O dobrym sercu i przyjaznej duszy Ilonki Bartoschkowej wiedzą wszyscy jej krewni w Polsce. Czyż więc dziwi fakt, że często otrzymuje zaproszenia na rozmaite rodzinne uroczystości i przyjęcia?

 

Wiosna obfituje w miłe powiadomienia i corocznie jest zapowiedzią licznych spotkań, a także związanych z nimi wydatków. Tym razem niemałym zaskoczeniem była informacja o ślubie kuzynki Cecylii. Któż spodziewałby się, że ta, od dawna, na rynku niemieckim poszukująca życiowego partnera pięćdziesięciolatka, z poczuciem wyższości i złośliwym wejrzeniem na pociągłym obliczu, trafi nareszcie na oczekiwaną swą partię?

 

A jednak spełniły się marzenia i dokonało to, co uszczęśliwia wytrwałych i upartych. Bartoschkowa tym bardziej zadowolona, że i jej zaangażowanie w dziele odnalezienia odpowiedniego kandydata na „cecylkowego męża” było znaczne. Zatem wesele się szykuje! Ilonka już za odpowiednią dla siebie kreacją biega po sklepach. Zacznijmy jednak od początku...

 

Pod naporem żądań swej kuzynki, od pewnego czasu, a więc od roku 2010, jedna tylko myśl przyświecała Bartoschkowej; z kim tu Cecylkę skojarzyć, by szczęście w rodzinie jak za dawnych lat kwitło i owocowało?  Na pierwszy ogień poszedł pan Joachim Boetcher - były nauczyciel, wdowiec z Prus Wschodnich, z Prabut, które za czasów jego młodości Riesenberg się zwały. Nie jest to żaden młodzian, lecz człowiek stateczny, który wiele w życiu widział i zrozumiał, więc los swój możesz mu ze spokojem powierzyć - uzasadniała wybór Ilonka w liście do kuzynki. Przekonywała także, że kandydat ma wielki dom, ogród owocowych drzew i krzewów pełen, które z należną troską pielęgnuje. Jakie on konfitury gotuje, jakie soki wyciska własnoręcznie i iluż ma odbiorców dla tych wyrobów niebywałych, witamin i pektyn pełnych... – przekonywała krewniaczkę. Drugiego tak pracowitego człowieka w dzisiejszych czasach odnaleźć trudno. Cecylia przyjechała więc na Seevetal, by zapoznać się z  owym kandydatem. Zamieszkała u niego. A jakże! Znajomość trzeba w trybie przyspieszonym nawiązać, rozeznanie wstępne jak najszybciej przeprowadzić, bo w tym wieku czas szybko upływa - doradzał Helmut Bartoschek, a jego opinie są, jak wiadomo, wiążące.

 

Tak zachęcona Polka z Nakła rodem ulokowała się w posiadłości pana Boetchera i tamże czyniła przymiarkę do czekających ją obowiązków małżonki. Sprzątała, prasowała, słuchała niekończących się opowieści o jego  młodości, o sukcesach i dolegliwościach, przebytych kuracjach, operacjach i pooperacyjnych perturbacjach. Po trzech miesiącach niespodziewanie zadzwoniła do Bartoschków, by ją niezwłocznie z tej twierdzy dusigrosza i kutwy obrzydliwego uwolnić. Takiego harpagona jak żyję nie widziałam, dość mam skąpca złośliwego, który na śniadanie uznaje jedynie owsiankę i marmoladę, na obiad jada zupy jak wylewka betonowa gęste, a od święta puszkę szprotek, lub wątrobiankę przywędzoną i rozmrożony chleb na stół wystawia... Nie będę już więcej „znaszać” ubrań po jego nieboszczce i pośmiewiska z siebie robić! W tych żakiecikach, kapelusikach i kamizelkach jak artystka z kabaretu wyglądam! W nosie mam tę budę stuletnią i jego oszczędności! Nie pozwolę, by mnie ciułacz skostniały nowych obyczajów nauczał, bo ja dwadzieścia lat w urzędzie powiatowym na stanowisku starszego inspektora przepracowałam. Do ludzi wyjść muszę, a nie w fortecy siedzieć! W Polsce do teatru chodziłam i książki wszystkie Rosamundy Pilcher przeczytałam, innych autorek sławnych także. Ambicje rozwojowe mam...

 

Nic z tego nie będzie, a tak się dobrze zapowiadało – stwierdzili ze smutkiem Bartoschkowie.  Kogoś wesołego i takiego bardziej wyluzowanego  trzeba Cecylce znaleźć – zwróciła się Ilonka z prośbą do męża.  Ten nic nie mówił  zapatrzony w łkającą kuzynkę.  Coś przecież zrób! – nalegała przygnębiona Bartoschkowa. Nie możemy dziewczyny na lodzie zostawić. Tak się nastawiła, a tu piernik stary szczęścia jej  poskąpił. Nawet wracać nie ma ona dokąd, bo mieszkanie na rok wynajęła, a pracy w Nakle brak...

 

Po dwóch dniach Helmut Bartoschek przyprowadził Hansa Habekosta. Radosny ten sześdziesięciolatek oznajmił, że żony nie potrzebuje, ale chętnie partnerkę miłą i cierpliwą do domu swego przyjmie, bo mamusia jego coraz częściej z łóżka wstać nie może, a za życia domu opuścić nie chce. Pod obcy dach nie myśli jej oddawać. Tym samym ktoś musi kobiece obowiązki przejąć i nad całością czuwać. Jakiż to dobry człowiek, ileż w nim serca i miłości synowskiej – stwierdziła Ilonka. Helmut Bartoschek poświadczył, że Hans jest uczciwy i choć podwójny rozwodnik, to nie żaden łajdak, łachudra czy szelma. Cecylia przeniosła więc swe rzeczy, w tym stary gramofon i rower od nowości nieużywany, choć aż dwudziestoletni (prezenty od Joachima) do starej willi Habekostów na Kieferweg. Przesiedziała tam niemal dwa lata i pojęła, że do związku nie dojdzie, bowiem Hans ma przykre w tej materii doświadczenia i w stadło małżeńskie nie chce się pakować. Wszystko byłoby dobrze, tylko ona jest osobą „starej daty” oświadczyła i na taki układ bez urzędowego zabezpieczenia i prawnych gwarancji nie godzi się.

 

Znowu płakała, że jej dola fatalna, że fatum nad nią ciąży, gdy inne niewiasty choć szpetne, okropne i wredne, to mają mężów, a jej samotność chyba na zawsze pisana... Prosiła o pomoc w znalezieniu nowego, godnego jej osoby kandydata. Tym razem w tejże roli Bartoschkowie widzieli Kurta Zwingera. Od początku wyznali o co chodzi i zaprezentowali mu  Cecylię w chińskiej restauracji na Meckelfeldzie. Przypadła do gustu, bowiem Niemiec, właściciel gospodarstwa nad Łabą, od dłuższego czasu marzył o pracowitej i uroczej Polce. Babcia i mamusia zawsze mu powtarzały, że za Odrą i Nysą dziewczyny najpiękniejsze i nareszcie on także będzie mógł to potwierdzić, powtarzał, zajadając się wołowiną w pięciu smakach z parującym ryżem. Choć nie prezentował się najokazalej, Cela zdecydowała się przenieść do jego domu pod Bergedorfem. Z rowerem, gramofonem, brajtszwancami, szybkowarem, maglownicą i pokaźną sumką, które stanowiły  gratyfikację za jej trudy na matrymonialnych bezdrożach, wprowadziła się do zabytkowej zagrody wśród warzywnych plantacji. Kandydat na męża okazał się rezolutny, dowcipny, stanowczy, ale....Cecylia nie podołała obowiązkom. Po upływie pół roku dzwoniła do kuzynki: to mnie przerosło, nie sądziłam, że na targowisko będę musiała  cztery razy w tygodniu z nim jeździć i jaja sprzedawać, kartofle ważyć, włoszczyznę w pęczki wiązać, chrzan ucierać, a do tego  gotować... Powiedzcie, za co życie tak mści się na mnie? Tu robota nie do przerobienia, a ten Kurt choć dziarski jak dwudziestolatek, o ślubie nie wspomina... Jak długo czekać? Nie podołam, kręgosłup mi wysiada, kolana popuchły... Do roboty się najęłam, czy może tak właśnie w Niemczech na żonę sposobią? – pytała roztrzęsiona. Płakała, więc Bartoschkowie pocieszali ją jak potrafili i obiecali kogoś innego poszukać, kto towarzystwa i czułości spragniony, przy tym finansowo zabezpieczony, bez uciążliwych skłonności i morderczych obowiązków.

 

Ilonka zamieściła odpowiednie ogłoszenie w prasie. I wtedy dopiero zaczęły się kłopoty, bo niepoważni zboczeńcy dzwonili i opędzić nie można się było od głupich rozmów i żenujących propozycji. Nareszcie Różyczka - bratanica Helmuta wystąpiła z propozycją zapoznania Cecylii z bardzo miłym Peterem, który budowlańcem jest z zawodu, podróże lubi i sport uprawia.  Ja się już w to nie mieszam - rzekł Bartoschek. To będzie kolejne fiasko - zawyrokował. Twoja kuzynka do małżeństwa nie dorosła, więc niech wraca do Nakła i nam tu głowy nie zawraca.  Ty musisz wiedzieć – oznajmił Cecylii  łamaną polszczyzną -  że „ monsz, szona i szlup to jest duże obowionsky”. Celka poczuła się urażona. Zadeponowała więc swój majątek ruchomy, a więc rower, gramofon, szybkowar, magielnicę, brajtszwance i puchową kołdrę u Bartoschków i przeniosła się natychmiast do owego Petera na obrzeża miasta. Rok jeszcze nie upłynął i oto zaproszenie na ślub w dzielnicowym urzędzie w Hamburgu Północnym nadeszło. Jeszcze większe zdziwienie ogarnęło Bartoschków, kiedy okazało się, że wybrankiem serca  Cecylki jest... Polak!

 

Szczęśliwa wreszcie jestem, bo na moją połówkę trafiłam – oznajmiła telefonicznie przyszła panna młoda. Dogadujemy się z Peterkiem jak należy, jemy co nam smakuje, polską telewizję POLONIA wieczorami oglądamy i nasze filmy stare, piękne... Gdy ochota nas najdzie do Nakła, Wyrzyska czy też Piły jedziemy i wiemy, żeśmy bratnie dusze z tych samych stron wyrwane i na obczyznę rzucone.

 

Widzisz! Los i do niej się uśmiechnął - stwierdziła Ilonka, podziwiając zdjęcie, na którym dwoje zakochanych spogląda sobie z czułością w oczy, obwieszczając światu zwycięstwo miłości nad dobrobytem, czy nawet bogactwem.

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK