Nie tylko stamtąd, z wielu jeszcze miejsc Poznańskiego, które bezprawnie Provintz Posen  wówczas nazywano, także z Górnego Śląska przybyli w końcu XIX wieku do Hamburga pierwsi polscy emigranci. Przyjechali pociągami, z tobołkami marnymi, a najczęściej bez bagażu żadnego, czym mieszkańców Wilhelmsburga nad Łabą wprawiali w zdumienie. Nędznie ubrani nie wzbudzali zaufania, lecz na kpiny byli narażeni i niewybredne docinki. Ich zachowanie i bezradność wynikająca z niemożności porozumienia się sprawiały, że obawiano się ich i wystrzegano nawet. Tym bardziej, że miejscowa społeczność była zamknięta, od pokoleń skoligacona, nieprzystępna i zachowawcza. Miejscowy pastor uprzedzał swych wiernych: „Biedaczyny to bez znajomości pisania i czytania, niecywilizowani i prymitywni. Z odległych stron przybyli dla podratowania nędznego swego bytu. Tylko praca jest  w stanie na wyższy wznieść ich poziom. Pracowitości, posłuchu i respektu musimy od nich wymagać, by do potrzeb naszej wspólnoty zdołali się choć częściowo dostosować.”

 

Otoczony wodami Łaby Wilhelmsburg u schyłku XIX stulecia przedstawiał się dość osobliwie. Oprócz małych gospodarstw rolnych, były tam liczne warsztaty szkunerskie, małe zakłady rzemieślnicze, skromne, czynszowe kamienice, gospody, sklepiki, poczta, młyn i przystań, do której zawijały łodzie z przeciwległego hamburskiego portu, a także Harburga. Rozległe okoliczne łąki doskonale nadawały się pod budowę fabryk. Nic dziwnego, że właśnie należący do Prus Wilhelmsburg stawał się od 1880 roku najbardziej uprzemysłowionym obszarem w zasięgu hamburskiej rozwijającej się metropolii. Agitowano więc Polaków w pruskim zaborze, by wyjeżdżali do Niemiec, bo tylko tam mają zapewnione dobre warunki bytowe i niezły zarobek. Roztaczano przed nimi wizje szybkiego wzbogacenia się, oferowano pomoc przy wyjeździe, podpisywano umowy i wypłacano niewielkie zaliczki przy wódce. Spółka inwestycyjno-budowlana braci Vering jako jedna z pierwszych zatrudniła przybyszy z terenów wschodnich do prac budowlanych na Wilhelmsburgu. Kiedy w 1889 otwarto tam czesalnię wełny (Hamburger Wollkaemmerei AG), to w niej przede wszystkim znalazły zarobek setki naszych rodaków. Ślązacy i Poznaniacy garnęli się do zajęć w warsztatach, w  cynkowni, przy budowie torów kolejowych, gazowni, kanałów i ulic. Ciężkie, niebezpieczne prace przypadły im w dokach stoczni i przy stawianiu mostu przez Łabę w Harburgu. Polscy przyjezdni nie tak wyobrażali sobie życie w nowym miejscu. Od pierwszej chwili natrafiali na brak życzliwości ze strony miejscowych. Szybko pojęli, że są wykorzystywani, obarczeni trudem ponad siły i na dodatek kiepsko wynagradzani. Nie zapewniono im należytych warunków socjalnych. Lokowali się po kilkoro, często i po dwie rodziny w małych, ciemnych izbach, w przyzakładowych barakach, na poddaszach i w przybudówkach. Narażeni byli na choroby, a także konflikty pomiędzy sobą. Czuli się oszukani, zepchnięci na margines, poniżani i nadmiernie eksploatowani, a to nie sprzyjało zadomowieniu. Podobnie jak ciągłe kontrole ich mieszkań, oględziny, inspekcje, najścia, policyjne nagonki... Dla większości nie było możliwości powrotu, bo i pieniędzy nie mieli, ani perspektyw najmniejszych w rodzinnych, odległych stronach, w których gospodarka rolna przechodziła poważny kryzys, a pruska Komisja Kolonizacyjna i bezwzględni landraci dyktowali swe prawa i ustawy.

 

Zatem sytuacja przesiedleńców równa była tej, jaką przedstawiał Henryk Sienkiewicz i Maria Konopnicka w swych utworach. Na dodatek trzeba przyznać, że Polacy nie pałali sympatią do Niemców. Uważali, że są podstępni, przebiegli i wrogo nastawieni wobec wszystkiego, co polskie. Na takie przekonania wpłynęła oczywiście wieloletnia germanizacyjna, pruska polityka zaborcy, utwierdzona działaniami kanclerza Rzeszy  - Bismarka i poparta, godzącymi w polską cześć i honor wypowiedziami cesarza Wilhelma II . Czyż więc dziwić się owej złożonej, jakże skomplikowanej sytuacji Polaków, osiadłych w Wilhelmsburgu, Harburgu, potem w Barmbeku, w Neuestadt, na Rothensburgsort, Veddlu  – w Hamburgu?

 

W latach 1898 – 1908 liczba Polaków w hanzeatyckim mieście nad Łabą zwiększyła się niemal dwukrotnie i wynosiła prawie 10 tysięcy osób. Emigranci, wbrew przewidywaniom, jak mogli i potrafili, przystosowywali się do nowej sytuacji. Wykazywali przy tym stanowczość w egzekwowaniu swych potrzeb, celów i zamierzeń. Choć chętnie zmieniali urzędowo nazwiska, by Niemcy potrafili je wymówić, to nie zaparli się polskości, nie wstydzili swej wiary, języka i tradycji. Z roku na rok rosło w nich poczucie siły i własnej wartości, oraz upór w pokonywaniu przeciwności i przeszkód. Niemałą rolę w tym procesie przypisuje się Kościołowi, bo zespolenie katolicyzmu z patriotyzmem było podstawą wierności narodowej. Na wspomnianym tu Wilhelmsburgu, od początków swego pobytu Polacy domagali się mszy w języku polskim, swojej kaplicy i kapłana znającego język polski. Ich oczekiwań nie spełniał Niemiec Gustaw Toettcher i po pięciu latach swej posługi w 1896 roku musiał opuścić polską parafię. Szacunkiem i zaufaniem darzono polskich kapłanów z Kleine Michaelis Kirche na Neustadt. Tam jeździli więc Polacy, do ojca Zygmunta Świdra z Krakowa i Władysława Kisielewicza z Przemyśla. U nich szukali wsparcia i zrozumienia, ale  nadal zabiegali o katolicką świątynię po drugiej stronie Łaby, tam gdzie mieszkali i gdzie były miejsca ich pracy. Cel ostatecznie osiągnęli. Dzięki staraniom i finansowemu wsparciu Polaków, wybudowano w 1898 na Wilhelmsburgu na rogu ulic Gross-Sand i Veringstraße kościół pod wezwaniem świętego Bonifacego, później powstała tam także prywatna szkoła katolicka z nauczaniem języka polskiego i liczne organizacje, zrzeszające polskich katolików.

 

Godna podziwu okazała się więc postawa tych prostych, wcale nie prymitywnych, lecz jakże zdecydowanych w swych dążeniach, stanowczych i pracowitych ludzi. Na przekór rozmaitym trudnościom, a nawet szykanom, nękaniom i dyskryminacji, nie zatracili swej tożsamości i dumy. Nie poddali się i ułaskawili, jak potrafili, ten nieprzyjazny im początkowo, zimny, obcy Wilhelmsburg. Dziś to dzielnica wielokulturowa, zdominowana przez Turków, zielona oaza spokoju i wytchnienia, na której rozlokowano tego roku międzynarodową ekspozycję kwiatów i roślin (Internationalen Gartenschau). Jest to też ciekawy historycznie zakątek pełen wspomnień wielu dramatycznych i zastanawiających faktów przeszłości. Młodzi Polacy, studenci, pracownicy tutejszych banków, korporacji, ludzie sztuki i nauki niewiele wiedzą o przeszłości tej dzielnicy. Dlatego też Deutsch –Polnische Geselschaft organizuje każdego roku wycieczki nazwane „Śladami Polaków w Hamburgu”. Zjeżdżają zatem do Wilhelmsburga ci młodzi, w większości polscy uczniowie gimnazjalni, dobrze znający oba języki i ci ze Szkoły Polskiej przy Konsulacie, ich koledzy Niemcy także, i wysłuchują opowieści i nadziwić się nie mogą, jak wielkie zaszły w ciągu niespełna stu pięćdziesięciu lat przemiany. „To niemożliwe!”, powtarzają. „Czyż historia zawsze takich zakrętów nieprawdopodobnych dokonuje?”, pytają. „Historia uczy, a podróże kształcą”, twierdzi proboszcz z Polskiej Misji Katolickiej na Grosse Freiheit, ks. dr Jacek Bystroń i organizuje dla  swych parafian kolejną wycieczkę – tym razem po Stanach Zjednoczonych. Wszak polska diaspora w Hamburgu jest dziś liczna, wykształcona, zamożna i świata ciekawa.

                                                                    

S.R.

 

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK