Przed kilkoma dniami minąła setna rocznica zamachu w Sarajewie, wydarzenia, które sprowokowało wybuch I wojny światowej z udziałem pięciu europejskich mocarstw, w tym trzydziestu trzech państw. Tragiczny incydent na Bałkanach doprowadził do zagłady, zniszczeń i przeobrażeń politycznych jakich nikt nie był w stanie przewidzieć.

 

Tamtejsze, sprzed wieku zajścia i fakty stały się okazją do licznych sympozjów i seminariów, otwarcia wystawy w berlińskim Niemieckim Muzeum Historycznym, do wielu publikacji i dyskusji, a także uroczystości w Ypres w zachodniej Belgii, gdzie przywódcy 28 państw UE uczcili pamięć ofiar tej wojny. Polskie Archiwa Państwowe zaplanowały z tej okazji 100 wydarzeń rocznicowych.

 

Niemałe poruszenie w temacie wywołała też niedawno wydana w Polsce książka Sue Woolmans i Grega Kinga „Zabić arcyksięcia”. Wstęp do niej napisała prawnuczka Franciszka Ferdynanda bohatera sarajewskiego krwawego zamachu - Sophie von Hohenburg. Uznała, że przedstawienie jej zacnych antenatów warte jest dziś  właśnie pokazania, bo „wszyscy oni wiedli życie naznaczone tragedią i cierpieniem, ale szli przez nie z dumą, z uniesioną głową, z odwagą, wytrzymałością i wiarą”.

 

 

Zachęcona tą  lekturą, postanowiłam w tym roku podczas pobytu w Pradze odwiedzić oddalony od czeskiej stolicy zaledwie o 45 kilometrów zamek Konopiszcze, którego ostatnimi właścicielami byli właśnie Franciszek Ferdynand d’Este i jego morganatyczna małżonka Zofia von Chotko - tytularna księżna Hohenburg, a więc ofiary zamachu dokonanego w Sarajewie przez dziewiętnastoletniego serbskiego nacjonalistę Gawriła Principa.

 

Na parterze tej wspaniałej, położonej nad jeziorem, wśród starych lasów posiadłości, trafiłam w połowie czerwca na okolicznościową wystawę nazwaną - ”Złączeni życiem i śmiercią” (Spojeni w zivote i ve smrti). Co by nie mówić, wzruszająca to ekspozycja, przedstawiająca dzieje nieakceptowanej, dostatecznie ignorowanej, a nawet jawnie potępianej, lecz gorącej miłości i jej fatalnego finału. Na powiększonych fotografiach widzimy Zofię, trójkę jej dzieci i arcyksięcia, który miał w sobie dość odwagi, by przeciwstawić się opiniom i presjom wiedeńskiego dworu dotyczącym jego małżeństwa. Oboje jawią się jako ludzie pełni ideałów i dobroci, dla których szczęście to wzajemne uczucie, zaufanie, szacunek i ciągła fascynacja.

 

Wystawiono na pokaz młodzieńcze listy Zofii, a te świadczą, że była osobą inteligentną i  stateczną o szlachetnym i wyważonym, choć w miarę radosnym usposobieniu. O księciu, jego różnorodnych zamiłowaniach, pasjach i zainteresowaniach najwięcej mówią wnętrza tego uroczego zameczku. Są w nim gabinety, salony, sale, bawialnie i pokoje „wypełnione po brzegi” łowieckimi trofeami, bronią i  licznymi, wyszukanymi, drogocennymi dziełami sztuki, a także kaplica pod wezwaniem ich umiłowanego św. Jerzego.

 

Warto wiedzieć, że ten najstarszy bratanek cesarza Franciszka Józefa I odziedziczył ogromny spadek po swej  wymarłej habsbursko-esteowskiej gałęzi włoskiego rodu i był jednym z najzamożniejszych książąt wiedeńskiego dworu. Pozwoliło mu to na zakup, przebudowę i wyposażenie tego starego i jakże pięknego podpraskiego zamku na wzgórzu. W dość szybkim czasie ta odwieczna, ponura budowla stała się reprezentacyjnym miejscem dla spokojnego, rodzinnego życia arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, umiłowanej, poślubionej 1 lipca 1900 roku Zofii oraz trójki ich dzieci. Komfortowi i wygodzie sprzyjało doskonałe jak na owe czasy nowoczesne wyposażenie techniczne i sanitarne rezydencji, takie, jakimi nie dysponowały pałace Wiednia. Było w niej centralne ogrzewanie, elektryczne oświetlenie, kanalizacja i wygodne łazienki. Zainstalowano w nim nawet windę osobową. Wygoda, luksus, położenie wśród parku i wypielęgnowanych różanych ogrodów i oranżerii,  nade wszystko urok samych właścicieli, sprzyjały uroczystościom i spotkaniom jakie miały tam miejsce. Przybywali do Konopiszcze monarchowie, ministrowie i wybitni artyści także. 

 

 

Tę idyllę i plany na przyszłość przerwał na zawsze sarajewski tragiczny incydent w dniu 28 czerwca 1914 roku. Na wspomnianej wystawie jest on na tyle wyraźnie upamiętniony, że wywołuje w zwiedzających zrozumiały dreszcz przerażenia i smutku. Pogrzeb owej kochającej się pary też był nietypowy, bo zaznaczał wyraźnie nierówne ich pochodzenie stanowe. Katafalk arcyksięcia stał na podwyższeniu, poniżej na postawionej po lewej stronie trumnie hrabiny położono wachlarz i rękawiczki -  oznaki panien dworskich. W ten sposób „poniżono  Zofię” po raz ostatni. Oboje spoczęli pochowani w spokoju, bo bez rozgłosu, w kaplicy zamku Artstetten w Austrii.

 

Złączeni miłością i śmiercią pozostawili trójkę dzieci. Trzynastoletnią Zofią, dwunastoletnim Maksymilianem i dziesięcioletnim Ernestem zajęli się książę Jarosław Thun Hohenstein i jego żona Henryka, siostra zamordowanej Zofii Chotkowej. Na krótko wszyscy oni zamieszkali w konopiskim zamku, by w 1921 roku (kiedy to została uchwalona  przez  Zgromadzenie Narodowe ustawa o upaństwowieniu majątków Habsburgów i Hohenbergów), z małym jedynie bagażem, w kilka godzin opuścić pod presją Czechosłowację. Przenieśli się do nowopowstałej Republiki Austrii, sądząc, że zaznają tam spokoju.

 

 

Ledwo zdołali się zadomowić i wykształcić, w 1938, tuż po aneksji Austrii przez III Rzeszę, obaj młodzi Hohenburgowie: Maksymilian i Ernest zostali deportowani do KZ Dachau. Młodszy potem jeszcze trafił do Buchenwaldu. W ten sposób naziści zemścili się za protest obu arystokratów przeciwko poczynaniom Hitlera.  Tak więc smutny, a nawet dramatyczny był ich los. Na dodatek zamek – rodzinna posiadłość stał się w owym czasie siedzibą sztabu i jednostek SS. Zmienił tym samym całkowicie swoje przeznaczenie, wystrój i funkcje.

 

Od roku 1945 stanowi majątek państwa czeskiego i pozostaje pod opieką Urzędu ds. Zabytków w Srodkowych Czechach. Nie znaczy to, że potomkowie Hohenberów zgadzają się z tym stanem rzeczy.Wciąż domagają się zwrotu swego mienia i nie myślą ustępować w swych roszczeniach. Interweniowali nawet w Europejskim Trybunale Praw Człowieka.

 

Opuszczając ten niezwykły zabytek i cudowny zakątek, rozmyślałam o tym, jak tragiczne i nieprzewidziane bywają dzieje ludzkie i jak przemawiać potrafią po stu nawet latach pozostawione pamiątki. Ileż trzeba pokory, sił i samozaparcia, by znieść z honorem w imię szlachectwa i prawdy to, co gotuje człowiecza dola. Jeszcze nie zdołałam opuścić czeskiej stolicy, gdy dowiedziałam się, że w południe 28 czerwca na dziedzińcu zamkowym w Konopiszcze metropolita Pragi - Jego Eminencja ojciec Dominik Duka celebrował mszę żałobną za świętej pamięci Zofię i Franciszka Ferdynanda. Przybyły tłumy i uroczystość wywołała w niejednym wiele głębokich refleksji. Zatem rys historyczny zamku, duchowe dziedzictwo jego Panów zdaje się wciąż przemawiać i sprawia, że nawet odległa historia zdaje się być bliską, przejmującą i jakże pouczającą. Zachęcam wszystkich do odwiedzenia tego miejsca, bo dostarcza ono fascynujących i nieoczekiwanych wrażeń.

 

Sława Ratajczak      

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK