Spotkały się u Zośki, tej z zaradności i elokwencji znanej, która w wielu dzielnicach Hamburga mieszkała, kursy pokończyła rozmaite, zajęcia wykonywała najróżniejsze i rozeznanie jak powiada, w licznych ma dziedzinach. Kilka jej przyjaciółek wraz z Iloną Bartoschek odwiedziły ją w połowie stycznia na Heimfeldzie, w nowym jej mieszkaniu.

– To najlepsze lokum jakie dotąd miałam – mówi gospodyni oprowadzając gości po kuchni z wnęką i balkonem, salonie przestronnym z oknami na północ i południe. 

– Łazienka, jak widzicie, lepsza niż w hotelu „Cztery Pory Roku”nad Alsterą. Wanna na  lwich nóżkach, umywalki i kafelki jak za kajzera, spłuczka na łańcuszku porcelanową gruszką zakończona, a w oknie witrażyk z diabełkiem, symbolem rozpusty. Walory, jak zapewne postrzegacie, mam tu muzealne. Miejsce piękne, a willa „jugendstil”, czyli secesyjna, jeśli  któraś miałby wątpliwości. –  Panie przytakiwać zaczęły, dziwić się niebywale,  podziwiać i zachwycać . 

– Gniazdko trafiło ci się urocze,  ale tyś biedaczko samotna... -  Ach jakież cuda!...  -  Apartament to dla dwojga, a  nasza Zosia wciąż  Samosia. -  Szkoda, bo tu sceneria romansu godna... –  ubolewały. Romantycznie i strategicznie -  opiniowały.  Zofia oburzyła się na te głosy. – Co wy o mnie wiecie? Pojęcia o niczym nie macie!  Czy sądzicie, że przy moich zaletach, wyglądzie i  aktywności nikt dotąd mną się nie zainteresował? W błędzie jesteście! Atrakcyjne i wartościowe babeczki zawsze są adorowane i swoje szczęście prędzej, czy później znajdą. Nawet po  czterdziestce.  

–  Doprawdy? Nic dotąd nie mówiłaś! -   Rzeczywiście trafił ci się ktoś interesujący i  godny? Masz partnera  Zosieńko? Kto to taki? Polak, Niemiec, czy może inny jaki  obcokrajowiec? -  Gdzie go dorwałaś? -  Dlaczego to w tajemnicy utrzymujesz?  -  Dawno już powinnaś była z kimś się związać.  Na twoim miejscu... -   No i wreszcie! Przecież coś ci się od życia też należy... - komentowały jedna przez drugą oglądając mieszkanie i widok z okien.  –  Sypialenka jest mała, bo to dawniejsza garderoba, ale łoże zmieściło się wygodne, materac kasetonowy, telewizor 3 D wiszący i obraz przeze mnie wykonany, olejny na ścianie... Czego więcej trzeba? - zapytała gospodyni.  – Niczego Sofko, niczego! -  Szczęście niebywałe! -   Należałoby toast wnieść, czerwone kapturki przywiozłam – zaoferowała,  wyraźnie podekscytowana sytuacką, Ilona Bartoschek.  –

A jasne, że uczcić wydarzenie trzeba. Tyle lat się sama mordowała!  - Co to znaczy mordowała? Drania by miała,  gnuśnika jakiego niewydarzonego, despotę, albo ramola skąpego, to dopiero byłaby mordęga. Wolności dość zażyła, a teraz niech wie, że związek to obowiązek! -  O tak! To święta prawda! -  Już się Zosik nie rozwiniesz, bo partner jaki by nie był, zawsze cię przydusi i ograniczy. -   A niech i dusi, byle ręce miała wolne! -  Nie daj się Sophi, od początku pokaż swą siłę i charakter! - doradzały koleżanki ustawiając na stole przyniesione wiktuały, kieliszki i świece. -  Kapturki otwierajcie, bo aż trudno uwierzyć, że ktoś nam Zofiję porwał i przywłaszczył! – przynaglała Ilonka Bartoschkowa z kuchni. Jakoż po chwili panie zajęły miejsca,  wypiły po kieliszku sekta,  zarumieniły się nieco i rozmarzyły.  –  Toś ty poderwana... Patrzcie tylko!  -  A ja myślałam,  że my towarzystwo jakieś kulturalne założymy, klub, czy coś w tym rodzaju i ty Zochna prezeską nam zostaniesz – odezwała się ze smutkiem w głosie Jaśka.  

-  O właśnie, organizację taką chciałybyśmy jak w Berlinie, albo i w innych miastach, gdzie dziewczyny akcje rozmaite podejmują i programy mają i filmują, projektują, i prezentują się niczym gwiazdy tu i tam... – wyjaśniła wyraźnie zawiedziona Agnes.  -  Sądziłyśmy, że ty byś się nadawała na przewodniczącą, bo zmysł masz i odwagę, ryzykanctwo nawet –  zaopiniowała Hedwiś kosmetyczka. -  No właśnie – poparły ją koleżanki. – Jak dotąd sporo inicjatyw wykazywałaś. -  Czas miałaś, by figurę utrzymać i przyjaciela sobie wynaleźć. – Zuchwałości także ci nie brak.  A my? Uwiązane.  Jeśli nawet  ktoś szczególny, by się trafił,  towarzysz jakiś wyjątkowy,  to czasu na randki brak. -  Człowiek zabiegany jak chart w nagonce, ledwo swoich w domu obskoczy i zadowoli  –  wyznała z żalem Ola kwiaciarka. Zebrane podniosły kieliszki z sektem w górę na znak aprobaty.  –  Nici z naszej organizacji, a tak dobrze się zapowiadało.   -  A może ty Jaśka się zdecydujesz i funkcę tak odpowiedzialną podejmiesz ? W behyrdzie, czy też w amcie robisz, od dzieciaka prawie  w Niemczech mieszkasz , abitur szafnęłaś, a nawet bachelora ...  -  O, co to, to nie! -  poderwała się Teresa z Bergedorfu.

– My potrzebujemy taką, co  nie kaleczy polskiego! Ty Ulcia też się na przywódcę nie nadajesz, chaotyczna jesteś, z dzieciakami własnymi po niemiecku tylko gadasz...Laiterka musi być wzorem moralnym i  lingwistycznym. -  Jasne, że dwujęzyczna, przy tym bardziej polska niż niemiecka. -   Naturalnie!  – odezwały się jak na komendę oburzone panie. Dwujęzyczna, ale o orientacji polskiej. -   Identyfikację własną i narodową tożsamość powinna wykazać...  - Po niemiecku musi myśleć -  zadecydowała obrażona Urszula właścicielka pralni chemicznej. -  O tak! Tu powinna być wykształcona i z Niemcami w dobrych stosunkach... – dodała inna. -  Ja wraz z moim mężem podołalibyśmy obowiązkom – odezwała się nieśmiało Bartoschkowa dolewając przyjaciółkom wina.  –  O to chodzi, że chłopów w to nie angażujemy. To ma być kobieca, żeńska frakcja. Helmuta zostaw w domu.

Ja swojego po imprezach nie prowadzam -  oburzyła się Uszi. –  To może Natali? Nowego japończyka przed świętami kupiła i w zarządzie firmy jest... – zarekomendowała przyjaciółkę Agnisia. -  Przecież to wokalne zero, na dodatek taką miniówę nosi, że krok jej widać, gdy usiądzie. Jak będziemy postrzegane? Kto da nam wiarygodność? Kto uwierzy, żeśmy towarzystwo kulturalne ? Kłopotów narobi, nic więcej! To samo Monika. Ona też niepewna.  Niby tyle projektów miała i znajomości, a  okazało się, że na spotkania nie przychodzi. -  Bo nie zawsze dobrze wygląda  – usprawiedliwiła kuzynkę Jadwiga, pudrując sobie nos i  dekold.    Zamilkły zakłopotane. -  A co stoi na przeszkodzie, żeby mnie wybrać? – zapytała Zofia powstając z kanapy.

Lokal do zebrań mam już na oku, tu zresztą, w pobliżu... Wypowiadam się dobrze, na gitarze gram, śpiewam i maluję, na dodatek po warsztatach dla freelancerów z zakresu asertywnej komunikacji werbalnej jestem, a test sprawdzający logiczne rozumowanie firmy D&G zaliczyłam celująco. Lada moment w bizness wejdę i życie osobiste sobie ułożę. Czego więc mi brak? Zamilkły zaskoczone. Regina z Harburga wyraźnie się wściekła : no właśnie, tyle masz, talentów, szczęścia i umiejętności, że powinno ci wystarczyć. Przywództwa pragniesz do większego jeszcze samozadowolenia?  Teresa aż podskoczyła na te słowa: rządzić nami chcesz, decyzje za nas  podejmować i nas ustawiać?  -  Nie.  W żadnym razie! – Nie zgadzamy się! – zawołały jak na komendę.  -  Ja chcę was jedynie reprezentować – odpowiedziała rezolutna pani domu, częstując zebrane faworkami.

– Pokierować pragnę organizacją , zrzeszeniem albo i stowarzyszeniem, które w urzędzie zarejestrujemy i które satysfakcję , rozwój i korzyści nam zapewni.  -  Pieniądze jakie będą z tego? – zapytała odważniej niż zwykle Bartoschkowa. –  Kto wie? -  rzekła Ulka i szeptać zaczęła do ucha Jadwigi, przy czym zawadziła ręką i kieliszek z czerwonym sektem przewrócił się, oblewając Jaśkę swą zawartością. -  Do jasnej cholery, towarzystwo chcecie zakładać kulturalne... –  Dziewczyny, spokojnie, nie tak nerwowo! – uspokajała Zofia. -  Do ugody trzeba dojść. -  Więc po  kapturku raz jeszcze! - zarządziła Agata. - Lepiej zaśpiewajmy, bo to łagodzi obyczaje  - zaproponowała Ilonka Bartoschkowa mocując się z drucikiem u korka butelki.

Panie podały kieliszki i  podążyły za nią: ” Zycie, kochanie, trwa tyle co taniec, fandango, bolero, bibop ,manna, hossanna, różaniec, i szaniec, i jazda, i basta, i stop... „ Zośka wzięła w ręce gitarę i poprowadziła ten chór uroczy, który oto zjednał się w dziele wspólnym, rozmarzył i uniósł ponad wszelkie spory i niesnaski. Dziewczyny śpiewały z coraz większą mocą i przejęciem aż po okolicy się niosło: ” Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale...”  I oto nic już nie było ważne i istotne, ani panowie, ani organizacje i nimi dowodzenie, nic tylko śpiewy, które dusze zatroskane i smętne koiły i ku sobie w ów wieczór styczniowy, karnawałowy zbliżały. –  A więc śpiewajmy, gdy jest okazja!                                   

                                                                                                                                                         S. R.   

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK