Lipiec 1981 i nareszcie wakacje. Skończyłam szkołę podstawową i dostałam się do szanowanego liceum w Warszawie. Zamiast wyjazdu na wczasy, przeprowadzamy się z dobrego, starego Powiśla, do najwyższego bloku na dolnym Mokotowie. Zamieniam widok na ogródek i bzy, które sadziła moja babcia, na szare blokowisko z perspektywy okna na 9 piętrze. Któregoś dnia po przeprowadzce śni mi się, że na ulicach nie ma ludzi ani samochodów, a zwykle głośne i ruchliwe skrzyżowanie obok naszego nowego domu jest  zupełnie puste. Jest bardzo spokojnie. We śnie wiem, że jest wojna, ale nie boje się. Zapominam szybko o tym bezsensownym śnie.

13 grudnia 1981 roku w Warszawie. Jest niedziela. Budzę się i myślę – o jak dobrze, jaki spokój za oknem, nie słychać wcale samochodów, pędzących non stop 6-pasmową Wisłostradą. Nasze kaloryfery bywały ledwo cieple,  ale tego ranka jest dużo zimniej niż zwykle. Leżąc myślę, jakie klasówki mam w przyszłym tygodniu. Dochodzę do wniosku, że znowu zmarnuję niedzielę na naukę. Zmęczona tą perspektywą, wlokę się w piżamie do pokoju mamy. Siedzi, mocno podekscytowana, ze swoją siostrą, która akurat wtedy była u nas. Dowiaduję się, że jest stan wojenny, co dla mnie oznacza, że jest zimno, nie ma cieplej wody, nie ma telewizji i co najgorsze – nie ma telefonu. Jak ja porozumiem się z moimi koleżankami? Chyba umrę, jak nie posiedzę codziennie z nimi kilku godzin na linii!  Jaruzelski przemawia - nareszcie coś wiadomo.  Nie boję się go - jego córka chodziła na te same balangi co ja. Tylko zawsze czekała na nią obstawa i było mi jej dlatego trochę żal. A poza tym jest super: nie muszę iść do szkoły, tylko jak ja przeżyję ten tydzień bez telefonu? Z ciekawości idę na najwyższe - 16 piętro, żeby z okna klatki schodowej zobaczyć, co dzieje się na ulicach. Na rogu Czerniakowskiej i Gagarina stoi sobie spokojnie czołg. Żołnierze, którzy nie wyglądają na zadowolonych z powodu śniegu i mrozu, grzeją ręce przy czymś dziwnym. Nigdy przedtem nie widziałam czegoś  a la metalowy kosz na śmieci, wypełniony palącym się węglem. Nikogo nie ma na ulicach. Sąsiedzi na klatce toczą gorące dyskusje. Mama uprzedziła mnie, że nie mam nic z domu nie powtarzać, ani mówić o polityce, bo teraz nie wiadomo, kto jest kto. Poza tym  ogólnie jest nawet fajnie, tylko trzeba ciągle siedzieć z rodziną w jedynym pokoju, ogrzewanym „farelką”  i to jest straszne.


18 grudnia 1981, ulica Gagarina. Mam wszystko na sobie, co w domu było najcieplejsze, łącznie z za dużym kożuchem ojca. Stoimy w kilometrowej kolejce po chleb do piekarni, którą właśnie otworzyli. Nareszcie mogę spotkać się z koleżankami i nadrobić braki w codziennych rozmowach telefonicznych. Śmiejemy się i wygłupiamy. Świeci słońce, jest piękna pogoda, z piekarni czasem doleci do nas ciepły zapach świeżego chleba, świat wraca na swoje tory.


Lato 1982. Jadę rozklekotanym miejskim autobusem na młodzieżową demonstrację na Starym Mieście. Utknęliśmy w korku na Placu Trzech Krzyży. Równolegle do nas stoi nowiutki autokar, pełen zomowców.  Walą rękami w szyby w naszym kierunku, wyzywają nas - przypadkowych przecież ludzi. Czuję na sobie ich agresję, rzuciliby się na nas i rozszarpali. Za co? Nie mogę patrzeć na zezwierzęcenie w ich oczach, bo nie chcę wiedzieć, że człowiek może dojść do tego stopnia upodlenia. Zaczyna mnie mdlić, chce wysiąść i uciec od tych twarzy.  Nikt nie wysiada, autobus już nie jedzie na Plac Zamkowy, zmienił trasę i zawraca.


Jesień 1982, Liceum Stefana Batorego. Jesteśmy jedyną maturalną klasą humanistyczną. Koledzy rozrzucają ulotki po szkole. My solidarnie ich kryjemy, że nie wiemy, kto je przyniósł. Na moich oczach sprzątaczka łapie jednego z nich i gdzieś odprowadza. Okazuje się, że nasza stara, dobra „ciocia” była szpiclem. Na znak protestu przeciwko stanowi wojennemu i temu wszystkiemu, co dzieje w ludziach i z ludźmi dookoła nas, robimy czarne przerwy. Wszyscy ubrani na czarno, kucamy pod ścianami w szkole i siedzimy tak milcząc. Bardziej lub mniej mundurowi panowie chodzą między nami bezradnie, bo przecież my nic nie robimy. Potem próbują na lekcjach regularnie robić pranie mózgów. Nie dajemy się - mieliśmy za dobrą profesor od historii. Za to właśnie zwalniają ją z pracy, a nam mają wydać „wilcze bilety”. Ojciec jednego z kolegów był rektorem na wydziale prawa. Dyrektorka ręczy za nas osobiście, chociaż do tej pory myśleliśmy, że jest mocno czerwona. Warunkowo zdajemy maturę, na której z obowiązkowej historii pisemnej wszyscy dostajemy temat  „Historia ruchu robotniczego w Polsce”.
Koksownik stał się dla mnie symbolem stanu wojennego. Kiedy zobaczyłam go znowu na ulicy, automatycznie zapytałam się sama siebie: „Czy to znowu się zaczyna?” Wierną i dzielną „farelkę”, która pozwoliła przetrwać stan wojenny, wyrzuciłam z żalem rok temu przy ostatniej przeprowadzce. Wtedy znalazłam też kilka numerów „Robotnika”, którego mamie aż do tej pory, od czasu stanu wojennego, udało się ukryć przede mną. Oddałam je mojemu 17-letniemu synowi, mówiąc: „Przeczytaj, szanuj i zachowaj dla potomnych”. O moim wojennym śnie bałam się nawet komukolwiek powiedzieć, żeby nie pomyśleli, że jestem nienormalna. Dziś, mając ponad 40 lat, wiem, że ten sen przygotował mnie na pierwszy widok stanu wojennego. Może dlatego byłam tak spokojna potem - w stanie wojennym żyło mi się dobrze, miałam co jeść, mogłam chodzić do szkoły i spotykać się z koleżankami. Ważne było przetrwać, aż go odwołają. Nie interesowała mnie zagranica i myślałam, że dla tej bogatej, Zachodniej Europy, my byliśmy całkowicie obojętni.
Okazuje się, że Michał Sielewicz, podobnie jak ja, był 13 grudnia w Warszawie. Poznałam go zimą 2010 roku, przy okazji imprezy solidarnościowej w Berlinie. Wyglądał na bardzo skromnego człowieka, a wszyscy mówili, że dużo pomagał w czasie stanu wojennego. Wracaliśmy razem metrem i miło rozmawiało mi się z tym Niemcem, mówiącym po polsku z dziwnym akcentem.


No właśnie - mówi Michał Sielewicz, krzywiąc twarz, wszyscy mnie biorą za Niemca, a ja jestem Polakiem. 12 grudnia 1981 roku pojechałem na weekend do Warszawy. Mieszkałem u mojej byłej sąsiadki, w okolicach Placu Bankowego. Pani Janina obudziła mnie rano i pokazała w telewizji przemówienie Jaruzelskiego. Zapakowała mi parę kanapek i dała herbatę w termosie, a ja piechotą przeszedłem na Dworzec Gdański, który już był otoczony wojskiem. Jakiś oficer mówi, pan tutaj nie ma czego szukać, bo pociągi nie jeżdżą, ale ja wiedziałem, że ten pociąg moskiewski do Paryża musi jechać. Schowałem się na dworcu i pociąg punktualnie przyjechał o 12-tej. Wskoczyłem do wagonu i zamknąłem się do toalety. Oczywiście, znaleźli mnie tam, za jakieś dwie godziny. Kazali wysiąść przy granicy, sprawdzili jeszcze raz moje dokumenty, ale puścili. Jak przyjechałem do Berlina, to byłem jedyny, który wysiadł z tego pociągu tej nocy, tzn. 14-tego. Na dworcu już czekało BBC i Tim Sebastian, z którym potem współpracowałem i informowałem go na bieżąco, co się dzieje w Polsce. Ja byłem informatorem Sebastiana, a potem to szło na cały świat.


Na jakim paszporcie jeździł Pan wtedy, że pozwolili Panu opuścić kraj?
Miałem wtedy paszport konsularny, ale to trochę skomplikowana sytuacja. Urodziłem się w Anglii, gdzie skończyłem gimnazjum. A potem studiowałem medycynę w Warszawie. Miałem trochę kontaktów z podziemiem. Pani Erdmann, wnuczka Wańkowicza, studiowała medycynę w mojej grupie na Akademii i razem z mężem organizowała tzw. Salon Walendowskich, gdzie spotykał się latający uniwerek. UB dowiedziało się o mojej aktywności i musiałem wyjechać z Polski. Wylądowałem w Szwabii, zupełnie przez przypadek, gdzie znalazłem swoje pierwsze miejsce pracy.
Kiedyś z nudów, siedząc w irlandzkim pubie, przeglądałem gazetę niemiecką i znalazłem w niej ogłoszenie, że niemiecki profesor szuka asystenta. Nie znałem wtedy wcale niemieckiego. Po jakimś czasie profesor zadzwonił, ja przytakiwałem – „ja, ja”. I okazało, że on chce mnie widzieć u siebie od 1 stycznia. Był wrzesień, a ja w Londynie. Na drugi dzień poszedłem do biblioteki i zacząłem się uczyć. Dowiedziałem się do tego, ze jest tzw. Vorstellungsgespraech, więc opracowałem sobie 100 możliwych pytań i odpowiedzi na pamięć. I to była moja podstawa, kiedy jechałem do Niemiec. Jak dojechałem, szefa nie było, był na nartach i oni podpisali ze mną umowę. Okazało się, że miałem sześć miesięcy na okres próbny. Na szczęście, profesor był małomówny i to mnie uratowało. Najgorszy problem to były wypisy. Zebrałem 40 wypisów i kombinowałem trochę z tego, trochę i z innego. Najłatwiej było z pacjentami, bo opracowałem sobie system pytań z odpowiedzią na tak i nie. I to była jak odwrócona piramida, po której po kolei dochodziłem do określenia diagnozy. Tak się bałem, że odkryją moją nieznajomość niemieckiego, że przez pięć miesięcy zamknąłem się w swoim pokoju i nie miałem żadnych kontaktów towarzyskich. To była izolacja na własne życzenie. Jak tylko poznałem język, postanowiłem wyjechać jak najszybciej z głębokiej Szwabii, z Bad Walzeker  - właściwie wioski, która miała 8 tysięcy mieszkańców. Miałem 30 lat i to był rok 1980. Przeniosłem się do Berlina i tutaj udało mi się zrobić karierę naukową. Byłem ordynatorem ortopedii w szpitalu Neukoeln i stworzyłem Amerykanom klinikę ortopedii od podstaw. A 12 grudnia pojechałem do Warszawy w odwiedziny.  
Ponieważ urodziłem się w Anglii, to miałem według prawa ziemi obywatelstwo angielskie, ale mój ojciec był Polakiem, więc według prawa krwi też miałem obywatelstwo polskie. W 1976 roku podczas studiów w Polsce złożyłem papiery o kartę stałego pobytu, ale nigdy nie dostałem odpowiedzi. Nagle, będąc już w Szwabii, dostałem niespodziewanie paczkę z Ambasady Polskiej w Londynie z paszportem konsularnym, chociaż o niego nigdy nie prosiłem. Jedynym moim wytłumaczeniem może być, że to ktoś z Solidarności mi to zrobił.


Nie bał się Pan ukrywać w pociągu?
Trzeba mieć odpowiednie nastawienie do życia, być optymistą. Patrzyłem na wiele sytuacji jak na przygodę. Lęku, ani strachu o własne życie nie odczuwałem, chociaż to może brzmi arogancko. Kiedy przyjechałem do Berlina, od razu myślałem, jak mogę pomóc. Nawet nie zastanawiałem się, czy trzeba pomóc, tylko jak pomóc. Będąc lekarzem, najlepiej robić coś w swoim zawodzie, więc dla mnie to oznaczało zbierać leki. Pierwszy transport był w połowie lutego. To były prawie dwie tony leków, które zbierałem w aptekach szpitalnych. W Berlinie była Arbeitsgruppe „Solidarność”, ale ja tych ludzi nie znałem i nie chciałem znać, bo takie grupy są zawsze spenetrowane przez służby specjalne. Dlatego postanowiłem działać sam i zorganizowałem 17 takich transportów. Potem dołączył do mnie Niemiec Hano Fischer, który organizował ciężarówki, a ja zawartość w postaci leków, ubrań. Hato wyemigrował do Grecji jakieś 25 lat temu. A poznałem go przy okazji wykładów, jakie organizowaliśmy wcześniej w Berlinie. Był z zawodu filozofem i miał po prostu sympatię do Polski. A ja miałem zaufanie do niego, bo wracając, zawsze przewoziliśmy jakieś rzeczy. Raz były to mikrofilmy od Herberta. Do 1984 roku zorganizowałem siedem transportów. Największe kłopoty robili enerdowcy. Za pierwszym razem kazali prześwietlić każde opakowanie oddzielnie. To mi zajęło 8 godzin. Im chodziło o to, żeby zniechęcić. Następnym razem wziąłem niemiecką dziennikarkę ze sobą, żeby potem mogła to opisać. Z mojego szpitala zabrałem z rentgena taki szyld, który noszą na szyi rentgenolodzy i on pokazuje, jakie jest promieniowanie. Kiedy za drugim razem Niemcy kazali mi prześwietlić leki, wyciągnąłem zza koszuli szyld i pokazałem, że nie mogę, bo jestem chory na raka krwi. Oni zaproponowali, żeby ta dziennikarka niemiecka to prześwietlała, a ja na to, że nie może, bo jest w ciąży. Tym razem siedzieliśmy już tylko trzy godziny, bo enerdowiec wykurzył się i sobie poszedł. Potem już nie zmuszali mnie prześwietlać, więc wygrałem te partię. Wtedy żeby pojechać do Polski, trzeba było mieć pozwolenie z misji wojskowej. Musiałem podawać dokładną listę leków z ceną, więc to też było zabawne. Za pierwszym razem byliśmy jedyną ciężarówką na trasie, co 100 kilometrów sprawdzało nas wojsko, a widoki dokoła były przerażające, bo wszędzie stały czołgi. Starałem się zawsze wziąć kogoś ze sobą, żeby był świadkiem wydarzeń w Polsce, żeby o tym pisał i opowiadał dalej. Raz wziąłem ze sobą córkę Güntera Grassa, żeby opowiedziała o tym swojemu ojcu.


Zawoziłem lekarstwa bezpośrednio do kościoła Świętego Stanisława Kostki w Warszawie, bo wiedziałem, że związany jest z Solidarnością, do szpitala na Bielanach, tam pracowało kilku moich kolegów ze studiów, raz do szpitala w Zakopanym i raz do prof. Szapiry w Łodzi. No i zawsze coś przywoziłem z Polski. Był kłopot, jak to coś schować - enerdowcy w drodze powrotnej rozkładali wóz na czynniki pierwsze. Ale jak się mówi, najciemniej jest pod latarnią. Ja zbierałem polne kwiaty. Zrobiłem bukiet z takich zasuszonych kwiatów i umieściłem na lusterku w kabinie. Niemcy szukali wszędzie, ale nie w kwiatach, gdzie były schowane mikrofilmy. Przede wszystkim przewoziłem informacje ustne właśnie dla Tima Sebastiana z BBC. Kiedyś miałem zadanie przeprowadzić wywiady z robotnikami z Ursusa, żeby sprawdzić, jakie są nastroje wśród nich. Kiedy miałem przeprowadzić wywiad z przewodniczącym Solidarności regionu Mazowsza, jeździłem najpierw pół dnia autobusami i tramwajami, żeby nikt mnie nie śledził. Najśmieszniejsze było jak się spotkaliśmy i on próbował otworzyć mieszkanie, w którym mieliśmy rozmawiać. Miał ze sobą pęk co najmniej z 30 kluczy, bo codziennie gdzieś indziej musiał nocować, żeby go nie złapali. I było najlepiej ustnie wszystko zapamiętać. W takich sytuacjach człowiek powinien znać jak najmniej nazwisk i jak najmniej pisać, bo nawet jak wpadnie, to nikogo nie wyda.


Skąd brała się taka chęć pomocy?
To był dosłownie odruch. Widziałem problem i myślałem automatycznie, w jaki sposób chociaż małym uczynkiem pomóc. Chciałem w ten sposób też ludzi podnieść na duchu, że nie są sami. W Berlinie podałem ponad 30 adresów na paczki do Polski. Potem Niemcy zaadoptowali te rodziny i kilka lat im je wysyłali. Podałem adresy rodzin naprawdę potrzebujących i nawet moja rodzina w Polsce miała do mnie pretensje, dlaczego ich pominąłem. Ta pomoc to była u nas tradycja rodzinna, ja to chyba miałem we krwi. Tak zostałem wychowany. Mój ojciec należał do generacji Kolumbów. Polska międzywojenna była inna niż dzisiaj. Mój ojciec Władysław zawsze miał ten zapał, tę wiarę, był lotnikiem polskim w Anglii. Urodził w 1918 w Estonii, mieszkał w Białymstoku. Kiedy weszli tam Rosjanie, wzięli go do Armii Czerwonej, potem przeszedł do Armii Andersa. Lądował na Bliskim Wschodzie. Zgłosił się do lotnictwa. W 44-tym roku, jako pierwszy lotnik przekonywał swojego dowódcę, żeby go zwolnił z wojska, bo po Teheranie nasza sprawa była przegrana. Jako pierwszy polski lotnik dostał się też na uniwersytet w Londynie. Mama, będąc panną, mieszkała wtedy na niemieckim Pomorzu i jako medyczna asystentka dostała się do pracy do Londynu. Tam się rodzice poznali. W domu neutralnym językiem był angielski i tylko w nim mówiliśmy, bo mama nie znała polskiego - była niemieckojęzyczną Ślązaczką. Teoretycznie mógłbym więc być Niemcem.  Mama pochodziła z bardzo starej rodziny śląskiej z XVI wieku. Ja w domu nie nauczyłem się ani po polsku, ani po niemiecku i musiałem to wszystko potem sam nadrobić. Mama mówiła, że Niemcy stracili ducha przez wojnę i panuje straszny materializm. Nie była zadowolona, że pojechałem do Niemiec.
Jest Pan urodzonym Anglikiem, z domieszką krwi polskiej i niemieckiej, ale czuł się Pan do tego stopnia Polakiem, że poświęcał Pan swoje siły i czas, aby pomóc swym rodakom?
Patriotyzm to znaczy dla mnie kochać własny kraj - ten lepszy czy gorszy, no i pomagać, żeby on był jeszcze lepszy. Studia w Polsce to kolejna przygoda w moim życiu, ja zawsze szedłem pod prąd - wszyscy jechali na Zachód, a ja na Wschód. Poza tym chciałem nauczyć się dobrze polskiego. Poznać swoje korzenie w Polsce i przez przypadek poznałem swoje niemieckie korzenie. Moim wspólnym językiem ojczysto- macierzystym był angielski. Dlatego dosyć wcześnie odkryłem, kim jestem. A stało się to jak miałem 13 lat. Ojciec mnie wysłał „Batorym” z Ameryki do Polski na wakacje. Nie znałem słowa po polsku. Ojciec dał mi bilet i powiedział - synu zobaczymy się za trzy miesiące. Rodzina obwiozła mnie po Polsce i ja po prostu dobrze się tutaj czułem, miałem wrażenie, że mam coś wspólnego z Polską, pomimo że nie znałem polskiego. Trudno to wytłumaczyć, bo powodem tego nie były dziewczyny czy dobre jedzenie, to było jakieś ciepło, które powstało. Tego ciepła ani wcześniej, ani później nigdy nie odczułem - ni w Anglii, ni w Stanach, ni w Niemczech. Z moim o 12 lat młodszym bratem było zupełnie inaczej. On żyje i pracuje we Włoszech i czuje się Anglikiem, chociaż chodził do polskiej szkoły w Londynie.


Czy pamięta Pan kto zgłaszał się do Pana z darami dla Polaków?
Wszystko, co zawoziłem do Polski, dostawałem od Niemców. Oni naprawdę pomagali od serca. Byli wspaniali, i to na różnych szczeblach, bo współpracowałem ze szpitalami i prywatnymi aptekami. Ile razy zgłosiłem się, nikt mi nie odmawiał pomocy. Czasem pytałem, czy mają polskie korzenie. W wielu wypadkach byli z Pomorza i Śląska, ale pomagali, nie mając żadnych pretensji za przeszłość.  Nie mam z nimi dziś kontaktu, bo to była pomoc bezimienna. Niemcy jak pomagają, to robią to naprawdę altruistycznie, nic nie oczekując w zamian. Polacy czasem traktują pomoc jako inwestycję. Na przykład, główny aptekarz szpitala Neukoelln pochodził z Gdańska, załatwiał tony lekarstw i niczego za to nie chciał. Pamiętam, jak profesor Zierski dał 10 tysięcy zastrzyków jednorazowych. Wszyscy wiedzieli: jeżeli masz coś do oddania, to zadzwoń do Michała. Wiedziałem, że kiedy już mój pokój w mieszkaniu na Schmargendorf  był wypełniony, to będzie akurat na jedną ciężarówkę. Wtedy normalnie pracowałem w piątki do 17. Wyjeżdżaliśmy koło 18 do Warszawy i wracaliśmy koło 2 w nocy w poniedziałek, a rano szedłem do pracy... Po 84 roku już zapału nie było i w 87 roku już wszystko ucichło.


A teraz tak, jak od dawna planowałem, przeniosłem się do Polski, do Sopotu, bo ja bardzo lubię morze. Mam trochę wolnego czasu i zapisałem się do International Rotary Club. Dowiedziałem się, że jest sporo rodzin aspołecznych w tym bogatym Sopocie. Dzieci nie mają kurtek na zimę i pieniędzy na obiady, nie mają książek. Udało mi się przegłosować w klubie projekt pomocy dla nich, a teraz szukam sponsora na tablice multimedialne do ich szkoły. Jestem dumny, że 98 procent naszych środków przeznaczonych na te dzieci dochodzi bezpośrednio do tych dzieci, a nie tylko półtora procenta, jak w innych organizacjach. Moją żonę, Niemkę, też zaraziłem polskością, organizowała wymiany młodzieżowe, nauczyła się polskiego, wspólnie organizowaliśmy Dni Sopotu w Berlinie, a teraz, tak jak ja, uwielbia mieszkać w Sopocie.
Profesor Waltraut Kerber-Ganse też lubi polskie morze. Była nawet w Trójmieście w czasie kongresu Solidarności w Oliwie i ją tak wzruszyła się wtedy niezwykłą atmosferą wolności, że już nie mogła zachować się obojętnie po wybuchu stanu wojennego w Polsce.
Skąd powstało u Pani zainteresowanie Polską?
Jednym z powodów, dla których zajęłam się Polską, były sprawy rodzinne. Mój ojciec pracował jako celnik Łodzi w czasie okupacji. A ja zawsze czułam wewnętrze powiązanie ze Wschodem. Po raz pierwszy powiem to szczerze - miałam zawsze uczucie, że kiedyś tam pojadę, bo coś muszę zrobić dobrego w zamian, choć myślę, że mój ojciec nie robił nic złego. Okazją, żeby zrealizować zamiar był stan wojenny. Z powodu tego uczucia nauczyłam się języka polskiego. Moim partnerem życiowym w tym czasie był przesiedleniec z Polski, ze Śląska.                                                                                                                                             

Zaczęło się to wszystko w ten sposób, że zorganizowaliśmy stoisko na terenie Freie Universitaet Berlin, gdzie symbolicznie sprzedawaliśmy własnoręcznie zrobione tomiki poezji Tomasza Jastruna, przetłumaczone przez mojego przyjaciela. Znaliśmy osobiście go wtedy osobiście jako młodego poetę. Każdy mógł za nie zapłacić ile chciał i my zbieraliśmy to jako dary. Ja już wtedy pracowałam jako wykładowca na Uniwersytecie Technicznym. Mogliśmy zbierać te datki, ponieważ mieliśmy stowarzyszenie założone przy przedszkolu moich dzieci.  W ten sposób mogliśmy wydawać zaświadczenia jako organizacja charytatywna. Prowadzaliśmy regularne zbiórki ubrań  i butów. A do tego współpracowaliśmy ze szkolą podstawowa, do której chodził mój syn. Tam organizowaliśmy po ogłoszeniu stanu wojennego regularne akcje pomocy. Razem wysłaliśmy jako stowarzyszenie prawie 20 transportów do Polski. Z reguły jeździliśmy w kilka ciężarówek razem z innymi ludźmi, którzy też zawozili dary do Polski. Kilka razy jechaliśmy z Włoszką, której nazwiska dzisiaj nie pamiętam. Za zabrane pieniądze kupowaliśmy podstawowe artykuły żywnościowe – mąkę, cukier. Głównie zaopatrywaliśmy w Warszawie rodziny internowanych, ich żony i dzieci, które pozostały bez środków do życia. Dlatego też woziliśmy dużo puszek z odżywkami dla niemowląt. Enerdowscy celnicy chcieli wszystko prześwietlać, a my walczyliśmy o to, żeby nie kontrolowali tych puszek i nawet udało się ich przekonać. Miałam już wtedy tytuł doktora nauk humanistycznych. Tłumaczyłam celnikom, że jestem lekarzem specjalistą i według najnowszych badań tego rodzaju rentgen wpływa negatywnie na żywność, szczególnie dla dzieci. Jako stowarzyszenie funkcjonujące przy przedszkolu na Lichtenrade zorganizowaliśmy 20 transportów. Poza odżywkami dla dzieci i ubraniami za każdym razem zawoziliśmy do Warszawy papier i długopisy jako dar berlińskiego Uniwersytetu Technicznego dla wydziału Pedagogiki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego, z którym od lat współpracowaliśmy i byliśmy zawodowo zaprzyjaźnieni. Nie do końca oficjalnie dyrekcja naszego uniwersytetu zamawiał  tzw. materiałów piśmiennych niż nam było potrzebne, specjalnie po to, żeby przekazać je do Polski. Fenomenalne przy tym było to, z jaką dokładnością celnicy enerdowscy zawsze rozkręcali każdy długopis po kolej. Wiadomo, że kiedy rozwoziliśmy te paczki byliśmy śledzeni.

Kiedy woziła Pani dary dla polskich rodzin i dzieci, była Pani sama już wtedy matką trójki dzieci. Nie miała Pani obaw zostawiając je w domu i jadąc do kraju, w których w każdym momencie mogła wybuchnąć wojna?
To jest dobre pytanie, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałam i sama go sobie nie zadawałam. Nawet nie przeszło mi do dzisiaj przez głowę, żeby się bać. Pomoc Polakom to była dla mnie oczywista potrzeba i konieczność. To był taki normalny, naturalny odruch, bez zastanowienia. Tak samo jak teraz, kiedy wszędzie na świecie staram się podkreślić, że Korczak był pierwszym pedagogiem, dla którego prawa człowieka były sprawą zasadniczą. Niestety nikt o tym nie wie, bo jego prace nie zostały przetłumaczone na żadne języki obce. Często biorę udział w Genewie w obradach ONZ związanych z prawami dziecka. Długo sprawdzałam w genewskich archiwach, czy ktoś kiedykolwiek wspomniał o Korczaku. Ucieszyłam się, kiedy znalazłam jedną jedyną wzmiankę o Korczaku w przemówieniach wygłaszanych w ONZ. Okazało się, że jedynym człowiekiem, który go wspomniał był Jaruzelski.
Waltraut Kerber-Ganse nigdy nie spotkała się z Michałem Sielewiczem, chociaż kiedyś jeździli tymi samymi drogami z transportami do Polski i ci sami celnicy kazali im prześwietlać wszystkie dary. Kiedy opowiadają o tym, jak pomagali Polakom w stanie wojennym wygląda jakby już o tym zapomnieli. Pomagali wtedy, bo tak była po prostu potrzeba. Nawet przez chwile nie zastanawiali się, czy się boją i czym ryzykują. Ten czas minął. Teraz są ważniejsze potrzeby. Michał Sielewicz pomaga niedożywionym dzieciom w Sopocie, Waltraut Kerber-Ganse walczy o prawa dziecka, których najlepszym ambasadorem jej zdaniem był Janusz Korczak. Dalej pomagają tym najbardziej potrzebującym, czyli dzieciom.  Nie chcą za to podziękowań, ani medali. Dalej robią swoje.                                                          Nie zdawałam sobie sprawy jako 15 latka w stanie wojennym, że byli tacy dziwni ludzie z Zachodu, którzy pomagali tak jak mogli najlepiej Polakom w stanie wojennym. I do dzisiaj bym się o tym nie dowiedziała, gdyby z trudem nie udało mi się namówić ich na wywiady. Byli zdziwieni, że chce z nimi o tym rozmawiać. Nie mieli czasu, bo są bardzo zajęci, a poza nie uważali swojej pomocy Polakom w stanie wojennym za coś nadzwyczajnego.                        Dziś mogę podziękować tym, którzy wtedy pomagali bardziej potrzebującym niż ja.  To dziwne, że tacy ludzie jak Waltraut Kerber-Ganse czy Michał Sielewicz i ich bezimienni pomocnicy, nie bali ryzykując może nawet życie odwiedzinami w kraju pełnym czołgów i bezprawia.
Agata Lewandowski

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK