Były i pozostają domeną mojego życia. Ta, o której opowiem, należała z pewnością do najdalszych, choć trwała zaledwie kilkanaście godzin.Wiedziałem, że oddalam się na długo, a być może i na zawsze, od tego, co dotąd stanowiło istotę i sens mych działań, sentymentów i zwyczajów. Wyruszałem w świat, o którym, jak się później okazało, miałem słabe wyobrażenie. Bagaż jaki zabierałem wprawiał mnie w niepokój, ale udawałem, że wszystko jest w najlepszym porządku i jestem spragniony jedynie słońca Wysp Kanaryjskich.

 

Czy wszystko, co możliwe i konieczne wziąłem? Co pozostało? Czy zobaczę jeszcze tych, których pozostawiłem...? Pytania, wątpliwości i onieśmielenie zawładnęło z pewnością nie tylko mną. Kiedy „TSS Stefan Batory” odpływał z Nabrzeża Francuskiego, z tego miejsca w Gdyni, które wielokrotnie opuszczało tysiące emigrantów, dostrzegało się jedynie zadumane oblicza pasażerów. Pasażerów, których stać było na drogą podróż i uzyskanie paszportu. Dziwne to było towarzystwo i czuło się, że większość ukrywa w sercu jakąś troskę, trudny plan, który wymaga uwagi, bądź po prostu budzi obawy.

 

Dzień był listopadowy, szary, a wody zatoki mocno rozkołysane i mroczne. Gdyński port powoli oddalał się, pozostawiając za sobą cały ten kraj, kraj którego „okna na świat” przysłonięto od lat szczelną kotarą, portierą ciemną jak noc. Na statku przy dźwiękach muzyki w Night Clubie ludzie popijali w milczeniu kolorowe drinki, udawali przyjazną radość i wzajemną sympatię. Kelnerzy zachęcali do kosztowania wykwintnych potraw, roznosili piramidy z wędlin, owoców i płonące lody. Parę osób rozmarzyło się, stojąc na „pokładzie spacerowym”. Inni zwiedzali oryginalne wnętrza transatlantyku, podziwiali karczmę polską, z uwagą spoglądali na obraz Stefana Batorego, z Bożej łaski króla Polski, wielkiego ksiącia litewskiego, ruskiego, pruskiego, mazowieckiego, inflanckiego...

 

Większość podróżnych wypoczywała w błogim rozczuleniu w wygodnych skórzanych fotelach, w oparach papierosowego dymu. Noc i trunki wyzwalały chęć do zabawy i tańca, ale nie czuło się swobody, która byłyby zapowiedzią wymarzonego urlopu, przygody i spełnienia marzeń. Do świtu niemal grała orkiestra, a stewardzi uwijali się, prześcigając w grzecznościach.

 

Potem nastąpiło dziwne zamieszanie. Nastąpił akt II wraz ze zmianą dekoracji. Oczom podróżnych ukazały się światła miasta, strzeliste wieże kościołów i statki, barki, żaglowce, motorówki, kutry na rzece zwanej Łabą u nabrzeża o trudnej do wymówienia nazwie Landungsbrücken.

 

- Czy to już Hamburg? - pytali niektórzy, jakby nie dowierzali jeszcze, że dla nich ten rejs przyjemny dobiegł kresu, a zaczyna się traperstwo prawdziwe, ekskursja ku dobrobytowi i wolności, tournee po biurach, urzędach i instytucjach.

 

I nagle należało zdobyć się na ten akt odwagi, wziąć kufer w ręce i przejść po trapie na ów ląd wymarzony, nie mówiąc dziękuję, nie budząc najmniejszych podejrzeń. A na ulicytoczyły się już inne rozmowy.

 

- Nie wiesz panie, czy tu można płacić zielonymi? Jak daleko stąd do Altony?

 

- Kurna! Nie zabrałem z kajuty walizek, jeno teczkę z dokumentami... A jeśli mnie zatrzymają? Wracać po ciuchy?

 

- O, jak mi głowa zapieprza po tym dżinie cholernym! Chyba nas nie zawrócą?

 

- Widzicie? Fotografują nas!

 

Co bystrzejsi i mniej wystraszeni pospiesznie zdążali ku najbliższemu posterunkowi policji, owej osławionej Davidwache w samym centrum St. Pauli. Policja, jak wiadomo, działa w Niemczech błyskawicznie i nie pozostawi na ulicy obywatela bez pomocy. Chyba, że ten usilnie domaga się spokoju, uprze się i ponad wszystko przekłada lokum w kartonie.

 

Tak było i w tym przypadku. Każdym z Polaków, który opuścił „Stefana Batorego” zajęto się indywidualnie i z należytą wyrozumiałością. Wkrótce pod polski liniowiec dalekomorski wysłano służbowe auta na sygnałach i urzędników rozeznanych w postępowaniu z azylantami. Sprawnie i taktownie przy pomocy tłumacza, w myśl zapewne wcześnie opracowanej strategii, rozwieziono przybyszy do ośrodka dla obcokrajowców, tak zwanego „heimu na Billstedzie”, udzielając im jednocześnie wszelkich niezbędnych informacji i porad.

 

Byli i tacy, którzy mieli w mieście, bądź okolicy krewnych lub znajomych. Tym także pomagano, dopóki nie poradzili sobie sami. Logistyka była imponująca, powitanie na wskroś humanitarne. Już za kilka godzin miejscowa prasa informowła o 192 uciekinierach z polskiego statku. Czołowy tygodnik „Der Spiegel” wydawany w Hamburgu donosił: „Ze statku marzeń, z socjalistycznej biedy udało się niektórym uciec na krótko, a może i na zawsze...” Pismo analizowało przyczynę owych ucieczek, w których nie tylko „Stefan Batory” uczestniczył, o ile tak można mówić, ale i promy skandynawskich linii, zwłaszcza osławiony „Rogalin” kursujący do Kopenhagii i Trawemuende.

 

Niemcy były najczęściej wybieraną trasą ucieczki, bo bez problemu uzyskiwano tu prawo pobytu, mało kogo odsyłano z powrotem do porzuconej ojczyzny. Kierownik centralnego Biura Meldunkowego w Hamburgu Manfred Sorg twierdził, że każde przybycie polskiego statku, to obowiązek zajęcia się nowymi przybyszami zza wschodniej granicy.

 

- Wśród przybyłych - mówił - są ludzie doskonale wykształceni, w różnym wieku, nie zawsze, raczej rzadko represjonowani politycznie. Wiąkszość przybyła ze wzglądu na katastrofalną sytuacją gospodarczą. Według urządowego szacunku niektórzy zapragnęli pozostaść na krótko, ale liczni wiążą z pobytem w Republice Federalnej swą przyszłość.

 

Był to rok 1984. Jak u Georga Orwella! W Polsce same smutne wypadki i przypadki, beznadzieja egzystencjalna, zakłamanie...

 

W 30 rocznicę przybycia do Hamburga w wywiadzie dla Sławy Ratajczak dr Piotr Piernikarski.         

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.