Grono artystów i ludzi kultury z Hamburga działa, tworzy i zadziwia. Od 25  lat nie ustają w pomysłach, zdobywają sympatię i należne uznanie. I choć w większości zaangażowani są w prace swych niemieckich instytucji, to jednak polska pomysłowość i temperament dyktują im idee, które promują nasze nadwiślańskie, narodowe klimaty.

 

Nic dziwnego, że mają sympatyków i przyjaciół wśród Niemców i raczą ich przy licznych okazjach radością, intelektualnym zadziwieniem i refleksją. To za przyczyną pochodzących z Wrocławia Aleksandry i Ryszarda Wojtyłłów tak wiele wydarzeń i imprez kulturalnych miało miejsce w Hamburgu i okolicy; od Szlezwiku-Holsztyna po Dolną Saksonię, od Alstery po Billę na wschodnich obrzeżach miasta.

 

Pegasus Fundation za główny cel swej działalności stawia integrację polskich środowisk twórczych, promowanie osiągnięć i zasług młodych, oddanych kulturze, pozyskiwanie coraz szerszych kręgów Polaków w Niemczech ku wspólnym artystycznym projektom, poczynaniom i dyskusjom. W niedzielę 7. kwietnia tego roku członkowie i sympatycy „Pegasusa” spotkali się w podhamburskim Buxtehude, w tamtejszym Kulturforum, na wernisażu prac dwóch polskich artystek: Haliny Bober i Doroty Albers. Przedstawione na wystawie „Dance of colors” obrazy i instalacje wzbudziły wśród Niemców wiele pozytywnych emocji. Rozgorzały dyskusje i zainteresowanie kierunkami rozwoju naszego malarstwa i rzeźby, zrodziły spontaniczne, pełne przyjaźni rozmowy. Okazuje się, że polska odważna i fascynująca sztuka współczesna jest znana i lubiana, o czym świadczy nagroda Fundacji Alberta Toepfera przyznana w tym roku warszawskiemu rzeźbiarzowi  Pawłowi Althamerowi. Cieszy fakt, że liczne hamburskie środowisko twórcze organizuje wystawy, nawiązuje zawodowe znajomości i podtrzymuje kontakty z kolegami w kraju. Halina Bober wielokrotnie wystawiała swe prace i zawsze spotykała się z uznaniem. Artystka od lat nie ustaje w poszukiwaniach, stale zmierza ku nowym, odkrywczym sposobom wyrażenia nurtujących ją spraw i przemyśleń. Tym razem zadziwiła kompozycjami, w których kombinacja geometrycznych form ma skłaniać ku porządkowi i klarownej przejrzystości naszych wyobrażeń, ustaleń, rozwiązań. Nawet przy zagadkowości figur i fantazjach na temat geometrii, pojawia się myśl o istniejącym w świecie porządku i harmonii, o logice i prawach dających podstawy naukowym wywodom. Bogata, nasycona kolorystyka, przewaga czerwieni, żółci, zieleni i błękitu wpisują się w uniwersalizm pogodnej kontemplacji nad tym, co tajemnicze lecz przyjazne, co znane, lecz do końca niezgłębione. Bez przeładowania, wyraziście i sugestywnie operuje kolorem, dowodząc, że to nie gra, ani zabawa, lecz uzasadniona wiara w potęgę barw, które zamknięte w formach i kształtach nabierają większej mocy, głębszych znaczeń, za to prostszych skojarzeń. Zatem od abstrakcji wiedzie droga do rozważań nad istotą sztuki i analizą oczekiwań współczesnych jej odbiorców.

 

Osobne miejsce w tym temacie zajmują przedstawione w Buxtehude prace Doroty Albers. To odważna i prowokacyjna kreatorka instalacji – rzeźb, obrazów i obiektów wykonanych z najróżniejszych materiałów: papieru, celuloidu, akrylu, miedzianego drutu, polimeru syntetycznego, drzewa, porcelany, skrawków lekkich, przejrzystych materiałów. Z rzeczy „zużytych”, niepotrzebnych, porzuconych tworzy swoiste dzieła sztuki, które przyciągają uwagę urodą, kształtem, niepowtarzalną formą adaptacji. Wszystko co powstało w pracowni artysty, jest dziełem, eksponatem jedynym w swoim rodzaju – zdaje się mówić Dorota Albers i szokuje w ten sam sposób, w jaki czynił to Marcel Duchamp swoimi „ready mades”. Co więcej, dowodzi, że dzieło nie zawsze musi być wynikiem namysłu filozoficznego, wystarczy stworzyć objekt interesujący poprzez sam materiał, tworzywo i jego pochodzenie. Piękno jest ulotne, ale nas bogaci, raduje i inspiruje jak japońska sakura – przekonuje artystka. Tym samym stara się zarazić pomysłowością, chce rozkrzesać płomień wyobraźni, uwrażliwić na otoczenie pełne rzeczy nieodkrytych, zwyczajnych, lecz  oszałamiających w nietypowych zestawieniach i aranżacjach. I jest w tej twórczości zamysł na wskroś ekologiczny, a to jest zawsze na czasie. Buxtehude okazało się w ten niedzielny poranek ponownie baśniowe i interesujące. To w tym, ponad tysiącletnim miasteczku pod Hamburgiem, wśród warzywnych pól, rozgrywa się akcja baśni braci Grimm o zającu i jeżu. Ta zabawna historia uczy, że proste rozwiązania i odrobina fantazji znaczą więcej, niż zadufanie, poza i bezzasadne ważniactwo.

 

I jeszcze jedna rzecz, o której  członkowie „Pegasusa” sobie przypomnieli, to historia obrazu Aleksandra Gierymskiego „Pomarańczarka”, który  właśnie w domu aukcyjnym w  Buxtehude został wystawiony przed dwoma laty do sprzedaży. Natychmiastowa interwencja ministra Bogdana Zdrojewskiego uratowała dzieło przed utratą i dziś znowu, po wielu latach, oglądać je możemy odrestaurowane w Warszawie, w Muzeum Narodowym. Oto dowód na rozmaitość okoliczności, które w jakiś sposób współgrają i tak jak sztuka zadziwiają. Tak więc pod skrzydłami „Pegasusa” można przeżyć niejedną przygodę z dziełami sztuki i prawdziwymi artystami. Oby o takich organizacjach polonijnych i takich inicjatywach w naszym środowisku słyszało się częściej!                                                

                                          

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK