Zapowiadało się wyśmienicie i Ilonka była pełna jak najlepszych przeczuć. Po raz pierwszy wybrali się do Kołobrzegu, w miejsce polecane, zachwalane, do apartamentu nieopodal Starówki, plaży i amfiteatru. Tam właśnie mieli zażywać lata, opalić się, odchudzić, a co najważniejsze, dokształcić. Helmut Bartoschek wyznaje wszak zasadę, że bez edukacji wyjazd z domu nie ma sensu. Odkąd koszty wszelkich podróży tak znacznie wzrosły, trzeba jak najwięcej skorzystać umysłowo, czyli intelektualnie i wiedzę przywieźć, która człowieka wyróżnia, satysfakcjonuje i w różnych sytuacjach może być przydatna. Także zdrowie trzeba podreperować i kulturalnych zaznać wrażeń  -  powtarza, budząc aprobatę słuchaczy.  

 

- No i co tu wymyślić, gdzie jechać, żeby tak i dla ciała i dla ducha po równo było? - zastanawiała się Ilonka 

 

- Nie ma jak Kołobrzeg - radzili  znajomi - tam jest Muzeum Oręża Polskiego i Niemiec się poduczy i pojmie przy okazji, jak to za Chrobrego, a i w późniejszych czasach, germańskie plemiona od naszych w dupę dostawały. Przy tym Kołobrzeg to doskonały punkt wypadowy. Jednego dnia wyślesz go na całodzienny rejs połowowy kutrem na dorsze, drugiego dnia katamaranem na Bornholm, potem na kajaki po Parsęcie na dwa, trzy dni i nadmorską kolejką wąskotorową, albo szynobusem w okolice Gryfic, gdzie o Braciach Witalijskich się dowie. Wrażeń będzie miał aż nadto. Nie zapomnij zorganizować mu wycieczkę do Trzęsacza! Tam przekona się, co to procesy abrazyjne  i jak morze bezlitośnie ląd nam podbiera. Jak będziecie mieć szczęście, to traficie w Kołobrzegu na „Miss Lata” i tym samym, dla oka też coś mu przypadnie. Tylko w Kołobrzegu odnowisz go biologicznie, receptory podrażnisz mu odpowiednimi zabiegami, unerwi się, oczyści i rozrusza - radziły przyjaciółki i zalecały jakim kuracjom poddać Helmuta. -  Trzy tygodnie tam go przetrzymasz, to wyluzuje się, odetchnie i tych niemieckich nawyków, co życie uprzykrzają, wyzbędzie się. – przekonywały, zachęcając do wyjazdu. Ilonka uspokoiła się.

 

Na dwa tygodnie przed wyjazdem spakowała walizy, zrobiła listę umieszczonych w nich rzeczy, dołączyła wyniki morfologii i „reiseplan” czyli program zajęć poznawczo-edukacyjnych. Nawet do swej przyjaciółki Jolki, która geografii kiedyś uczyła, zadzwoniła, żeby się dokładniej dowiedzieć, czy południk 15 - długości geograficznej wschodniej, co to przez Pomorze biegnie, jest wyraźnie widoczny. Tak więc dobrze przygotowana pojawiła się z małżonkiem w nadmorskim kurorcie nad Parsętą.  Apartament, jego położenie i wyposażenie przypadły im do gustu. Helmut niemal zaraz po przyjeździe zdecydował się na samotny spacer po mieście, tak zwane „rozpoznanie wstępne”, czyli rekonesans. Ilonka miała za zadanie rozpakować garderobę i poznać „obyczaje domu”. Niestety, już pierwszego wieczoru doszło pomiędzy nimi, łagodnie mówiąc, do nieporozumienia. Bartoschkowa przez niemal pięć godzin zamartwiała się, co stało się z mężem, bo jak wyszedł około 16 00, tak nie było go jeszcze po 21 00. Na dodatek, nie miała z nim połączenia telefonicznego. Kiedy wreszcie się pojawił, nie bacząc na jej łzy i zatroskanie, radośnie i z entuzjazmem opowiadał o  spotkaniu z  pracownikami ze swej firmy i ich wesołych przyjaciółkach.

 

- Nie do wiary!  Przyjechali tu kolejny raz w celach poznawczo – towarzyskich. Niemców tu sporo, a ślicznotki - Polki zabawne, sympatyczne i przemiłe... Wszyscy ubawieni, zadowoleni... Latem panienki świetnie się prezentują, zwłaszcza gdy opalone i gołe... Piwo drogie, ale dobre, ryby najróżniejsze, pierogi i bigosik i co tylko... a babki bezpośrednie, urocze, roześmiane, nasi też zachwyceni... – rozprawiał, jakby to wszystko Ilonkę miało uspokoić i do snu ukoić.

 

Co więcej, stwierdził, że trzeba z rana pójść na plażę i opalić się, bo na białych mówią „młynasz” i na niego te szczebiotki wdzięczne, młódki rozkoszne też już „młynasz” mówiły i śmiały się, że w  długich spodniach paraduje...

 

- Młynasz, młynarz! – powtarzał, przeglądając się w lustrze i uśmiechając na wspomnienie wieczoru.

 

- Myj się! Jutro idziemy zabiegi z lekarzem omówić, a w sobotę popłyniesz na dorsze - zadecydowała Bartoschkowa, nawijając włosy na grube lokówki, ale jej  małżonek zdawał się tego nie słuchać. Wyszedł na balkon, by rozkoszować się lipcową gwiezdną nocą. Następnego dnia rano Ilonkę ignorował, przy śniadaniu niewiele mówił, smartfonem się zabawiał. Na plaży nie chciał w koszu się ulokować i to bynajmniej nie ze względów finansowych. Grajdół wybrał, jakże strategicznie, by pole mieć do obserwacji. Ilonce nawet kremu dobrze po plecach nie rozprowadził, bo zainteresowała go po sąsiedzku wylegująca się blondyna z rozwrzeszczanym dzieciakiem. Ileż można leżeć w upale na słońcu? Ilonka „wysiadła” po czterech godzinach, ale Helmut nie miał ochoty schodzić z nadbrzeża. Mówił, że takiego wygrzania właśnie,  z powietrzem jodowym na dodatek, jest spragniony i nic nie robi mu lepiej jak ta „patelnia cudowna, rozpalona, pełna kąsków chrupiących”. Dobrze robiła mu i rozmowa z ową sąsiadką, która wdzięki swe demonstrowała na złość Ilonce i tak się na ręczniku swym rozkładała i zmyślnie wywijała, jakby już pewna była zwycięstwa. Nie ona jedna, ale druga i trzecia, szelmy takie, które podczas kąpieli poznał, też go do pozostania w żarze i spiekocie na plaży namawiały. Co to się z człowiekiem dzieje, gdy słońca za wiele zażyje? Po takich doznaniach Bartoschkowa musiała przez trzy dni pozostać w hotelu, by porażenie wyleczyć, skórę wygoić i do spokoju wewnętrznego dojść. Jej małżonek na nic nie zważał i nic go nie powaliło. Od samego rana gnało go w piach i do wody. Wieczorami udzielał się towarzysko, ale w gronie sobie tylko znajomym, lub w hotelowej kawiarni. Ilonka nie lubi takich spontanicznych, wakacyjnych imprez, bo, jak czytała w kobiecej prasie, one fatalny mają finał. Bartoschek innego jest zdania i po 21. nadzwyczaj bywał aktywny. Dlatego też nocami chrapał jak niedźwiedź po miodowej uczcie. Na dorsze kutrem, z wędką, nie popłynął, twierdząc, że na to przyjdzie czas jesienią. Korsarze go nie zainteresowali, militaria zlekceważył. Bornholm, jak się okazuje, zna aż nadto. Na kajaki ochoty nie miał. O zabiegach słyszeć nie chciał, bo czuł się  -  jak mówił  -  niczym młody bóg na Olimpu krętych zboczach. Cuchnące borowiny zalecał małżonce na bolące kolana. Owszem, skorzystała, ale czy pomogły, nie może powiedzieć, bo tego za mało było. Brwi sobie przyciemniła, ale nie zauważył, włosy rozjaśniła, ale zlekceważył, paznokcie przedłużyła, zignorował. Ilonka tak się starała , a na jej niedolę to wszystko tylko wyszło. Kilka  razy byli na spacerze. Ile jednak można się przechadzać, kiedy upalnie, duszno, za każdym razem tak samo? Na dodatek, niechcący przytyła. Helmut tak pierogi z jagodami zachwalał, tak sosem kurkowym się zajadał i tak jej halibuta w maśle, albo węgorza w galarecie polecał i te poziomki z bitą śmietaną i bezy malinowym sokiem polane, że tu i ówdzie... przybyło i pozostało. Najmniejszy to problem. Ilonka ma obawy, że mąż kontakty nawiązał i od znajomości kołobrzeskich nie ucieknie. Jakie są Polki , to ona najlepiej wie po sobie. Dlatego niepokoju pełna. Ma jednak nadzieję, że przyjaciółki i znajomi z Hamburga jej nie zawiodą i kilku użytecznych rad udzielą. Na wszelki wypadek, w przyszłym roku urlop zaplanuje także w Polsce, ale w Puszczy Kampinoskiej, Niepołomickiej, w Bieszczadach, albo w Białowieży. Jednego jest pewna; tam Helmut wiedzę zdobędzie niebywałą, encyklopedyczną wprost i żadne roznegliżowane baby go nie zbałamucą.

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK