„ Pokaż mi wody ogromne i wody ciche

Rozmowy gwiazd na gałęziach pozwól mi słyszeć zielonych

Dużo motyli mi pokaż serca motyli przybliż i przytul

Myśli spokojne ponad wodami pochyl miłością”

                                             K. I Gałczyński

Kiedy o świcie przyjdzie patrzeć na jezioro, zapomina się o wszystkich troskach i niepokojach. Miejsce wydaje się nierzeczywiste, nieprawdopodobnie piękne, a jednocześnie tajemnicze i do końca nieogarnione. Zwłaszcza, gdy spogląda sią ze wzgórza Rowokół i podąża wzrokiem po linii wybrzeża, po wstęgach Łeby, Łupawy na Mierzeję, Wyspę Kamienną i bezkres Bałtyku. I wypatruje się o świcie ptaków  przedziwnych, które po okolicy mają miejsca lęgowe. Radość z ciekawością towarzyszą obserwacji brodźców, biegusów, batalionów, do tego rybitw popielatych, różowych i tych czubatych, również długodziobych kulików i kszyków co wbrew opiniom, cicho siedzą wśród turzyc na moczarach. Cisza współgra z lazurem, szarością, zielenią, także ochrą i wszystkimi jej odcieniami, które upodobał sobie Max Pechstein wędrując z paletą i sztalugami po wydmach i piaskach przybrzeżnych tej „Błękitnej Krainy”. Agnieszka zapamiętała te okolice z dzieciństwa, z wakacji i wycieczek szkolnych, które odbywała w maju i czerwcu każdego roku. Miała 16 lat kiedy wyjeżdżały z mamą ze Słupska do Niemiec. Był rok 1988. Pomyślała wówczas, że traci na zawsze wszystko, co dotąd pokochała i do czego się przyzwyczaiła. Nie wyobrażała sobie życia bez letnich wypadów nad morze, kąpieli we wzburzonej, chłodnej wodzie, ognisk wspólnych z przyjaciółmi, nocy pod namiotem w Retowie, Smołdzinie, wędrówek po Łąckiej Górze i wokół latarni w Czołpinie.  – Tam gdzie  jedziemy będzie sto razy piękniej i lepiej. Niezwykłe morza zobaczysz, kąpać się będziesz w basenach z ciepłą wodą. Wakacje urządzać będziemy w hotelach z całodobową obsługą pośród ogrodów zielonych... – mówiła matka segregując sterty dokumentów. Te najważniejsze wszywała pod podszewkę jej kurtki i płaszcza jakby tam było ich właściwe miejsce. Nie było czasu na zdziwienie. Niekiedy jednak buntowała się stawiając pytania: -  Jak ja się  się dogadam, skoro nawet po angielsku mówię źle? Skąd wiesz, że będzie mi tam dobrze? Kto będzie mnie uczył, kto mnie zrozumie?  -  
Przecież jedziemy po to,  by sobie poprawić? – odpowiadała matka. Czas bym odżyła. Dość mam wyrzeczeń, oszczędzania i tej roboty po sam czubek nosa! Wystarczająco fałszywych przyjaźni, układów, koneksji, akceptowania karierowiczów i ich pociotków! Nie będę żebrać o każdy grosz, o podwyżkę, pożyczkę, kartki i talony. – Była często  poirytowana, zawiedziona i zdenerwowana. Z trudem radziła sobie z  nadmiarem obowiązków, kłopotami finansowymi, poczuciem odtrącenia po nieudanym małżeństwie. Frustracje narastały jak fala strajkowa.  Wyjeżdżały starym autem, bez pożegnań, po cichu przed nocą, z nadzieją, że przed nimi lepszy, bo zachodni , wolny i dostatni świat. W ten świat i przychylność losu wierzyły tak jak się wierzy, że tęcza pojawi się po burzy. Kiedy już osiadły na dobre na Eppendorfie w Hamburgu, w pięknej dzielnicy, wśród imponujących kupieckich kamienic i drogich sklepów   pojęły, że szczęście i zadowolenie to rzeczy umowne. Nowa rzeczywistość nie miała w sobie nic sympatycznego. Co więcej, okazała się nieprzystępną, zbiurokratyzowaną, pozornie ujmującą i łaskawą. W żadnym razie nie był to teren przychylny, oswojony, poznany i przewidywalny jak ten, który pozostawiły za rzeką szeroką i borami. Kto nigdy nie był w rezerwatach Gardnieńskie i Klukowe Łęgi, nie obserwował mewy śmieszki zwanej Larus ridibundus, nie przyjrzał się perkozowi zausznikowi o koralowych oczach, zabawnym podskokom tokującego żurawia czy kąpielom barwnego zimorodka, ten nie wie jak zaskakujące jest piękno natury , jej siła i majestat. Johann jest naukowcem, ornitologia to jego specjalność, a fotografika pasją, w której osiągnął sukcesy. Najlepiej czuje się w Słowińskim Parku Narodowym. Jeździ tam wiosną, jesienią i zawsze, gdy ma wolny czas. Mówi o sobie, że jest Kaszubem, nie Słowińcem, lecz luterańskim Kaszubem. Urodził się w Gardnie Wielkiej. Kiedy opuszczali Polskę w 1963 miał siedem lat. Dla takich jak oni nie było w ojczyźnie miejsca, pracy, ani przyszłości. Nazwisko mieli ”dobre”, tyle, że dokumenty niewłaściwe. Do tego język, wyznanie, odwieczna do Brandenburgii i Prus przynależność, także krewni w Niemczech nie były do zaakceptowania. Nie ich jednych napiętnowano. Ludowe kadry realizując program czystek etnicznych zmusiły wielu z takich jak oni do opuszczenia gospodarstw. Liczni nie otrzymali na czas polskich dokumentów, bo druków zabrakło, bądź metryki były nie do odczytania. – Co to za nazwiska: Prey, Kirk, Broha, Wogatzky, Borowsky?- pytano po urzędach. – Kto nadał wam te imiona: Gertruda, Erwin, Eryk, Johann? Jak wy mówicie? Po co tu siedzicie wśród mokradeł i trzęsawisk? – Jesteśmy Kaszubami, tutejszymi rybakami, gospodarzami z dziada pradziada – odpowiadali. –  Jakiego pradziada? Niemca? Polska nastała! Wyście element wrogi, zgermanizowany i krzyżacki. Wynocha! Do Adenauera! Najdramatyczniej było w Klukach wkrótce po wojnie. Na kaszubską ludność tam zamieszkałą wprost zawzięli się urzędnicy aparatu państwowego. Nie było litości, przegnano wielu z nich jak intruzów. Wspominano to przez lata. Jeszcze nie zdążyli wsiąść na ciężarówki podstawione nocą przy drodze, jeszcze nie przeżegnali się na odjezdne, a już nowi osiedleńcy rozpakowywali tobołki i wiwatowali wznosząc butelki z samogonką. Ich bose dzieciaki wygrażały „germańcom” i skakały przez ogień wzniecony na podwórzach. Służby porządku publicznego poganiały opieszałych i maruderów, którzy ręce załamując ziemię w woreczki zbierali, jakby złoto zawierała, albo miała przywracać zdrowie. Szabrownicy zacierali ręce. Oni zaś płakali opuszczając ojcowiznę. Płakali latami, choć na Finkenwerder w Hamburgu, gdzie wielu z nich osiedlono, jest spokojnie jak na wsi. Rzeka też ma piaszczysty biały brzeg,  szuwary gęste, rybacką przystań, szachulcowe domy kryte strzechą i stary kościół z dobrodusznym pastorem. To jednak nie to samo, co pozostało nad Pustynką, na bagnach i torfowiskach , wśród łąk zielonych nad jeziorem Gardno. Johann godzinami przesiadywał nad Łabą wpatrując się we wzgórze po przeciwnej stronie z niewielką morską latarnią i dal prowadzącą ku morzu. Tęsknił i marzył o powrocie, o tym by choć raz jeszcze zobaczyć Swiętą Górę Słowińców o której tajemnicach wielokrotnie opowiadała matka, „diabelski kamień”nad jeziorem, który wspominały ciotki i latarnię w Scholpin. Nie interesowały go ogromne statki należące do HADAG, wybudowane w stoczni Bloom & Voss ani też światła wielkiego miasta. Polubił obserwowanie przyrody, zwłaszcza ptaków gnieżdżących się w zaroślach. Samotność Agnieszki była dotkliwsza. Nie odchodziła od książek, by dać sobie jakoś radę w nowej  szkole. W chwilach wytchnienia przywoływała miejsca ukochane; plażę, wydmy, zagrody w Klukach, przyjaciół radosnych. Pragnęła spotkać kogoś ze Słupska, by móc powspominać miasto ukochane i jego okolice, ale jakoś nie nadarzyła się taka okazja. Na rozmowy z mamą nie było czasu, gdyż ta biegała przed i po kursie językowym do urzędów, po porady, na dodatkowe lekcje i szpitalne dyżury. O wakacjach w Polsce nie było mowy. Lata mijały, a one stale były zajęte i zabiegane, bo przecież chciały dostosować się do nowych realiów i wymogów, osiągnąć godną pozycję wśród obcych, dostatnio urządzonych hamburczyków. Za to co zdobywały płaciły drogo; oddalały się od siebie, gorzkniały, traciły wiarę w miłość. Poznali się na wernisażu w Akademii Katolickiej. Johann święcił tam tryumfy. Jego fotografie wzbudzały zainteresowanie i podziw. Piękno Słowińskiego Parku porażało na nich magią szczegółów ze świata fauny i flory przedstawionych tak efektownie, jak na obrazach holenderskich mistrzów. Nadwodne pejzaże; piaski, wydmy i las zdawały się żywe  i ruchome. Przemawiały tajemną dramaturgią, nawoływały ku sobie i wyciszały jednocześnie.  – A węc pan z tych stron, co i ja. Nie byłam tam od szesnastu lat - wyznała. Nie pamięta, co jej odpowiedział. Poprosiła go o wizytówkę. Na odwrocie zapisał termin spotkania w uniwersyteckiej auli i swojego tam wykładu. –  On jest nadzwyczajny – pomyślała. Ktoś, kto tak zauroczony jest przyrodą, kto robi takie zdjęcia musi być kimś wyjątkowym. – Niemiec, a stara się mówć poprawnie po polsku, przy tym wszystko wie i zna i tak cudownie opowiada. Zafascynował ją. Zakochała się. Ta miłość stała się nadzieją, pragnieniem wspólnej podróży do Słupska, Łeby, Smołdzina. Miała wrażenie, że obudziły się w niej uśpione pokłady dawnej wolności radości i marzeń. Doznania nasiliły się po wysłuchaniu wykładu o unikatowych walorach Słowińskiego Parku Narodowego i po wspólnej wyprawie na Duvenstedter Brook. Urzekła ją natura, o której mówił w sposób zajmujący i jasny. Ileż nowych niezwykłych rzeczy jej powiedział. I wtedy też dowiedziała się, że jest sam, ale nie samotny, że ma grono przyjaciół w NABU, że wspólnie podejmują akcje na rzecz ekologii. Spokój i pogoda jaką wokół siebie roztaczał ujęły ją. Tak się złożyło, że pierwszą wspólną podróż do Polski odbyli wraz z grupą niemieckich studentów wiosną 2008 roku. Większość uczestników tej wyprawy miała świadomość, że ich rodziny wywodzą się z Pomorza, że są trzecim, nawet czwartym pokoleniem dawnych mieszkańców tych ziem. Niewiele jednak wiedzieli o kraju przodków i  pojęcia nie mieli jak wygląda współczesna Polska. Agnieszka miała obawy, że nie spodoba im się to co zobaczą, że będą zawiedzeni. Bała się ich rozczarowań, a nawet i krytyki. Tymczasem Słupsk ich zachwycił. Zainteresowali się nie tyle jego przeszłością, co współczesnością i rozwojem miasta. Owszem, wysłuchali wykładu o pomorskich rodach Belowów, Puttkamerów, Zitzewitzów, nawet Massowów i von Krockow, o ich dawnych i obecnych związkach z Pomorzem. Wysłuchali tego z uwagą, ale temat ich nie porwał. Pytań, ani dyskusji nie było. Za to w centrum ich uwagi znalazło się malarstwo Witkacego z słupskiej kolekcji,  kawiarnie, kluby, no i oczywiście ich rówieśnicy z Akademii Pomorskiej i Szkoły Policji, która jak się okazuje, ma kontakty z podobną szkołą w Oranienburgu. Zawierali znajomości, poznawali się, umawiali i bawil się razem po nocach. Choć wyznaczyli sobie własny program wypoczynku i zwiedzania Johann nadal był ich przewodnikiem i autorytetem. Opowiadał, wyjaśniał, naprowadzał na ślady rodzinne odczytując stare dokumenty, objaśniając mapy i dawny plan miasta. Agnieszka była w centrum jego uwagi. Każdego wieczoru zabierał ją na przechadzki, na herbatę lub lampkę wina, na ciasteczko i pogawędki miłe w zamkowej kawiarni. Czuła tę relację pełną ciepła i serdeczności i to ją dowartościowywało i uszczęśliwiało. To dzięki niemu ten jakże odmieniony po latach Słupsk potrafiła zaakceptować. Pokazała mu kamienicę w której mieszkała, szkołę do której uczęszczała, skwer na którym spotykała się z koleżankami i przychodnię w której pracowała matka. Nic nie było jak dawniej. Nic. Dom po remoncie w  niczym nie porzypominał tej uroczej rudery z wąską fasadą, witrażykiem w okrągłym oknie nad wejściem i kutą w żelazie balustradą jedynego balkonu na piętrze. Dębowe drzwi z mosiężną kołatką strzegły tajemnicy dwupoziomowej rezydencji w środku miasta wystawionej teraz do wynajmu. Sąsiednie,  także odmienione kamienice chełpiły się i promowały mieszczącymi się w nich biurami, kancelariami, agenturami, lub salonami piękności i filiami banków. Nie było możliwości zajrzeć na podwórka, miejsce dawnych zabaw i sąsiedzkich spotkań, gdyż każdy skrawek przestrzeni był ekonomicznie zagospodarowany. Skwer zatracił swą dziką pierwotność. Tam gdzie była Biblioteka Publiczna urządzono Salon Gier. Szkołę zamknięto, bo trwały lekcje i nikt z zewnątrz nie miał na ten czas do niej wstępu. Ulice zastawiono szczelnie autami, a wszechobecny monitoring strzegł własności prywatnej i publicznego porządku. Te zmiany unieszczęśliwiły Agnieszkę. Była zdziwiona i zawiedziona. –  Nie smuć się, nie denerwuj! To nadal twoje miejsce na Ziemi, twoja ojczyzna i przystań, przestrzeń za którą będziesz tęskniła i do której powracała. Nie odtrącaj jej! Ty tu byłaś, jesteś i będziesz. Nasi studenci też do tego terytorium jak my należą i czują to w radościach, których doświadczają, w opowieściach jakie zasłyszeli i tych, które powiozą do swych rodzin, do niemieckich domów za Odrę. Dzieje tych ziem są jak księga pełna zagadek, niespodzianek i zwrotów przedziwnych. W tej księdze i nasze losy zapisane. Uspokoiła się. Uwierzyła, że przywrócił ją miastu, którego wyrzekła się kiedyś dla obietnic bogactwa. Wędrówki po plaży  w wietrze i słońcu przyniosły wspomnienia sprzed lat. Wtedy właśnie zapragnęła, by ktoś kiedyś, w takiej scenerii wyznał jej miłość. I chyba magia miejsca zadziałała. Dokonało się to, co dawno temu jako dziewczynka kilkunastoletnia sobie w tajemnicy obmyśliła.  Z czułością i namiętnością, jakiej się nie spodziewała objął ją tuż przed świtem,  w przeddzień odjazdu, nad Gardnem. Przyjechali posłuchać ptaków, poobserwować ich poranne zachowania. Zdawało się, że wysłuchali pieśń na cześć miłości tryumfującej. Przyroda ze swą niebywałą urodą zawładnęła ich zmysłami. Spełniły się marzenia. Dotknęli nieba, które rozjaśniało się powoli wschodzącym słońcem. I wtedy uświadomiła sobie, że świat jego dzieciństwa i świat jej młodości to te same światy. Pojęła, że czasam trzeba długo wędrować, żeby zrozumieć, że nieraz wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało niezmienione.
Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK