Osobiste wspomnienie z lat 60-tych i 70-tych

Niekiedy w życiu nasze porządnie zaplanowane działania przynoszą nieoczekiwane, a nieraz niechciane rezultaty. Tak było i z Nową Hutą. Komuniści pragnęli zbudować „od podstaw” idealistyczne, socjalistyczne miasto. Nie żałowano na to ani funduszów, ani starań. Najlepsi architekci, najnowocześniejsze rozwiązania urbanistyczne, idealizm w trakcie realizacji - w zasadzie pomyślano o wszystkim i nic nieoczekiwanego nie mogło się wydarzyć. Materialna strona projektu - samo miasto - to nadzwyczajny sukces, wszystko szło jak po maśle, „według planu”. Tylko główna myśl, strona ideowa - to był niewypał.

Komuniści polscy i ich towarzysze w ZSRR nie uwzględnili tylko jednego „drobiazgu”, że Polacy w odróżnieniu od Rosjan, żyjących zawsze od początku swojej Państwowości w jakiejś formie poddaństwa (czy od Tatarów czy od Carów czy właśnie od komunistów), po prostu nie nadawali się do „poddańczości”. „Złota wolność szlachecka”, tradycje powstań „za naszą i waszą wolność”, nawet idiotyczne „liberum veto” - te tradycje siedziały tak głęboko w polskiej duszy, że ich wyplenienie w przeciągu kilkudziesięciu lat było niemożliwe!

Już po paru latach istnienia Nowej Huty jej „komunistyczni” mieszkańcy zaczęli domagać się  ... budowy kościoła. Ale akurat to było dla komunistów „świętokradztwem”. W nowoczesnym mieście socjalistycznym – kościół? Nie do pomyślenia, grzech ciężki!

Doszło do zamieszek w 1960 roku, po których zezwolono - na razie - na ustawienie „krzyża”. Ale mieszkańcy wiedzieli, że prędzej czy później wywalczą swój kościół. A w międzyczasie  większość „socjalistycznych dzieci” uczęszczała regularnie na lekcje ... religii w klasztorze cystersów (którzy żyli tam już od 1222 roku), w leżącej koło Nowej Huty wiosce Mogiła.

Klasztor to słynny, założony jeszcze przez biskupa Odrowąża. Inny biskup krakowski Karol Wojtyła (późniejszy papież Jan Paweł II) wymusił na komunistach 15 lat później zezwolenie na budowę nowego kościoła. Powstała słynna „Arka Pana” (Kościół Matki Bożej Królowej Polski - oficjalnie otwarty w 1977 roku) w Bieńczycach - dzielnicy leżącej w zachodniej części miasta, podczas gdy Mogiła leżała całkiem na wschodzie. Mieszkańcy Nowej Huty mieli więc teraz do wyboru dwa kościoły i krótsze drogi dojazdowe. A w następnych latach powstały nowe kościoły.... Po ledwie 30 latach istnienia miasta, wizja komunizmu przestała egzystować! W 1980 roku władzę w mieście faktycznie przejęła „Solidarność” i utworzyła tu w następnym roku największy bastion wolnych związków zawodowych w Polsce.

Po tym „politycznym” wstępie pragnę opisać to - wyjątkowe pod każdym względem - miasto,  bardziej osobiście. Jestem urodzony w Nowej Hucie, więc opis to nie z książek czy internetu, lecz „z pierwszej ręki”. Urodziłem się jak miasto liczyło zaledwie 5 lat, na osiedlu wówczas z prowizoryczną nazwą „A-Zachód” (później: osiedle Ogrodowe). Po dwóch latach przenieśliśmy się na większe mieszkanie, na osiedle „Centrum-C”. Oznaczenia te były orginalne, praktyczne i nowoczesne. Zamiast kratownicy ulic, miasto podzielono na osiedla, takie „zamknięte” jednostki mieszkalne, gdzie połączone ze sobą bloki tworzyły formę nieregularnego trapezu, a w środku znajdowało się tzw. podwórko z zieleńcem, placem zabaw, przedszkolem, itd. Były to wielkie jednostki mieszkaniowe, bowiem bloki mierzyły 5-6 pięter wysokości i połączone bramami wjazdowymi ciągły się na przestrzeni paruset metrów. Bloki budowane były z solidnej cegły, mieszkania wysokie (ok. 3.50 m) i jak na lata 50-te luksusowe. Wszędzie parkiet z prawdziwego drewna (położony w choinkę) - wyglądało to bardzo ładnie, tylko moja mama życzyła sobie co parę tygodni ten parkiet „pastować”, specjalną „pastą do podłóg”, a potem szmatką „glancować”. A najgorsze było „cyklinowanie” - co parę lat drapaliśmy z dziadkiem te 75 m2 drewna specjalnymi skrobaczkami-cyklinami. To była rzeczywiście „mordercza robota”....

Na tym parkiecie leżały potem dywany, z frędzelkami, które trzeba było czesać grzebieniem, żeby frędzle leżały prościutko, no i co jakiś czas trzepać trzepaczką (z wikliny) na podwórku, na specjalnym trzepaku (który służył na codzień małym dziewczynkom jako przyrząd gimnastyczny). W zimie była „moda” trzepać te dywany na śniegu. Kładło się więc ten kilim na świeżym śniegu, na ziemi i waliło trzepaczką.

Kuchnia była duża, z oknem (gdzieś od lat 70-tych, za Gierka, wymyślono później kuchnie bez okien i bloki z wielkiej płyty „made in UdSSR”), a pod parapetem, w murze, znajdowała się wąska, drewniana szafka z przesuwanymi drzwiami i półkami (akurat na garnki itp.), która spełniała równocześnie rolę lodówki, bo miała specjalny wlot powietrza z zewnątrz. Z kuchnią graniczyła jeszcze „spiżarka”, może 2 m szeroka, gdzie dziadek zamontował po obu stronach drewniane półki, na których mama trzymała zawsze ok. 200 „weków” z kompotami, ogórkami czy przecierem pomidorowym (oczywiście „własnej produkcji”). Z dzisiejszego punktu widzenia jedynym brakującym „luksusem” były tapety - ale je można było kupić dopiero w późniejszych latach (pierw z NRD). Ściany trzeba było więc co parę lat malować. Szczególnie sufit - to było rzeczywiście „zadanie bojowe” (przy 3,50 m wysokości). Okna w pokojach, kuchni, przedpokoju - były wielkie (chyba 2 metry wysokie) i o podwójnych szybach. I tu było wiele roboty przy myciu szyb - które trzeba było rozkręcać śrubokrętem i myć od wewnątrz i od zewnątrz.

Następnym luksusem na te czasy, była osobna łazienka i ubikacja. W łazience wanna i wielka terma na gaz. Ponieważ ojciec zarabiał jako jeden z projektantów Nowej Huty bardzo dobrze, mieliśmy jako pierwsi w bloku telewizor („Szmaragd”). Pamiętam, że całkiem obcy ludzie przychodzili naraz wieczorem do nas, na telewizję... Powoli i inni kupowali telewizory, więc te „odwiedziny” całe szczęście szybko się skończyły (być może mama powiedziała, że sobie nie życzy?). Natomiast telefon, to była w latach 60-tych rzecz prawie nieosiągalna. U nas w bloku miała telefon tylko „Pani Doktor” (lekarka) i ojciec mojego kumpla Pawełka (obecnie w Texasie), który też był jakąś „szychą” na kombinacie. Ale wówczas jakoś nikt nie potrzebował tyle telefonować.... A na Placu Centralnym ustawione były budki telefoniczne i dodatkowo na poczcie były kabiny z telefonami do rozmów zamiejscowych. To wystarczało jakoś całkowicie. Jak było coś pilne, to ... pisało się list.

Nasz blok liczył pięć pięter, a na parterze mieściły się „Delikatesy” - sklep spożywczy z luksusowymi towarami (to znaczy gdzieś do końca lat 70-tych - potem była tylko „luksusowa wódka” i papierosy - jeśli je akurat dostarczono). Mój ojciec, który był „smakoszem”, kupował tam różne wyszukane smakołyki i chyba czeskie piwo. W pamięci utkwiły mi tylko „ciasteczka z dziurką” – były to kruche ciasteczka oblane czekoladą, kupowane „na wagę”.

W bloku była winda, która psuła się jednak bardzo często (ale winni byli najczęściej tzw. „chuligani”), więc jak ktoś miał pecha to został stać między piętrami i trzeba go było wyciągać.

Powyżej 5-go piętra znajdowało się jeszcze 6-te, gdzie była wielka pralnia i strychy do suszenia bielizny. Ta pralnia była rzadko używana, bo z czasem wszyscy mieli swoje małe pralki do prania (z takim wężem gumowym na boku, do spuszczenia wody), ale co parę miesięcy szło się „gotować pościel”. Szczególnie jak byliśmy małymi dziećmi (ja i moje dwie siostry) uwielbialiśmy tą „akcję”. W pralni znajdował się olbrzymi kocioł, o średnicy może 2 metrów, który stał na piecu z cegły szamotowej. Tam paliło się drewnem i wielkimi drewnianymi drągami mieszało się „gotującą” się w mydle pościel. W pralni było gorąco, wilgotnie - jak w tropikach. Jak byliśmy sami i mama nie widziała, to wchodziliśmy na boso do tego kotła z bielizną, oczywiście jak woda nie była jeszcze za gorąca. Gdzieś w latach 70-tych pralnię tą zlikwidowano, bo pralki były coraz nowocześniejsze i nikt jej nie używał. Potem wybudowano tam jeszcze jedno mieszkanie, więc mieliśmy oficjalnie 6 pięter mieszkaniowych.

Coś szczególnego to były piwnice. Schodziło się tam stromymi schodami, może 10 metrów w dół, a następnie do labiryntu ganków, gdzie każde mieszkanie miało swoją piwnicę (u nas w bloku było siedem mieszkań na każdym piętrze, więc tych piwnic było może 40). Najczęściej trzymało się tam ziemniaki na zimę. Ciężarówka przywoziła te ziemniaki gdzieś późną jesienią, w workach po 50 kg. Zamawiało się może osiem takich worków. Dziadek zrobił z desek specjalne barierki i do środka, jakby do skrzyni, wsypywało się te kartofelki. Jak byliśmy jeszcze dziećmi, to schodzenie do piwnicy było zawsze przygodą. Często nie było światła (zepsuta żarówka, czy znowu „chuligani”), było tam trochę strasznie. Najgorsze było wejście do bunkra, który łączył dwa sąsiadujące ze sobą bloki, z betonowymi drzwiami, grubymi może na 30 cm - przypuszczam, że był to nawet bunkier przeciwatomowy – tak opancerzony. Baliśmy się tam wejść - bo jakby ktoś za nami zatrzasnął te grube drzwi...

Nową Hutę zaplanowali najlepsi polscy architekci, którzy wzorowali się nie na planach Moskwy, lecz ... Nowego Jorku. Były to architektoniczne koncepcje tzw. „jednostki sąsiedzkiej” („Neighborhood Unit”) z lat 20-tych, używane w planie rozbudowy Nowego Jorku. Polscy architekci z okresu międzywojennego utrzymywali żywe kontakty z architektami amerykańskimi i te doświadczenia użyto teraz przy planowaniu od podstaw nowego miasta. Nowohuckie „osiedla” są niczym innym jak amerykańskimi „jednostkami sąsiedzkimi”, w zasadzie samowystarczalne, z infrastrukturą niczym samodzielne mini-miasteczka. Dla przykładu, na moim „osiedlu Centrum-C” posiadaliśmy (wymieniam w kolejności sąsiadowania) następujące sklepy czy punkty usług, które wszystkie mieściły się na parterze bloków mieszkalnych: kawiarnia „Stylowa” (niedawno czytałem w jakimś nostalgicznym wspomnieniu o Nowej Hucie, że sprzedawano tam tylko wina bułgarskie, żadne mocne trunki – to nieprawda; z moim kumplem Tadkiem wypiliśmy tam kiedyś sami całą butelkę czterdziestopięcioprocentowego rumu, bo Tadek nagle postanowił zostać marynarzem, no i trzeba było ... „trenować”), sklep spożywczy „Delikatesy”, pasmanteria (tam były materiały do szycia), Salon „Vita” (manicure/ pedicure), fryzjer, apteka, drugi, mniejszy sklep spożywczy - samoobsługowy „Sam”, sklep papierniczy, „Filatelistyka” (ojciec kupował tam dla mnie, jak byłem dzieckiem, piękne znaczki z całego świata - szczególnie imponowały mi trójkątne znaczki z San Marino, malutkie, wąskie francuskie z kolorowymi herbami miast, czy brytyjska królowa we wszystkich odcieniach farb), kwiaciarnia, wielka księgarnia (na dwóch piętrach) i bar mleczny. Oprócz tego, na każdym rogu osiedla stał wolnostojący kiosk „Ruch”, z gazetami, papierosami, itd. Po drugiej stronie ulicy (Aleja Róż) znajdowało się sąsiadujące następne podwórko, osiedle Centrum-B. Tam znajdowały się następne sklepy i usługi (wymieniam też według kolejności ich sąsiadowania): Galeria Sztuki, sklep muzyczny (chodziliśmy tam kupować nuty, przeważnie jakieś nokturny Chopina, Dla Elizy Beethovena, itp., bo jak ojciec dostał kiedyś wielką premię w Biprostalu za zrealizowanie jakiegoś planu - może „6-cioletniego” ? - to rodzice kupili pianino „Legnica” i siostry uczyły się grać), sklep spożywczy PSS czyli „Powszechna Spółdzielnia Spożywców”, salon meblowy, biuro podróży Orbis (gdzie kupowało się m.in. bilety na pociąg w przedsprzedaży), jubiler (za moich czasów już tylko z ruskimi zegarkami, choć pod koniec lat 50-tych czy na początku lat 60-tych były tam chyba nawet szwajcarskie, bo ojciec miał „Delbanę”; były tam także oferowane inne luksusowe jak na owe czasy towary, np. „Szczerbiec” ze srebra do otwierania listów, czy chińskie wyroby z laki, itd.), duża Cepelia ze sztuką ludową (nawet ciekawe meble z drewna, kilimy, itd.), Restauracja „Arkadia” (na dwóch poziomach i parkietem dla dancingów) i na rogach następne dwa kioski „Ruchu”. Na sąsiadujących osiedlach Centrum-A i Centrum-D znajdowały się następne punkty usługowe i sklepy (dla mnie najciekawszy był MPiK, czyli Międzynarodowy Klub Prasy i Książki, gdzie były zagraniczne czasopisma, albumy i książki). Wszystko w oddaleniu najwyżej 10 minut na nogach. Osiedla były więc prawie samowystarczalne, a popyt był duży, bo mieszkało tam parę tysięcy ludzi, którzy dzięki Hucie (Kombinat im. Lenina) mieli pracę i zarabiali dobrze - dopóki polska gospodarka w końcu lat 70-tych nie załamała się kompletnie.

Prywatnych firm w nowowybudowanym mieście prawie nie było - oprócz dwóch wyjątków:  piekarnia „U Motyki” i wózki z „wodą gazowaną”, które stały rozrzucone wokół Placu Centralnego. Do „Motyki” szło się po świeży, pachnący chleb - ale że było to daleko, więc kupowało się najczęściej „chleb praski” (za 4 złote) w Delikatesach. Budki z wodą gazowaną, to była domena Greków. Było ich parę tysięcy w Nowej Hucie (jedyna grupa cudzoziemców) - uciekinierzy polityczni z Grecji, którzy bardzo dobrze zintegrowali się w życiu dzielnicy. W lecie, wysiadając z zatłoczonego tramwaju, szło się najpierw do Greka na szklankę zimnej wody z gazem (30 groszy) albo wody z sokiem (żółty albo czerwony sok - 1 złoty). Mieliśmy w liceum w klasie też jednego kolegę - Greka (Rusiotisa) i nauczyciela wychowania fizycznego (pana Taszewskiego), mówiącego z akcentem jak małe dzieci. Do „repertuaru wiców” każdego kolegi w naszej klasie należał więc i ten: Pan Taszewski bierze udział w teleturnieju i konferansjer zadaje mu pytanie: Panie Taszewski, co to jest „po stawie pływa, kaczka sie nazywa”. Pan Taszewski po długim namyśle odpowiada „chiba riba”. Oczywiście nie było w tym nic ze złośliwości, tylko żeby się pośmiać.

Skoro jestem przy opowiadaniu wiców, to obecnie kursują w Nowej Hucie żarty o „amerykańskim pochodzeniu” miasta. Oto taki wic z tej serii:

„Pan Edek (lat 70, emerytowany spawacz w nowohuckim kombinacie; jedna żona od lat, ale wielka słabość do innych kobiet) wierzy tylko w to, że Nowa Huta nie ma nic wspólnego z kapitalizmem. I teraz, po tylu latach, dowiaduje się, że nie Rosjanie urządzili mu świat, ale Amerykanie, którzy rozbudowywali Nowy Jork zgodnie z teorią jednostki sąsiedzkiej.
- To moje osiedle jest amerykańskie? To ja jestem tym... jankesem? - pyta pan Edek, poprawiając bejsbolówkę, która zsunęła mu się za bardzo na czoło. - I partia tę teorię jednostki sąsiedzkiej, no przecież kapitalistyczną, zaakceptowała? Dziwne. A więc nie mieszkałem w socrealistycznym mieście, ale w Ameryce. Jakbym był upierdliwy, to bym odszkodowania się domagał.”

Osobiście nie wierzę, że Partia wiedziała wówczas coś o amerykańskim pochodzeniu architektonicznych planów miasta. Choćby ze względu na Rosję, nie dopuszczono by do tego. Architekci przedstawili te plany i idee prawdopodobnie jako swoje.

Ale wróćmy do historii miasta. Budowa miasta Nowej Huty rozpoczęła się 23.VI.1949 roku, a w rok później, 26.IV.1950, rozpoczęto budować hutę stali „Kombinat im. Lenina” (uroczyste otwarcie 22.VII.1954 roku). Istnieją różne wersje, dlaczego właśnie okolice Krakowa wybrano dla zrealizowania tych gigantycznych planów. Najbardziej znana jest teoria ideologiczna, tzn. poprzez budowę „robotniczego miasta” i huty miano „rozwalić” burżuazyjny i konserwatywny Kraków. Jest w tym nieco prawdy, ale w rzeczywistości przeważyły aspekty ekonomiczne. Huta stali potrzebowała rudę żelaza (ta była z Krzywego Rogu na Ukrainie - dostawy możliwe koleją na trasie Kraków - Lwów), węgiel i koks (niedaleko Górny Śląsk) i wodę (Wisła). Dodatkowo potrzebna była kadra inżynieryjna (Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie i Politechnika Krakowska) - więc i absolwentów wyższych uczelni miano w zapleczu. Czyli decyzja była w zasadzie pod każdym wzgędem dobrze przemyślana. W połowie lat 70-tych Huta zatrudniała prawie 40 tys. pracowników i produkowała ponad 6 mln ton stali rocznie (1977: 6,7 mln t). Dla porównania było to mniej więcej tyle, ile produkowano stali w całej Australii, albo prawie dwa razy więcej niż roczna produkcja Holandii czy Szwecji!

Powierzchnia kombinatu wynosi około 1000 hektarów - jest to olbrzym, niczym małe miasteczko. To nie tylko wielkie piece (których było siedem) czy walcownie, ale także własna koksownia czy nawet cementownia. Obecnie Huta produkuje „ledwie” 1,3 mln ton stali rocznie, zatrudnia tylko 3,5 tys. pracowników (czyli niecałe 10% dawnej załogi!) no i nazywa się inaczej, „ArcelorMittal Poland S.A.” - sprzedana indyjskiemu potentatowi Lakszmi Mittalowi w 2005 roku - ale powszechnie używa się już od 1990 roku nazwy „Huta Sendzimira”. Ta redukcja produkcji jest na pewno dobra dla ochrony środowiska naturalnego w Nowej Hucie i Krakowie, ale dla byłych pracowników niestety nie (wielu bezrobotnych).

Szerokie ulice po obu stronach i linia tramwajowa w środku (za moich czasów Linia Nr 4,  tramwaje w niebieskim kolorze) prowadziły od Centrum prościutko do Kombinatu. Wjazd do Huty był reprezentacyjnie zaprojektowany. Dwa wielkie gmachy w stylu (neo-) renesansowym z ozdobnymi attykami na dachu - potocznie nazywano je „Pałacem Dożów” albo „Watykanem” - to była siedziba dyrekcji i administracja. A we wnętrzu panował jeszcze większy przepych: marmury, lustra, piękne boazerie, nawet specjalnie zaprojektowane meble. Nie było to wcale skromne socjalistyczne budownictwo, to był „renesansowy” przepych. Tu trzeba podkreślić, że polska architektura lat 50-tych i 60-tych nie miała nic wspólnego z radzieckim „Socrealizmem” (wyjątek Pałac Kultury w Warszawie - właśnie dar ZSRR). Bo jeśli radziecka architektura wzorowała się na Klasycyźmie (typowa zabudowa Leningradu/ St. Petersburga), to polska na Renesansie i Baroku (wzory: Wawel, Zamość czy Kazimierz nad Wisłą).

Okoliczna natura ucierpiała od tego przemysłowego kolosa. Ale w tych czasach nikt nie mówił jeszcze o ochronie środowiska. Tym niemniej między Hutą i miastem zlokalizowano niektóre tereny wypoczynkowo-rekreacyjne, które służyły równocześnie jako „pas ochronny” dla miasta przed zanieczyszczeniami. Wymienić tu należy przede wszystkim Zalew Nowohucki, Łąki Nowohuckie, okolice Kopca Wandy, czy tereny nad rzeką Dłubnią (małym dopływem Wisły), no i oczywiście Lasek Mogilski i okoliczne tereny wzdłuż wałów wiślanych. Szczególnie lubiany był Zalew - sztuczne jeziorko o powierzchni 7 hektarów, nawet z małą wyspą w środku, otoczone pięknymi, wielkimi wierzbami, terenami dla plażowiczów i z możliwością uprawiania sportów wodnych czy wędkarstwa. Coś szczególnego to były (i są) tzw. Łąki - choćby ze względu na centralne położenie, w odległości może 100 m od Placu Centralnego. Jest to szerokie, prastare koryto Wisły (jeszcze w XVIII. wieku płynęła tędy Wisła), które rozprzestrzenia się spektakularnie w dole, poniżej stromej skarpy, tuż koło miasta i ciągnie się na przestrzeni paru kilometrów w formie równinnej łąki (powierzchnia ok. 60 hektarów). Teren to lekko podmokły, wszędzie wiją się malutkie strumyczki, rosną trzciny i złote kaczeńce (od mego dzieciństwa do dziś, pozostały to moje ulubione kwiaty) oraz wiele innych rzadkich roślin, jest tam mnóstwo ptactwa wodnego, motyli i owadów - teren nadający się rzeczywiście pod ochronę (obecnie w planie tzw. „Plan Starorzecza Wisły”). Robiliśmy tam w lecie pikniki, a że teren był wielki, panowała cisza i spokój. Z drugiej strony łąk wybudowano tzw. „wieżę spadochronową” – wyglądającą z daleka jak „Mini Wieża Eifel”. Z jej wierzchołka (może 15m wysokości), z platformy, można było skoczyć wdół na spadochronie.

Warto wymienić jeszcze Lasek Mogilski, położony niedaleko wioski Mogiły (gdzie znajduje  się wspomniany wcześniej Klasztor Cystersów) i rzeki Wisły. Jest to resztka dawnej podmokłej puszczy. Las porastają dostojne wiązy, jesiony i dęby, podobno tak samo jak w czasach piastowskich. Kiedyś była to rodowa posiadłość biskupa Odrowąża. W lasku ustawiono drewnianą kapliczkę ku czci Matki Boskiej Częstochowskiej - w podziękowaniu za uratowanie Krakowa przed zniszczeniem w czasie II. wojny światowej.

Niedaleko Huty znajduje się też Kopiec Wandy. To wielki kurhan z VII. czy VIII. wieku, usypany z ziemi, o wysokości ok. 15 metrów. Było to miejsce kultu dawnych Słowian, a być może miejsce obserwacji astronomicznych (ogólnie są cztery takie kopce pod Krakowem, które dziwnie dopasowane są do obserwacji wschodu i zachodu słońca - podobnie jak u Celtów, którzy też żyli w tych okolicach, w I. wieku p.n.e.). Według legendy, polska księżniczka Wanda, córka założyciela miasta Kraka, rzuciła się do Wisły nie chcąc poślubić Niemca i oddać Polskę w ręce Niemców (są różne wersje tej legendy).

Po tej „wycieczce” za miasto (do kombinatu i do natury) powracam do budującej się Nowej Huty. Miasto planowano początkowo jako samodzielne, ale wkrótce wcielono je do Krakowa, jako jedną z dzielnic. Centrum Nowej Huty stanowi „Plac Centralny” (obecnie nazwany: im Ronalda Reagana), który ma kształt ronda, wokół którego tramwaje i auta rozjeżdżają się w pięciu kierunkach, tworząc pięcioramienną gwiazdę. Wokół tego okrągłego Placu Centarlnego rozprzestrzeniają się we wszystkich kierunkach osiedla mieszkalne, najpierw te  już wcześniej opisane A,B,C,D, a za nimi te dalsze z różnym ładnymi nazwami, jak osiedle Wandy (to osiedle powstało jako pierwsze już w 1949 roku), Urocze, Willowe, Szklane Domy, Słoneczne, Kolorowe, itd..

Część miasta, gdzie mieszkaliśmy - czyli os. Centrum-C i leżące wokół Placu Centralnego osiedla Centrum-B, -D i -A - powstały wcześniej, jeszcze w latach 50-tych, potem zabudowywano tereny bardziej oddalone. W roku 1950 Nowa Huta liczyła niecałe 19 tysięcy mieszkańców, 10 lat później, w roku 1960 liczba mieszkańców przekroczyła już 100 tysięcy, a pod koniec lat 70-tych 200 tysięcy! (przy powierzchni miasta ponad 100 km2). Miasto budowano w rekordowym tempie, szczególnie w 50-tych latach bito wszelkie rekordy. Znamy tą atmosferę z filmu Wajdy „Człowiek z marmuru”. Ja widziałem to na własne oczy, nawet kobiety pracowały jako murarki. Atmosfera była rzeczywiście pionierska. Byliśmy dumni w domu, bo w „Kronice Nowej Huty”, wydanej z okazji 10-lecia istnienia miasta, widniał tam też wpis o naszym ojcu, że jako konstruktor w Biurze Projektów Biprostal pobił normy o 250 czy 350 % (dziś już dokładnie nie pamiętam ile procent, ale jak mógł konstruktor bić normy?).

Niestety nowoczesne osiedla w Bieńczycach czy Mistrzejowicach, powstające w 70-tych latach „jak na taśmie”, z wielkiej płyty, nie miały już tego uroku, co „stara”, murowana Nowa Huta, wokół Placu Centralnego i ciągnąca się w stronę Mogiły. Te stare osiedla były indywidualne, z mnóstwem zieleni, rzeczywiście fantastycznie zrealizowane, prawie utopijne „miasto idealne” i „miasto ogrodowe” (Garden City).

Jako dziecko śledziłem - siedząc na szerokim parapecie okna (mieszkaliśmy na 4-tym piętrze, widok był więc „panoramiczny”) - budowę innych budynków naprzeciw naszego bloku, m.in. „Światu Dziecka”, gdzieś na początku lat 60-tych. Pamiętam ciężarówki radzieckiej produkcji „Gaz” i nawet traktory jeżdżące na budowę. Był to bardzo długi i dość wąski budynek, o nowoczesnej architekturze. Na parterze powstały sklepy z wszystkim, co potrzebuje dziecko, od ubranek do zabawek, z pięknymi oszklonymi wystawami. Miasto piękniało z dnia na dzień. Powstawały też parki wzdłuż Aleii Róż, koło której leżało nasze osiedle. Nazwa aleii była też uzasadniona: między dwoma pasmami szerokiej ulicy znajdował się dodatkowo szeroki zieleniec z mnóstwem róż, a koło naszego bloku był jeszcze mały parczek z różami i ławeczkami do wypoczynku. Później postawiono tam w 1973 roku siedmiotonowy pomnik Lenina z brązu, chyba 3 m wysoki, na cokole. Pewnej nocy - w 1979 roku - pół miasta obudziła potworna detonacja. U nas w kuchni (choć było to 4-te piętro) powypadały wszystkie szyby. To „eksplodował” właśnie Lenin. Ale człowiek ten był już za życia odporny i nawet po śmierci niewiele mu się stało - urwało mu tylko kawałek jednej stopy. W 80-tych latach pomnik ten kupił jakiś szwedzki kolekcjoner. Jak pokazuje i ten przypadek, Nowa Huta okazała się pod względem ideologicznym przeciwieństwem tego, co wymarzyli sobie komuniści. Nie tylko, że domagano się kościołów, to jeszcze nie chciano Lenina....

No i młodzież była pod tym względem też „nieudana”. Nie dała się zdoktrynować. Nawet do harcerstwa nie chcieliśmy należeć, nie chcieliśmy brać udziału w pracach społecznych, ani chodzić na pochód pierwszomajowy. Jak ognia bała się młodzież radzieckich filmów (mogłem poszczycić się, że nie widziałem ani jednego), zamiast tego chodziliśmy w 70-tych latach na filmy amerykańskie, jak Bullit, Znikający punkt (Berry Newman jadący w Dodge Challenger z Colorado do Kalifornii) czy Zbieg z Alcatras. Lubiałem też osobiście angielskie filmy psychologiczne i niektóre francuskie - gdzie akcja toczyła się współcześnie. Dzięki takim filmom mogłem zajrzeć do teraźniejszości na Zachodzie, jak Amerykanie, Anglicy czy Francuzi żyli i mieszkali. A kin było wtedy w Krakowie bardzo dużo (może 30?). Był okres, że byłem conajmniej raz , a czasem nawet dwa razy w tygodniu w kinie, a że chodziłem tylko na filmy z dopiskiem USA, GB, F - więc repertuar jak widać był bogaty. W Nowej Hucie mieliśmy też dwa kina, o ładnych słowiańskich nazwach, Świt i Światowid, ale wolałem jeździć do mniejszych, kameralnych kin w Krakowie (np. Kino Apollo).

Teatr wśród młodzieży nie był modny, choć w szkole mieliśmy też kółko teatralne (u nas w klasie najbardziej zafascynowany teatrem był Andrzej, dziś poeta, który po studiach przebywał jakiś czas we Florencji), a w domu co poniedziałek oglądało się teatr w telewizji. Ale do teatru chodziło się tylko ze szkołą, za to dość często. Nowa Huta posiadała też teatr (oczywiście na osiedlu Teatralnym), w gmachu z ładną i lekką architekturą, działający od 1955 roku. Co prawda z nieciekawą nazwą „Teatr Ludowy”, ale mający bardzo dobrą renomę i to do dziś. Pierwszym dyrektorem była Krystyna Skuszanka (potem m.in. Szajna, dziś Fedorowicz), a pierwsze wystawiane sztuki to wcale nie były „komunistyczne szopki”, lecz dzieła Shakespearea, Steinbecka czy Camusa. Najczęściej jednak chodziło się do teatrów w starym Krakowie. Pamiętam, kiedyś poszliśmy z klasą do najpiękniejszego teatru w Krakowie, do Teatru Słowackiego, mającego konserwatywną, starą krakowską publiczność. To arystokratyczny luksus, pozłacane loże, czerwone brokaty, kurtyna-obraz Henryka Siemiradzkiego z 1894 roku, w Foyer - serwowany szampan, itd. Ale my byliśmy w tym wieku, że chcieliśmy tylko „szokować”. Więc przed teatrem poszliśmy z moimi kumplami Tadkiem i Pawłem na „chamskie” piwo, a potem kupiliśmy sobie (czego przedtem nigdy nie robiliśmy) ... ogórki kiszone - do teatru i to do jakiego teatru! Żeby było weselej, to w loży dostaliśmy jako towarzystwo kulturalną staruszkę, pamiętającą może jeszcze czasy austryjackie w Krakowie. Nieskazitelnie ubrana, fryzurka świeżo od fryzjera, stare złoto na szyi i na palcach, z luksusową torebeczką i z pudełeczkiem najlepszych krakowskich czekoladek od „prywatnego”. Ale ta kulturalna staruszka nie dała się zbić z tropu w obliczu trzech wyrośniętych, długowłosych „hipisów”, tylko częstowała nas tymi czekoladkami i uśmiechała się uroczo. Te ogórki zjedliśmy więc jakoś po kryjomu (czy nawet je wyrzuciliśmy) i zachowaliśmy się przez cały seans „z kulturą”. Całe szczęście! Bo widzieliśmy, że nasza wychowawczyni obserwowała nas cały czas przez teatralną lornetkę, z loży naprzeciwko....

A więc i w tym wypadku kulturalna atmosfera starego Krakowa wzięła górę nad „nieokiełzanymi” nastolatkami.

Co do muzyki, to podobnie jak z filmami, słuchaliśmy tylko angielską czy amerykańską muzykę: Jimi Hendrix (Hey Joe, US-Hymne), Janis Joplin (Me And Bobby McGee), Led Zeppelin z Jimmy Page (Whole Lotta Love, Black Dog), Uriah Heep, Deep Purple, Ten Years After (słynne solo Alvina Lee w I`am Going Home), Eric Clapton (Layla), Chicago i wszystkie odcienie blusa od Johna Mayalla do Johna McLaughlina z Shakti, a także polski Breakout z Tadeuszem Nalepą i Mirą Kubasińską. Naszym ideałem nie były kołchozy i partia, lecz „Hippies” (to były lata 70-te) i grupy muzyczne. Za ostatnie pieniądze kupowało się w Pewexie dżinsy (moje pierwsze to Wranglery za 8 dolarów). Dolary sprzedawali handlarze „spacerujący” przed Pewexem. Włosy nosiłem wtedy za ramiona - w liceum jakoś to tolerowali. Myślę, że niewiele różniliśmy się wówczas od młodzieży londyńskiej - poza naszym angielskim....

Mieliśmy co prawda bardzo dobrą nauczycielkę angielskiego (Prof. Borowiak), co żyła jakiś czas w Anglii - niestety nikt z nas nie chciał się zbytnio uczyć, to nie było modne.

„Cool” było dostawać dwóje, palić i pić. Pani Profesor mówiła wtedy: „Skończycie na suwnicy w hucie”. Największą atrakcją dla nas było urządzać Partys, no i jeździć w „skałki”. Skałki podkrakowskie w Jerzmanowicach, Bolechowicach, Będkowicach czy na Zakrzówku były „Eldoradem” dla Alpinistów. Zaraził nas tą pasją nasz kolega w liceum - Paweł (chyba największy intelektualista i indywidualista w klasie; studiował później grafikę w Gdańsku), którego matka sama się kiedyś wspinała. Więc w każdy weekend i w wakacje robiliśmy z Pawłem i Tadkiem biwaki i wspinaliśmy się, wyposażeni w liny (pierw były sizalowe, potem nylonowe), haki i karabinki. W czasie wakacji jeździło się w Tatry. Brakowało nam jednak dobrego sprzętu. Pamiętam jak z moim kolegą Tadkiem (Teddy) szliśmy w zimie z Morskiego Oka na tatrzańską grań z jedną parą „raków” dla nas obu (raki, to takie kolce metalowe do wspinaczki po lodzie, które zakładało się na buty, to znaczy normalnie na dwa buty....). Szliśmy więc po tym, mimo wszystko niebezpiecznym w zimie terenie, z jednym „rakiem” na jednym bucie, a drugi bez. Pamiętam, nawet kurtki zimowej nie miałem porządnej, bo mi akurat zepsuł się zamek błyskawiczny. Szedłem więc w kurtce naszej przyjaciółki Iwony (ona 160 cm, ja 182 cm). Kurteczka była dość ciasna....

Liceum do którego uczęszczałem nosiło wówczas „deprymujący” dopisek - im. Bolesława Bieruta. Dziś liceum może poszczycić się piękną nazwą - im. Cypriana Kamila Norwida. Jeszcze w czasie jak ja uczęszczałem do liceum, to Norwid był już szczególnie przerabiany i lubiany w naszej szkole. Pamiętam jak raz nasza nauczycielka z polskiego (która się wszystkim chłopcom bardzo podobała) przyniosła nam na lekcje o Norwidzie płyty Niemena, gdzie śpiewał do tekstów Norwida. Od tego dnia wszyscy byliśmy zafascynowani tym poetą.

Ta nasza wychowawczyni Wanda (oczywiście nie byliśmy na „ty”, ale tak nazywaliśmy ją w klasie) była nie tylko ładna, ale i super nowoczesna i nieraz szokowała pewnie swoją modą inne nauczycielki. Jak na Zachodzie pokazały się pierwsze spodnie w stylu „szwedy”, to nasza Wandzia miała już je na drugi dzień ubrane. Na każdej przerwie zapalała sobie papieroska, a paliła „Giewonty”. Ja z moim kumplem Tadkiem byliśmy na tym punkcie bardziej „zmanierowani” i paliliśmy te najdroższe Carmeny i Caro (po 18 i 16 zł, na których pisało, produkowane z amerykańskiego tytoniu Virginia...).

Do szkoły nie miałem daleko - 7 minut szybkim krokiem. To było nawet za krótko, bo po drodze dyskutowaliśmy podekscytowani o piłce nożnej i o autach z moim kolegą Januszem, mieszkającym dwa bloki dalej. W czasie każdej przerwy i po szkole graliśmy też razem w piłkę nożną. Naszą „specjalnością” w trakcie meczy były rzuty rożne: Janusz centrował (w stylu Beckhama) dokładnie na moją nogę....

Oboje zbieraliśmy też prospekty i pisaliśmy do firm samochodowych w całej Europie o broszury - Szwedzi (SAAB, Volvo) byli najbardziej hojni, Anglicy też (miałem nawet prospekty od Rolls-Royce`a), tylko Niemcy nie chcieli jakoś nic przysłać. A jak startował rajd samochodowy z Krakowa, to oczywiście jechaliśmy z Januszem do miasta zobaczyć auta rajdowe (wówczas m.in. Alpine Renault, Lancia Fulvia, Porsche 911).

Dziś Janusz, po pobytach we Wiedniu i w Kanadzie, jest profesorem na Akademii Muzycznej w Krakowie....

Innym moim dobrym kolegą był Pawełek (herbu „Kopyto”), z którym cztery lata chodziłem do jednej klasy w liceum, a który mieszkał nade mną, na 5-tym piętrze. Lubiałem tam chodzić, bo miał zawsze ciekawy sprzęt elektroniczny przywieziony zza granicy (np. prawie nie osiągalne pod koniec lat 60-tych wielkie radio tranzystorowe). Pamiętam jak przed maturą uczyliśmy się u niego razem różnych epok polskiej literatury. Pawełek (tą zdrobniałą formę wynieśliśmy z domu, bo moja mama i matka Pawełka znały się już, jak byliśmy jeszcze „niemowlakami”, więc mówiło się o nim tylko Pawełek – w odróżnieniu do jego ojca Pawła) był urodzonym „przywódcą”, oczywiście wszystkie lata był „przewodniczącym” klasy, itd. – ale „równiacha”, żaden lizus czy tym podobne. Raz w szkole, przed WF-em („wychowanie fizyczne” czyli sport), w szatni gdzie się przebieraliśmy (tzn. męska część naszej klasy), wpadliśmy na - jak zwykle zwariowany - pomysł, zaśpiewać w chórze...

Jeden rząd chłopaków ustawił się (półnago, bo akurat się przebieraliśmy, a ta „wielka” idea wpadła nam do głowy spontanicznie...) na ławeczce pod ścianą, a drugi rząd stanął poniżej, przed tym pierwszym szeregiem - jak w prawdziwym chórze. Pawełek stał oczywiście z przodu i „dyrygował”. Śpiewaliśmy, ile mieliśmy tylko siły w gardłach, „Szła dzieweczka do laseczka”, czyli piosenkę ludową.... Było to chyba pierwszy raz w naszym życiu, że dobrowolnie (tzn. nie w trakcie lekcji śpiewu) śpiewaliśmy coś „na ludowo”, a nie bluesa czy rocka. Oczywiście był to żart, albo chcieliśmy zaimponować dziewczętom, przebierającym się w szatni obok....

Pawełek mieszka dziś w Houston, w Texasie i jeździ na koniach, niczym prawdziwy „cowboy” (to chyba też bardzo obrazowy przykład, do czego może doprowadzić komunistyczna doktrynacja młodzieży....).

Wogóle to żyliśmy więcej w starym Krakowie niż w Nowej Hucie. Często jeszcze po szkole jechałem „pochodzić po Krakowie”: tramwajem do ulicy Basztowej (15 minut), stamtąd na nogach do ulicy Floriańskiej, przez Bramę Floriańską koło Barbakanu, potem Rynek Główny, Kościół Mariacki, Sukiennice, ulica Gołębia (uniwersytet), Collegium Maius - jedno z moich ulubionych miejsc do zadumy, bo tam oddychało się autentycznym powietrzem średniowiecza i renesansu. Tam przechadzał się w końcu XV. wieku Mikołaj Kopernik i inni wspaniali humaniści. Drugim takim miejscem moich „natchnień” było Muzeum Czartoryskich, gdzie w filcowych papuciach ślizgało się od sali do sali, od epoki do epoki, od zbrojowni do galerii obrazów z „Damą z Łasiczką”, gdzie można było „porozmawiać” z Leonardo da Vinci.

A jak zacząłem studiować na Uniwesytecie Jagiellońskim, to mój punkt ciężkości życia przeniósł się prawie całkowicie do Krakowa. Większość czasu spędzałem wtedy w Instytucie Geograficznym przy ulicy Grodzkiej 64 (który mieścił się wówczas w gmachu leżącym dokładnie naprzeciwko „Kurzej Stopki” - słynnej narożnej wieży wawelskiej z XV. wieku), a przerwy między zajęciami w kawiarni „Santos”, też na Grodzkiej, niedaleko Instytutu.

Razem z moim kuzynem Jurkiem, który studiował wówczas historię na UJ-cie, chodziliśmy też do winiarni „Baryłeczka” na Žilavkę czy Kadarkę i prowadziliśmy intelektualne dyskusje, niczym dwa Żaki w średniowiecznym Krakowie. Z Jurkiem graliśmy też w ”piłkę nożną” - grzebieniami i monetą 20-groszową (jako piłka) - na stole. Ja byłem „Tottenham Hotspur London”, a mój kuzyn „Atletico Madrid” albo „Penarol Montevideo”..... Dziś Jurek jest historykiem - specjalistą średniowiecza i pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Lubiałem też chodzić do miejsc współczesnych, nowoczesnych, jak w okolice Hotelu Cracovia (budował go zresztą mój dziadek), gdzie nocowali zachodni turyści. Tam na parkingu stały zachodnie auta, więc była to taka namiastka salonu samochodowego (mój faworyt wtedy: Alfa Romeo 1750 GTV; podziwiałem też Citroën D21 Pallas, Volvo 144, Mini Cooper, a później Rover 3500). Najwięcej było tam turystów z Francji i Włoch, więc stały przeważnie auta z tych krajów. Niemców jakoś wtedy nie było jeszcze widać. Zresztą powiem szczerze, że i dla nas Niemcy (wtedy NRF) nie były ciekawe. Ludzie nie byli „cool” (oprócz Netzera), Mercedesy pasowały do grubych kapitalistów, a kraj kojarzył nam się tylko z Zagłębiem Ruhry. Moim jedynym kontaktem z niemiecką kulturą były Aforyzmy Schopenhauera i Tako rzecze Zarathustra Nietzschego - ale to głównie poprzez moje zainteresowanie filozofią indyjską, którą zafascynowani byli kiedyś także ci niemieccy filozofowie. Czytałem wówczas - zamiast filozofii Marxa i Egelsa - wszystko, co umiałem znaleźć o Buddyźmie i klasycznej filozofii indyjskiej (Upaniszady). Ćwiczyłem też yogę i medytowałem. Nie wiem, czy młodzież w San Francisco czy Nowym Jorku praktykowała to wcześniej czy później niż ja „Nowohucianin” - na początku lat 70-tych.

A w niedzielę (jak nie jechaliśmy w skałki) chodziliśmy z moim najlepszym kumplem Tadkiem na „Cracovię”, która grała wtedy w ... 3. lidze. Ale byliśmy, jak się dało, na każdym meczu, a nawet co roku, na pierwszym noworocznym treningu Cracovii (1. stycznia), wówczas jeszcze prawie zawsze na śniegu. Po meczu szło się na piwo, albo w poszukiwaniu piwa. Nie zawsze było...

Na koniec o poglądach krakowsko-nowohuckiej młodzieży (bo nic nie różniliśmy się, poza inną okolicą zamieszkania). Była to mieszanka anglo-amerykańskiej kultury, którą żyliśmy. Politycznie mieliśmy zdecydowane poglądy: byliśmy po stronie Zachodu i przeciwko komunizmowi. Co do Niemiec, to absolutnie nie mieliśmy negatywnego nastawienia (tylko na NRD patrzało się - ze względu na ich poddańczość w stosunku do ZSRR – powiedzmy, z pobłażaniem). Ale Niemcy nam nie imponowały (jak już wspomniałem - poza Güntherem Netzerem, grającym w Realu Madryt), były dla nas nieciekawe - ani język, ani filmy, ani styl życia. Pamiętam, że był to dla mnie szokujące na Śląsku - że tamtejsze dzieci słuchają w radiu niemieckich przebojów....

To zamiłowanie do „English Way of Life” wyniosłem prawdopodobnie z liceum, ucząc się angielskiego i poznając kulturę angielską. Myślę, że młodzież ucząca się niemieckiego, miała więcej zrozumienia dla niemieckiej kultury, ale tych było - przynajmniej w Krakowie - niewielu. Znałem więc wszystkie wyniki ligi angielskiej (wtedy Leeds i Liverpool były najlepsze), w bibliotece miejskiej wypożyczałem tylko angielską literaturę (lubiałem m.in.  J.B. Priestleya, np. „Londyn” i „Za miastem”), a w kinie oglądałem współczesne angielskie filmy psychologiczne. Już jako dzieci podziwialiśmy w telewizji Sir Lancelota, a później Simona Templera (i jego Volvo P1800S). Do tego angielskiego składnika naszej kultury w latach 60-tych, spotęgowanego jeszcze sukcesami Beatlesów (których przeboje mieliśmy wszystkie nagrane), doszło w latach 70-tych amerykańskie kino i filozofia kalifornijskich „Dzieci Kwiatów”. Ponieważ wielu mieszkańców Krakowa i okolic miało rodzinę w USA, czy bywało zagranicą, byliśmy bardzo aktualni co do wydarzeń i mody na Zachodzie. Znaliśmy na pamięć wszystkie występy na festiwalu w Woodstock, a krótko po ukazaniu się na rynku, na Zachodzie albumu „Jesus Christ Superstar” - miałem go już w domu.

Tak więc wyglądało to życie nowohuckiej młodzieży. Właśnie ten diametralnie różny niż „zaplanowany” efekt wychowania nowego socjalistycznego pokolenia w nowym, socjalistycznym mieście - to jeden z fenomenów i paradoksów komunistycznej Nowej Huty.

Jerzy Ziaja

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK