Hospes Salve, czyli Gościu Witaj...  Tak głosi napis na Krzywym Domku przy słynnym „Monciaku” w Sopocie i raduje  wczasowiczów spragnionych morza, plaży i słońca.  Fotografują się więc uśmiechnięci, opaleni, rozmarzeni i szczęśliwi. Pogoda dopisuje tego lata i nie przerażają ich nawet ceny w kawiarnianych ogródkach, restauracjach i barach. Sopot znacznie lepszy niż Riviera, a więc trzeba płacić i sięgać coraz głębiej do kieszeni po gotówkę i karty płatnicze. Nie ma co  myśleć o dochodach, rozchodach, stopach procentowych, zdolnościach kredytowych ani światowym kryzysie. Jest przecież uroczo, niepowtarzalnie, swojsko i kolorowo niczym w młodzieńczych marzeniach.

 

Apartamentów i pokoi w nadbałtyckim kurorcie nie brakuje, plaża czysta, morze chłodzi i atrakcji wystarczająco. Przewija się więc barwny tłum od dworca, który w budowie, ku molu wraz z mariną, białemu jak żagiel i z powrotem, deptakiem znanym, niemal symbolicznym. Suną matrony mocno doświadczone i wciąż zadufane, młodzieńcy rozkapryszeni i piękni, panowie w okularach ciemnych, roznegliżowane dziewczęta z rozbieganym wzrokiem. Podążają odważnie elegantki w szpilkach za wysokich i w spódniczkach za krótkich, niekiedy przeźroczystych. Z wysiłkiem trasę tę niebywałą pokonują seniorki z nadwagą.  Wychudzone, blade złośnice zasuwają jak na wybiegu modelek. Przechadzają się wolno rodzice z dziećmi krzykliwymi  i starcy z pogardliwym wejrzeniem na zmarnowanych obliczach. Obok zakonnicy zajadającej się gofrem z bitą śmietaną kroczy jejmość ponura jak morze w sztormową noc. Za nimi młodzi biznesmeni, jakby z kongresu porwani, z walizeczkami na kółkach, w garniturach letnich, grafitowych z przejęciem na twarzach... Umęczona wycieczka nie nadąża za rozgadaną przewodniczką, a tuż obok sprzedawca róż i pani Jadzia z Kotliny Jeleniogórskiej (z dziurawcowymi olejkami na wszelkie dolegliwości) i  mały Oleg  z Mołdawii, który wiecznie o coś prosi i „Różowa Parasolka” z reklamami swej dyskretnej firmy... Naukowiec i intelektualny ignorant maszerują żwawo ku Placu Zdrojowemu, jakby tam biło źródło aktualności i szczęścia. Kogo tu nie ma? Kto tu się jeszcze nie zaprezentował? Któż nie wyszedł dotąd na ten trakt paradny, esplanadę mody, szyku i sukcesu, na bulwar słońca, które nie wszystkim świeci jednako, na to korso próżności i rozterek, promenadę letnich, sopockich nadziei i złudzeń? 

 

- No siedzę tu już z godzinę - mówi pan Władeczek, racząc się  kawą w popularnym lokalu przy Delikatesach. Nie odstrasza go hałas dobiegający z remontowanej kamienicy po Kameralnym. 

 

- Przyzwyczaiłem się do huku, bo tu od lat modernizacja i wielka budowa. Walą młoty lepiej niż w początkach komuny, ale przynajmniej efekty widać. Trzeba i to przetrzymać. Pogadać przychodzę, popatrzeć. Dziś dojrzałem w tłumie ministra Zbigniewa Cwiąkalskiego i Wojciecha Młynarskiego. Dobrze się zaprezentowali, bardzo dobrze, nie powiem... Wypatruję Jandę, bo Danutę W. dwa razy przedstawi na zamkniętych spektaklach i w obłokach cynamonu widzów znowu do łez rozczuli. Jedni płaczą, a drudzy śmieją się do rozpuku. Uciechy więcej, bo przecież to lato i wakacje. Stolica jeszcze nie przyjechała.  W weekend to się zaroi jak za dawnych lat w „Złotym Ulu”. Będzie na co popatrzeć! Zjedzie pyszałkowata plutokracja, żeby sezon zainaugurować, rezydencje przewietrzyć, na plaży grandowskiej, na białych łożach się rozwalić, w zatokę sztuki odpłynąć... Przecież większość sopockich apartamentów przez naszych polityków i warszawiaków dobrze ustawionych wykupiona! A jakże! Załatwili co się dało w odpowiednim momencie, ulokowali się za parkanami, w obiektach strzeżonych, monitorowanych i odpowiednio nazwanych. Prawdziwi sopocianie to już na Malczewskiego, na komunalnym, katolickim lub w blokowiskach, na odległych osiedlach, w Straszynie, gdzieś tam na obrzeżach, skąd morza pasmo maleńkie tylko widać.... Wykwaterowano kogo się dało, kto czynszu z nadmetrażem nie płacił, lokalu w porę nie wykupił, przydziału nie miał, nie nadawał się, bo nie remontował, a dewastował, kwestionował i nie pasował.... Inni sprzedali, albo na mniejsze zamienili swe poniemieckie podwoje , bo przecież żyć z czegoś trzeba. Jeszcze co nieco do wykupienia zostało. Wystarczy przejść się z głową do góry i bilbordy na fasadach wywieszone poczytać. No i kasę mieć, bo i po 15 tysięcy za metr kwadratowy liczą. Znajdą się chętni! A jakże! Nową klasę mamy i to taką, która nie wie co to secesja, ale odpowiednio reaguje gdy recesja. To jest klasa wskrzeszonych idiotów! Sopockie wieżyczki, werandy i strychy im się spodobały, ale pojęcia nie mają jak tu było dawniej;  za Bim -  Bom-u , Jerezego Afanasjewa, Wojtycha, Tadeusza Chyły, Bogusia Kobieli, a nawet Non Stopu i festiwali sierpniowych... Dobrze, że choć Ochodlo ze swą kulturą trwa i Atelier prowadzi i Osiecką przypomina wraz „z fortem lirycznych band -   Hotelem Grand ”! To były czasy, to byli goście i artyści!  Nie dorówna im dziś nikt! - Rozmarza się na chwilę, łzę ukradkiem ociera. -  Coraz mniej znajomych spotykam, niewielu dawnych mieszkańców pozostało. Wypatruję ich każdego dnia, na kawusię zapraszam, żeby się dosiedli i powspominali zachęcam... Dla mnie tu lepsze widowisko niż w telewizji. Ja tu wszystko widzę, słyszę i właściwie oceniam. Gazetki przy okazji także przejrzę.  O, widzi pani co piszą? Referendum niepewne! Nie tak łatwo Jacka Karnowskiego wymienią! Już skórę na niedźwiedziu dzielą, kandydatów dobierają, a przecież referendum nie będzie! Strach myśleć, co się niektórym śni, a mówią, że Sopot kochają. - Kiwa głową z przejęciem. -   Posiedzę tak aż do hejnału, który z Latarni Morskiej nadają, a potem do domu albo na rybkę, na zupkę lekką i tanią, na ławeczki, na plac przed Jerzego.

 

Przy stoliku obok uradowane  Norweżki zamawiają kolejne piwo.

 

- Ze Stravangen, Bergen i Oslo Wizzairem przyleciały - objaśnia pan Władeczek szeptem. -  Dobrzy goście, sympatyczni, lecz w polskiej mowie mało kumaci. Z Niemcami prędzej się dogadasz i  tematy podejmiesz rozmaite, bo coraz więcej nas łączy niż dzieli. Rosjanie też przyjeżdżają, ale za wiele do powiedzenia nie mają. Poznaję ich , bo w biel się przyodziewają na letnisku jak za cara Mikołaja Aleksandrowicza. Złotem obwieszeni dumę  swą putinowską niosą światu ku przestrodze.

 

Południe dochodzi. Tłum nabiera tępa. Matki strofują opieszałe w marszu dzieci. Opaleni łysole demonstrują swe muskuły i śmigają jakby pociąg ostatni im odjeżdżał. Właściciele psów kroczą dumnie i uważnie. Pomiędzy czworonogami dochodzi raz po raz do spięcia i agresji. Udziela się ona i spacerowiczom. Patrole Służby Miejskiej przystają w oczekiwaniu na bieg wydarzeń. Dziewczęta rozpuściły włosy i biegną ku słońcu. Starsza, urocza pani z japońską parasolką pyta o Park im. Marii i Lecha Kaczyńskich. Pan Władeczek decyduje się  doprowadzić ją do celu.  Nagle muzyka żwawa, ochocza, pokrzepiająca... Hejnał niesie się od morza aż po Operę Leśną i morenowe wzgórza nawołując do wytchnienia od trosk i niepokojów. Promienie dźwięków skocznych, jak fontanny rześkie, arkadyjskie niemal, sławią Sopot. Chwalą władze miasta, gości i mieszkańców.

 

S.R.    

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK