekalogu“, to i tak nie zmieniło to faktu, że każdy z tych filmów zaprezentował odrębną i nieprzeciętną historię. Nasz rodzimy film jest kierowany do nas, Polaków, co powoduje, że jest często niezrozumiały dla odbiorców zagranicznych, którzy mają inne oczekiwania. Niedocenianie polskiego filmu przez publikę zagraniczna nie definiuje go jednak jako film słaby czy nieudany. O wysokim poziomie naszej kinematografii świadczą nazwiska polskich reżyserów, przewijajace się w światowej historii filmu. Kieślowski, Wajda, Haas, Polański czy Żulawski nie należą do twórców niszowych czy nieudolnych. Właśnie ich filmy stawia się dość często jako przykład nowatorskiego zastosowania kamery w wizualizacji tekstu pisanego, jakim jest scenariusz. Natomiast polski film nazywany jest przez zagranicznych teoretyków mediów jako ambitny. Dlatego nie musimy się wstydzić naszego rodzimego kina, ani ukrywać, że go lubimy. Kochamy go przecież, bo często opowiada o nas! Nasi twórcy filmowi rozumieją nasze potrzeby i tworzą właśnie dla nas! Płaczemy, wzruszamy się i przeżywamy historie, oglądając „Dług“ Krzystofa Krauzego, czy też nadal śmiejemy się z komedii Juliusza Machulskiego, mocno naszpikowanej charakterystycznym dla nas humorem. Również statystyki potwierdzają, że polski film jest przez nas chętnie oglądany. „W ciemności“ Agnieszki Holland czy „Jesteś Bogiem“ Leszka Dawida ściągnęły do kin ponad milionową publikę.  Podobnie kontrowersyjne „Pokłosie“ Pasikowskiego, „Róża“ Smarzowskiego oraz „Mój rower“ Piotra Trzaskalskiego. To produkcje, które nie schodzą z ekranów w naszych polskich domach. Niebawem nowe premiery i szturmowanie polskich kin, bo będzie co oglądać. Czekamy na głośne i budzące burzę dyskusji „W imię...“ Małgorzaty Szumowskiej a także na nowe dzieło Andrzeja Wajdy „Wałęsa. Człowiek z nadziei“.

 

A więc... do kin!

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK