– Jak się masz miły Till? Wszystko w porządku? Humor wciąż ci dopisuje? U mnie nieco nostalgicznie, z wesołością marnie, do tego niepokój od pewnego czasu mnie nie opuszcza... – tak wita się każdego dnia, od kilku tygodni z owym nicponiem i żartownisiem, któremu wystawiono tu kapitalny pomnik. Potem wbiega po schodach na wzgórze koło św. Mikołaja i siada na ławeczce pod rozłożystym kasztanem. To chwila wytchnienia, która ma odprężyć i pozwolić na zadumę. Mały przystanek wśród obowiązków, zajęć i powinności.

 

Minuty relaksu, które rozpieszczają koncertem porannym ptaków, widokiem dachów prawie 900-letniego miasteczka wśród jezior, niedaleko Lubeki.

 

– Oj, trzeba mi dalej! – mówi głośno, podrywa się... i znowu schody, ryneczek, wąska uliczka jedna, druga, piekarnia, apteka i kamienica, z wypisaną datą budowy - 1798. Na przeciwko taka sama, też piętrowa, z wypalanej cegły, z czterema oknami na piętrze, dwoma u samej góry i łacińskią maksymą umieszczoną nad niebieskimi drzwiami: „Labor omnia vincit”.

 

Dorota dobrze wie, że praca przezwycięży wszystko, a więc ta sentencja motywuje ją dodatkowo do działania. Pasuje do okoliczności.

 

– Okien od ulicy nie wolno otwierać, nawet lufcika małego. Tego nie robi tu nikt – mówi stanowczo Frau Mathey i domyka górne okienko z mosiężną zasuwką umieszczoną po środku ramy.

 

Zaraz też sprawdza palcem wilgotność ziemi w doniczkach, w których białe płatki orchidei są jak dorodne motyle. Potem zaciąga firankę, siada w fotelu, przed którym rozłożony ręcznik i przybory do pielęgnacji stóp. Uwielbia ten zabieg, ten czas błogi, gdy Dorotka klęka przed nią, sprawdza temperaturę wody, wlewa mydło z oliwką i delikatnie masuje frotową myjką jej nogi od palców w górę, zgodnie z kierunkiem krwioobiegu, leciutko, dokładnie, z wyczuciem i troską po same kolana. Potem osusza skrupulatnie miękkim i przyjemnie ogrzanym ręcznikiem i znowu masuje pachnącym kremem, rozprowadzonym uprzednio na swych ciepłych dłoniach. Irmina Mathey przymyka oczy i uśmiecha się. Nabiera chęci do zwierzeń.

 

– Jakże to mi potrzebne, nawet nie wiesz jaką ulgę przynoszą mi te twoje wieczorne zabiegi... Tak moja kochana, ty nie masz pojęcia, ile te nogi już przeszły, ile one kilometrów zrobiły? I to gdzie? Z jak odległych stron zmierzały, uparcie niestrudzenie, po wertepach, szosach i lodzie... W marszu strasznym, zimowym się sprawdziły i choć odmroziłam je i ból był niekiedy nie do wytrzymania, to dotrwały aż po kres ewakuacji straszliwej, nieludzkiej, niezapomnianej. One życie mi uratowały...

 

– A ile przetańczyły? – przerywa Dorota z figlarnym uśmiechem na ustach, ale starsza dama przybiera karcące wejrzenie. – Delikatne ma pani stopy, zadbane, a nogi, wiadomo, swoje przeszły – poprawia się dziewczyna i podnosi wanienkę napełnioną wodą.

 

Spogląda przy tym w okno po przeciwnej stronie ulicy. Powinno się otworzyć. Już czas, by pojawił się w nim. Przecież to piątek. Zawsze w piątek po szóstej staje w oknie. Na pewno skinie głową i uśmiechnie się tak radośnie, szczerze. Może pokiwa sympatycznie ręką, jak w ubiegłą niedzielę? 

 

– Chciałabym bawełniane skarpetki, te wczoraj kupione, nowe – słyszy polecenie swej pracodawczyni i natychmiast staje przed nią, ale że jest rozkojarzona, nie bardzo wie, o które chodzi. – No tak, mamy lipiec, a ty podajesz mi angorowe skarpety. Czy wiesz, że wtedy, gdy opuszczaliśmy Goldap ja miałam tylko dwie pary wełnianych pończoch? Wtedy było poniżej minus 30 stopni! Tak, moja kochana, dwie pary pończoch były nieodzowne i buty z dobrej skóry, z wkładką futrzaną, na grubej podeszwie. Moje były kupione u Żyda w Königsberg. Nie były już nowe, ale wciąż mocne. Potem, gdy podeszliśmy pod Elbing i nocowaliśmy tłumnie w tamtejszej gospodzie, ktoś mi ukradł te buty. Nie płakałam. Na płacze i żale czasu nie było. Dalej podążać musiałam w butach mojego kuzyna Horsta Richtera. Miał 12 lat, ale dużą stopę i na mnie, wówczas szesnastolatkę, jego trepy doskonale pasowały...  

 

– Pani  Mathey! Już dochodzi 19! Muszę lecieć posprzątać cukiernię.

 

– No tak, nabrałaś pracy i nie masz czasu, by zająć się jak należy starą kobietą.

 

– Za dwie godziny będę z powrotem! Kolacja przygotowana! Gdy wrócę i przyniosę kawałek jabłecznika, to usiądziemy jeszcze na pogawędkę.

 

– O tej porze nie będę już nic jadła. To nie moje zwyczaje. No, idź już, idź! Bo powiedzą, żeś niesolidna i niepunktualna. Ingrid mi zaufała...

 

Dorota nie słyszy tych słów wypowiadanych stanowczo, ale z troską należną opiekunce z Polski. Wybiegła na pustą ulicę w zaułek stary i wąski, który wieczorem przypomina teartalną scenografię z szekspirowskiej komedii. O, nawet dwie wesołe kumoszki pojawiły się na planie i rozprawiają o czymś, z zacięciem wymachując rękoma! Właścicielka cukierni uśmiecha się na jej widok  i poprawia  falbany białego fartuszka. Ma nienaganną blond fryzurę i wystudiowane gesty, którymi czaruje swych klientów. 

 

– A więc najpierw podłogę, potem gabloty, półki, ladę i stoliki i na końcu ponownie podłogę, parapet z dekoracją i drzwi z klamką. Automaty do kawy już wyłączone, przetrzeć tylko irchą dla błysku lepszego. Czy zapamiętała kolejność czynności? I wodę  należy w wiaderku białym zmieniać i odrobinę tylko płynu, a potem na sucho...

 

Dorota już włączyła odkurzacz, bo zamiatać tego lokalu nie wolno. 

 

– O Boże! Z miotłą w cukierni? To niedopuszczalne! Tu musi być higienicznie...

 

 

Z ulicy dochodzą odgłosy chłopięcych zabaw na deskorolce, ktoś opóźniony zagląda ciekawie do wnętrza z nosem przy szybie, ktoś inny przystaje i przygląda się jakby z ukrycia. Nie ma czasu, jest praca, która wymaga uwagi i skupienia. Jeszcze łyk wody, jeszcze raz szmatką miękką i  ponownie do błysku opróżnione gabloty i parapet ze sztucznym piętrowym tortem i  cukrową parą młodych na szczycie. Następnie wejrzenie jedno drugie po calości i znowu dla pewności ręcznikiem papierowym tu i tam, i raz jeszcze po ladzie marmurowej...

 

Ingrid Künke jest zadowolona. Tak, już wpół do dziesiątej, ale jest jak należy i światła można powygaszać, tylko to małe pozostawić, co dyplomy i certyfikaty wiszące na ścianie rozświetla i zakład zamknąć, bo na jutrzejsze poranne otwarcie dobrze już jest przygotowany.

 

Kiedy powraca do domu dostrzega otwarte dwa górne okna na piętrze przeciwległej kamienicy. I jego także. Z bukietem konwali w ręce stoi u wejścia do jej domu. Wybuchają śmiechem. 

 

– Nie, to nie dla pani Mathej. To dla pani, dla ciebie – poprawia się zażenowany i spogląda w oczy radośnie.

 

Przyjechał jak zwykle na weekend z uniwersytetu, gdzie zajmuje się naukowymi badaniami, ot, takimi sobie, ale ciekawymi i potrzebnymi, z zakresu medycyny.

 

A ona? Co może powiedzieć? Z Polski, z Goleniowa, po germanistyce i pedagogice w Szczecinie, na czas wakacji... 

 

– Tato tu pracował ubiegłego roku u pana Wittke, poznał pana Zinke i pana Wintera, potem dowiedział się, że córka pani Mathey wyjeżdża z mężem do Emiratów i tak trafiła w to piękne miejsce -  tłumaczy mu i dodaje, że jest zadowolona, bo ma pracę, i zarobi, i odłoży...

 

Są uradowani.  Na sobotą umawiają się na przejażdżkę łódką po jeziorze Ziegelsee. Wspaniały wieczór i chłopak świetny, ujmujący, dowcipny... Pani Irmina nie kryje zaniepokojenia.

 

– Czy zawsze tak będzie?

 

Wiedziała, że pierwszy dzień w pracy może potrwać dłużej, ale do wpół jedenastej aż...? To stanowczo za długo. Czyż ta Ingrid zegara nie ma?  

 

Powstaje wolno z fotela i zbliżywszy się do okna stwierdza – Matthias Rössler powrócił i już okna pootwierał. Nie wiadomo po co.

 

Dorota sprząta cichutko naczynia po kolacji, nakrywa w kuchni stół do jutrzejszego śniadania i ustawia w wazonie pęczek konwali. Wczesnym rankiem przebiegnie jak zwykle te swoje rutynowe 2 kilometry, a kiedy zatrzyma się przy Eulenspieglu powie:

 

– Jak się masz Till? U mnie już dobrze, a nawet fantastycznie. Żeby tak trwało!

 

Schwyci i potrzyma go za kciuka, który wskazuje, że musi być dobrze, że lepszy żart, optymizm i śmiech niż  narzekania i  jałowe malkontenctwo.

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK