Żonkilami warszawiacy przyozdobią ubrania na znak pamięci i hołdu dla zrywu, który przed 70 laty zadziwił heroizmem ponad wszelkie wyobrażenia i oczekiwania.

W Niemczech zapowiedziano sporo uroczystości, mających oddać cześć żydowskim powstańcom warszawskiego getta, tym, którzy 19 kwietnia 1943 stanęli do walki o swój honor i godne umieranie.

 

Tak niewiele pragnęli, a pokazali  jaka w nich moc i siła, ile rozpaczy, desperacji, zawziętości. Zapłacili ogromną cenę, ale dowiedli, że podłość godna jest pogardy, a oprawcy napiętnowani będą przez lata.

 

Tej zbrodni nie można zapomnieć. Myślę o tym często przemierzając hamburskie ulice. Co krok natrafiam przecież na umieszczone pośród chodnikowych kostek „stolpersteine” – mosiężne tabliczki z wyrytymi na nich nazwiskami ofiar Holocaustu (także innych, nie tylko żydowskiej narodowości). To z inicjatywy kolońskiego artysty Guntera Demniga pojawiły się one w ostatnich latach, w pięciuset różnych  miejscach w Niemczech. W Hamburgu jest ich od 2002 roku prawie 4400. Nieco więcej w Berlinie. Spotkamy je także we Wrocławiu (przed domem Edyty Stein) i Słubicach. Tak więc, od historii nie da się uciec, zwłaszcza teraz, w przededniu rocznicy powstania w warszawskim getcie, kiedy klomby żółtych żonkili przywołują pełne smutku refleksje.

 

Takie kwiaty otrzymywał przez lata, od anonimowych nadawców, dr Marek Edelman – uczestnik tegoż powstania. Takie same składał każdego roku przed Pomnikiem Bohaterów Getta. I wspominał zapewnie tę Wielkanoc, która niosła nadzieje pośród przerażenia i trwogi. ”Wtedy nie denerwował się, ponieważ nic większego niż śmierć nie mogło ich spotkać. Za murem sięgającym pierwszego piętra, widzieli stronę aryjską. Widzieli ludzi, kręcącą się karuzelę. Słyszeli też muzykę, bojąc się, że zagłuszy ona ich krzyki i odgłosy walki, a wówczas nikt niczego nie zauważy”*. Tak. Za murem getta kręciła się karuzela: „Salwy za murem getta  głuszyła skoczna melodia i wzlatywały pary wysoko w pogodne niebo” pisał Czesław Miłosz w wierszu „Campo di Fiori”.

 

Nie wszyscy warszawiacy wiedzieli o wybuchu powstania, choć wieści przenosiły się szybko i trwoga o los tysięcy zamkniętych za murem narastała. Nie można sądzić, że była obojętność, że jedni się bawili, gdy inni żywcem płonęli. Mieszkańcy stolicy szybko zorientowali się, że dzieje się coś wielkiego, ale jednocześnie strasznego. Mieli świadomość, że żydowski odwet na prześladowcach będzie nierówną walką, że ludobójstwo i barbarzyństwo nazistów dosięgną zenitu. Władysław Bartoszewski trafnie określił ów zryw: „Masada bez szansy”. Jego kompanii z Armii Krajowej nie byli zaskoczeni biegiem zdarzeń w kwietniu 1943. Pomoc AK, Gwardii Ludowej, pomoc cywilów były doprawdy duże jak na okoliczności i możliwości.

 

W „Rozmowach z katem” Kazimierza Moczarskiego likwidator getta, niemiecki generał Jurgen Stroop, tak wspominał ów pierwszy wieczór po niedzielnym ataku swoich 24 oddziałów szturmowych: „W dzielnicy <<aryjskiej>> spokój. Jakiś zimny spokój. Polacy, wiadomo nie byli serdeczni wobec nas, ale to, co wyczułem, przyglądając się twarzom przechodniów – szczególnie kobiet – przeraziło mnie. Może byłem pod rauszem koniakowym, ale widziałem zbyt liczne spojrzenia w niebo nad gettem. Wszystkie oczy Polaków smutne. Wszystkie twarze spokojne. Nie lubię takich masek”. W dalszych swych wywodach Stroop nie poddaje w wątpliwość, że Polacy byli zaangażowani w pomoc walczącemu gettu. Nie można uciec od literatury, która tamte, przerażające fakty dokumentuje i poddaje przemyśleniom. O martyrologii narodu żydowskiego napisano wiele.

 

Pokolenia Polaków czytały w szkołach przed maturą „Medaliony” Zofii Nałkowskiej, opowiadania Tadeusza Borowskiego, wspomniane „Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall, „Początek” Andrzeja Szczypiorskiego i książki Racheli Auerbach. Kiedy w te wiosenne, kwietniowe dni przemierzam hamburskie ulice, wstępuję również do Różanego Ogrodu przy Bullenhuser Damm na Rothenburgsort. Upamiętniono tu ”medalionami” dwadzieścioro żydowskich dzieci (czternaścioro urodzonych w Polsce), które zamordowano na dziesięć dni przed kapitulacją Hamburga, w nocy z 20 na 21 kwietnia 1945 roku. Przywieziono je z Auschwitz do Neuengamme, a potem do tutejszej Volksschule i w jej piwnicach bestialsko przerwano im życie (Nie miały szczęścia trafić pod opiekę Ireny Sendlerowej, niezwykłej Polki, której imię nosi także hamburska szkoła na Wellingsbuettel). Historia tych dzieci to najbardziej potworna i ponura wojenna historia Hamburga.

 

Przywołuje w mej pamięci przejmujący wiersz Władysława Broniewskiego ”Ballady i romanse”: ”Słuchaj, Jezu, słuchaj, Ryfka, Sie Juden, za koronę cierniową, za te włosy rude, za to żeście nadzy, za to żeśmy winni, obojeście umrzeć powinni.” Jest w tym utworze jakieś niesamowite ”przełożenie” na wielkopostne, wielkanocne, warszawsko - powstańcze rozważania. I one na pewno powrócą podczas uroczystego wieczoru, jaki w przeddzień siedemdziesiątej rocznicy, 18. kwietnia tego roku, zorganizowało Deutsch - Polnische Gesellschaft wraz z Konsulatem Generalnym RP w Hamburgu, w miejscowym St. Nikolai na Harvestehude Weg. Do tego czasu to miasto, tak jak i Warszawa, pełne będzie żółtych żonkili.

                                                                                                        Sława Ratajczak              

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK