Zbliża się 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego - wielkiego, młodzieńczego zrywu  wymierzonego przeciw okupantowi w piątym roku trwania na ziemiach polskich okupacji nazistowskich Niemiec. Dla Polaków, dla warszawiaków to data szczególna. To refleksje, wspomnienia i spotkania z  sędziwymi już świadkami historii. Na ten temat porozmawiałam z zamieszkałą w Szwajcarii nad Jeziorem Lugano Anną Zymon – Stankiewicz - uczestniczką Powstania, pseudonim ”Hanka”, publicystką i polonijną działaczką odznaczoną Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

 

Sława Ratajczak: W jaki sposób i przy jakich okazjach powracają do pani tamte wydarzenia?

Anna Zymon – Stankiewicz: To już 70 lat, od tamtego upalnego sierpniowego dnia, w którym o 17 zawyły w stolicy syreny -  znak, że powstanie się zaczęło. Jak pani widzi, stało się to w ubiegłym tysiącleciu. Czas wymazał z mej pamięci twarze, pseudonimy, nawet fakty.

Pozostały jednak w podświadomości obrazy i sytuacje, których zapomnieć się nie da, które raz po raz, przy różnych okazjach powracają. One są jak fotografie, jak uwiecznione po wieki obrazy... Pamiętam wrzesień 1939 i oblężoną, stale bombardowaną i broniącą się Warszawę. Schodziłyśmy z mamą podczas alarmów do piwnicy wypełnionej po brzegi mieszkańcami naszej kamienicy, tuż przy Placu Krasińskich. Słychać było świst bomb i płacz, widziałam przerażone twarze... Pewnego wieczoru ojciec powiedział: możecie pozostać w mieszkaniu i spać spokojnie. Warszawa się poddała. Wówczas ja, dziesięciolatka odpowiedziałam: Tatusiu, przecież Polacy zrobią powstanie! Skąd wówczas u mnie takie przewidywanie? Ono zrodziło się w dziecięcej świadomości pod wpływem tego, co zaobserwowałam i słyszałam. Muszę powiedzieć, że przez cały okres okupacji hitlerowskiej wierzyłam, tak zresztą jak moi rówieśnicy, jak większość z nas, że nadejdzie chwila i zrzucimy kajdany, przeciwstawimy się przemocy, zerwiemy się do boju. Trzeba wiedzieć, że nastrój w Warszawie był wyjątkowy, pełen napięcia i tajonego, konspiracyjnego gniewu. Gubernator Hans Frank zwykł mawiać, że jeden jest punkt, z którego wychodzi całe polskie zło. To Warszawa.

 

Spełniły się wasze oczekiwania. Stanęliście do walki. Wyszliście o 17 z domów, nie wiedząc co was czeka i czy do swoich najbliższych kiedykolwiek powrócicie. Jaka była Pani rola podczas Powstania?

Oczywiście! Nie było na co czekać! To było wyzwanie, nasz patriotyczny zew! Wiedzieliśmy, że cud sam się nie wydarzy. Wyruszyliśmy pełni wiary i sił. Wszystko było precyzyjnie zorganizowane, obmyślane i zaplanowane. Mnie najpierw przydzielono do pracy w szpitalu na Barokowej. Potem dołączyłam do grupy pirotechników pod dowództwem kpt Cezarego. Mieliśmy kwaterę w piwnicach domu Fukiera na Starym Mieście. Nasza grupa zajmowała się rozbrajaniem niewypałów, wykręcaniem zapalników, produkcją butelek zapalających i  dostarczaniem ich na barykady.

 

We wspomnieniach pisze pani o pożegnaniu z rodzicami: Z chwilą wybuchu Powstania Warszawskiego nadszedł moment pożegnania z rodzicami. Bałam się tej chwili, że może nie pozwolą mi iść... Byłam jedynaczką. Nie zatrzymują mnie jednak, a mama nawet nie płacze, chociaż taka skłonna do wzruszeń. Wkłada mi tylko na palec swój pierścionek  -  szafir otoczony diamencikami. „Miej to na pamiątkę po matce”.

Rzeczywiście, tak było. Z tym pierścionkiem też wiąże sią historia powstańcza i czasami przypomina się, choć ja już  nie chcę tamtych sytuacji i wypadków odtwarzać.

 

Jeśli pani pozwoli, przytoczę ją. Mogę przeczytać fragment tych powstańczych wspomnień? Powstanie i kapitulację przeżyłam na Starówce. Próba przejścia kanałami do Sródmieścia nie udała się. W rozwalonym domu chowamy broń, łudząc się, że jeszcze może się przydać. Rozebrani z „ panterek” wyglądamy jak banda obdartusów. Jeszcze ostatnie słowa naszego dowódcy, które wyryły się w pamięci na zawsze: „Gdziekolwiek będziecie, musicie zawsze walczyć o Polskę!

Tak było. To pamiętam bardzo wyraźnie, jakby wczoraj się wydarzyło. Słowa te wzięłam do serca, jak rozkaz, który należy spełnić...

 

I potem dalsze zwierzenia, od których dreszcze przejmują. Zwłaszcza o  pierścionku z szafirem warto wspomnieć. Wychodzimy pojedynczo na Kilińskiego, tam gdzie na początku powstania wybuchł niemiecki czołg. Na ruinach domów wywieszono białe flagi. Wokół pełno Niemców. Krzykiem i kolbami karabinów wypędzają ludzi z piwnic. Po raz pierwszy w życiu jestem świadkiem egzekucji... Słychać krzyki ze szpitala powstańczego mieszczącego się w byłym gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości. Podobno mordują rannych. Pracował tam mój stryj chirurg. Jaki los go spotka? Stoję oszołomiona i zdaje mi się, że to wszystko tylko zły sen. W tym momencie ktoś  chwyta mnie za rękę. Przede mną stoi Niemiec. Nic nie mówi tylko ściąga mi z palca pierścionek. „Niech pan nie zabiera! To jedyna pamiątka po mojej matce”, mówię błagalnym głosem. „Teraz ja będę miał pamiątkę”, śmieje się Niemiec i chowa do kieszeni tę jedyną rzecz, którą wyniosłam z domu, który przestał istnieć. I wtedy –  aż wstyd się przyznać, że ja -  jeszcze przed chwilą żołnierz Warszawy – rozpłakał się... Weinen Sie nicht meine Fraeulein” (nie płacz moja panno) i o dziwo zwraca mi mój skarb! Podaje rękę przy której brak dwóch palców.” To panią przeraziło?

A jakże! I jeszcze ten mój kolega Jurek, który był świadkiem...

 

Podszedł do Niemca i dał mu swój sygnet, a pani nigdy nie zdążyła podziękować jemu za ten gest...

Tak się złożyło. Ileż to my rzeczy nie zdążyliśmy pozałatwiać? Nie było czasu na słowa, na gesty, jedynie na wejrzenia przelotne, pełne wyrozumiałości, bo serca miłością i ufnością były przepełnione i męstwem. Więc i czyny były niebywałe, heroiczne. Do tego, ofiarność i  odpowiedzialność, która tak szybko nas z domów wypchnęła i  poprowadziła w dorosłe, trudne życie, w ogień...

 

Opowiadała pani często i wiele o powstaniu i tych wszystkich dramatycznych jego momentach, z których każdy to materiał na opowiadanie lub scenariusz filmowy?

Do pewnego czasu nic nikomu nie mówiłam. Nie przyznawałam się nawet do udziału w walce w 1944. W domu, już po wojnie nie powracało się do tego tematu. To obezwładniało, za nadto bolało i przygnębiało. Czasy ówczesne też nie sprzyjały rozpamiętywaniu i rozgłaszaniu wojennych dokonań, a co dopiero ujawnianiu naszych zapatrywań  i celów niezrealizowanych, wcześniej planowanych w powstańczych kręgach. Nie ja jedna milczałam. Dopiero mój mąż po latach nakłonił mnie do wspomnień i do opisania niektórych wydarzeń. Jemu się zwierzałam, bo nalegał. On, rodowity krakowianin, który w Krakowie przeżył wojnę, nie był w stanie wyobrazić sobie tego wszystkiego, co przeszłam i doświadczyłam. Nie dowierzał i rozniecał pytaniami opowieści. Zwłaszcza, że mieszkaliśmy poza Polską i ojczyzna z tragizmem dziejów i swoją niedolą długich powojennych lat domagała się niejako wspomnień, przywołań i prawdy. Przy tym nastał taki okres, że nad powstaniem, jego celowością i bohaterstwem uczestników zaczęto dyskutować publicznie. Jak więc było uciekać od tematu? Nie mówić?

 

Włochom, Szwajcarom, znajomym w krajach późniejszego zamieszkania wspominała pani o tej powstańczej, polskicej tragedii?

Nie czułam takiej potrzeby. Nie uważałam się za bohaterkę i nie potrzebowałam wzbudzać litości ani podziwu.Tamte przeżycia i wspomnienia to była moja wewnętrzna zamknięta przestrzeń. Taka, która mnie dostatecznie przez lata wzmacniała i hartowała. Nie myślałam, by dopuszczać do niej obcych  ludzi, nawet jeśli byli ciekawi naszych polskich losów. Czy oni by to zrozumieli? Tym, którzy Warszawę współczesną odwiedzają i w rozmowach pytają o pewne rzeczy, wyjaśniałam co nieco.

 

Jaki był pani popowstaniowy los, owa jesień 44 roku?

Najpierw obóz w Pruszkowie. Olbrzymie hale i umęczeni, głodni ludzie leżący pokotem na betonie. Tam, o dziwo, cudem jakimś, wśród tych tłumów, spotkałam się z rodzicami. Potem pięciodniowy transport z przestojami w nieznane. Najpierw Kraków i przymusowa praca w szwalni. Po kilku miesiącach obóz w  Płaszowie, a w styczniu czterdziestego piątego Oświęcim, by dostatecznie nas powstańców ukarać. Nasz transport stał na terenie obozu noc i dzień, ale Niemcy nie wiedzieli co z nami zrobić, bo mieli wiadomości, że zbliżają się wojska radzieckie. Likwidowali wszystko po sobie. Wysłano więc nas tym towarowym pociągiem dalej. W Makowie Podhalańskim już bez straży pozostawiono. Byliśmy wolni. Czy można opisać słowami radość z tego pierwszego dnia czy nocy wolności? Prawdziwej wolności, bo Niemcy uciekli, a Rosjanie jeszcze nie weszli. No a potem powrót i  zadomowienie się w Krakowie. Warszawa była jedną wielką ruiną. Nie było po co wracać. Nie  było kamienicy, mieszkania, jedynie sterty gruzów i powstańcze krzyże na zbiorowych mogiłach.

 

Od wielu lat mieszka pani za granicą, a jednak Warszawę odwiedza. Jakie wrażenia i uczucia towarzyszą tym wizytom?

Od 47 lat jestem na emigracji. Warszawy nie zapomniałam, bo to moje gniazdo umiłowane. Gdy tylko tam jestem, idę na Nowe Miasto do kościoła Nawiedzenia Najświętszej Panny Marii, w którym mnie ochrzczono i w którym rodzice brali ślub, potem w okolice Placu Krasińskich, bo tam stał nasz dom. Najlepiej czuję się na Starówce, która tak wypiękniała i ma tę swoją niepowtarzalną atmosferę. Zawsze udaję się pod pomnik Małego Powstańca, który ma chełm za duży i buty za wielkie i karabin za ciężki, tylko serce ma w sam raz. I co by nie mówić,  jest mi smutno. Wspominam wówczas powstanie. Najtragiczniejsze powstanie w naszej historii i powracają obrazy, niektóre sceny, postacie i twarze już zatarte...

 

 

Co chciałaby pani przekazać młodym ludziom, którzy idą dziś w życie, którzy na szczęście nie doświadczyli tak bolesnych prób i wyzwań, ale mają ambicje?

Przede wszystkim radziłabym, by uczyli się historii, by mieli pasje i zainteresowania, które rozwijają, kształcą. Dobrze by mieli bohaterów, takich jakich my mieliśmy; ludzi honoru, szlachetności i odwagi. Miałam to szczęście, że takich spotkałam. Nazwiska ich od pewnego czasu, od dwudziestupięciu lat, wyryte na kartach naszej historii. Są jeszcze bezimienni, jak ta sanitariuszka, która szła kanałami osiemnaście godzin sama ze Sródmieścia na Starówkę i ta, która kanałami przez kilka godzin niosła na swych plecach rannego żołnierza, by dostarczyć go służbom medycznym... I niech młodzi szanują ideały, niech odróżniają dobro od zła!

 

Na koniec jeszcze jedno i to najtrudniejsze pytanie. Na ratuszu w Westerlandzie na niemieckiej wyspie na Morzu Północnym odsłonięta zostanie 31. sierpnia tablica z  uniżoną, co warto podkreślić, i szczerą prośbą tamtejszych władz i mieszkańców o przebaczenie. To dlatego, że burmistrzem miasta był tam po wojnie przez kilka lat kat Warszawy, likwidator Powstania Warszawskiego Heinz Reinefarth. -  Jakie uczucia, jeśli można tak powiedzieć, ogarniają panią na tę, że tak powiem, okoliczność?

Jestem wstrząśnięta i przejęta! Powracają nazwiska oprawców. Nie chcę ich wymawiać.  Nie chcę! Po chrześcijańsku należy wybaczyć, ale... to nie jest łatwe, ani proste. Po tylu latach... „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...” Pozostaje modlitwa i... milczenie. Nic więcej nie powiem, bo słów mi brak i na wskroś jestem przejęta. Jakże wiele lat dorastać  trzeba do aktu skruchy... Jakże wiele potrzeba czasu, by z pokorą pochylić się nad tym co zdeptano, zgładzono, zapomnieć chciano...

 

Na zaproszeniach rozesłanych na uroczystość odsłonięcia tablicy na Westerlandzie widnieją słowa prezydenta RFN Richarda von Weizsäckera: Kto zamyka oczy na przeszłość, nie widzi przyszłości. Zgodzi się Pani z tymi słowami?

Tak. Tak właśnie jest. I skierowałabym je zwłaszcza do młodych pokoleń, zachęcając by uczyli się historii.

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK