Autorka : Sława RatajczakWszystko w życiu ma sens i znaczenie. Nawet to, co wydaje się sprawą przypadku czy zbiegu okoliczności jedynie, potrafi zaskoczyć i zastanowić, by w końcu stać się doświadczeniem i nauką.Często dalekie i po części zapomniane powraca, ujawniając prawdę o nas samych, rodząc nieoczekiwane przemyślenia i inspiracje.
Doprawdy, niewyjaśnione bywają przypadki prowadzące nas ku wiedzy o sobie i  naszym bytowaniu!
Uświadomił to sobie pewnego sierpniowego dnia roku 1997, w mieście po wielkiej powodzi, w szkole, do której trzema kontenerami przywieźli transport środków czystości, lekarstw i odzieży.
Była to jego pierwsza po latach podróż do kraju lat dziecinnych, do czasów odległych, których koloryt niezwykły tkwił pod powiekami, jak dobry sen z nagła przerwany.    Mieszkali kiedyś w Głuchołazach, w pięknej kotlinie z widokiem na Góry Opawskie, w poniemieckiej willi z dzikim ogrodem, w którym całą wiosnę i lato świergotały drozdy, kosy, wilgi i strzyżyki.   Budziły go nie tylko poranne śpiewy ptaków. Gdy rodzice wychodzili na dyżur do przeciwgruźliczego sanatorium, gdzie byli lekarzami, po domu rozlegały się pieśni gosposi Józefki.

Miała ładną barwę głosu i z kuchni dobiegały aż na piętro słowa:
Wielu snem śmierci upadli
Co się wczora spać pokładli                 
My się jeszcze obudzili
Byśmy cię Boże chwalili

Z dzieciństwa, które umilała mu prosta dziewczyna, rzucona z Kozowej w powiecie Brzeżany koło Tarnopola na ziemie zachodnie, zapamiętał prawdy, jakich nie wyrzekł się wędrując po świecie.
Być może, że one właśnie większy miały wpływ na jego zachowanie i charakter, niż nauki rodziców stale zapracowanych, nieufnych wobec otoczenia, nieco wyniosłych?
Józka z ochotą gotowała, prała i sprzątała, ale równie chętnie zabierała go na spacery,a nawet wyprawy nad Białą, na łąki okoliczne i wzgórza, do mostu „huśtanego”, źródełka Zegnalce, Groty Góralskiej, do jarów i wąwozów pełnych mroku i tajemnic. Zachwycało ją piękno natury; stare buki, skalne uskoki, widoki niepowtarzalne ze wzniesień i wierzchołków gór widziane. Wcześnie osierocona, uboga i na dodatek przesiedlona w obce strony, nie nosiła w sercu żadnej urazy ani żalu.
Nic nie było w stanie wygasić w niej radości życia, serdeczności i optymizmu. Nie bała się trudów ani niespodziewanych losowych wypadków. Ufała Bogu i wierzyła w ludzką dobroć. Była w niej i ogromna ciekawość świata. Słuchała radia, wypożyczała w bibliotece książki, z zainteresowaniem przeglądała stare atlasy i pocztowe kartki porzucone na strychu.   
Kiedy spacerowali po miasteczku, Parku Zdrojowym, wędrowali zboczem Biskupiej Kopy w górę, gdzie wiszące skały i kapliczka, zagadywała nieznajomych pytając:
-   Z jakich stron jesteście? Zadowoleni z zakwaterowania? A jak się nasz kościół pod wezwaniem św.Wawrzyńca podoba?
Zaraz też opowiadała o niezwykłych urokach Głuchołaz:
-  Powietrze tu dobre, lecznicze i słońca dużo. Kwiecie pachnie w gorączki do omdlenia - zupełnie jak na naszych kresach. Okolica prześliczna, ciekawie ukształtowana, w lasy dostatnia i co najważniejsze spokojna. Na dodatek po złocie chodzimy. Przecie tu kruszec drogocenny ongiś wydobywano!
Czegoż więcej trzeba? Zachować to piękno, chronić je! - przekonywała.                        

Jemu także zdawało się, że jest to miejsce nadzwyczajne i jedyne w świecie.  Dlaczego więc rodzice opuścili je? Czemu nie zapłakali jak on rzewnie, gdy żegnał się z Józefką? – rozmyślał -  i po latach dopiero, odnajdywał na pytania te odpowiedzi.

Pamiętał dobrze jak jesienią 1969, dziesięciolatkiem będąc, tuż po przyjeździe do Wiednia, rozchorował się z tęsknoty za pozostawionym  domem i  ukochaną opiekunką. Zajęci własnymi problemami nie potrafili mu pomóc. Nie umieli wczuć się w jego cierpienie ani nawet pocieszyć go.
Rozkładali bezradnie ręce i nadal rozważali złożone dylematy swego wyboru i podjętych decyzji.
Dręczyli się poczuciem wewnętrznego rozdwojenia i odtrącenia. Obwiniali psychiczną słabością bądź zbyteczną dumą. Co najdziwniejsze, tego nie rozumiał, roztrząsali pokomplikowane swe sprawy i spierali się nawet w kawiarni, w tym pięknym, lecz obcym im mieście.  W metropolii nad Dunajem spotkał w tym czasie również swoich krewnych, którzy przybyli z Legnicy, Wałbrzycha, Wrocławia i stwierdził, że są to ludzie smutni i nieszczęśliwi. Nie znał przyczyn ich załamań. Domyślał się tylko, że tkwą one w tym, iż nie dane im było poznać Józi  Moczulanki i całej jej życiowej filozofii. Tym tłumaczył ich rozgoryczenie, narzekania, niejasne oczekiwania, wieczne obawy i żale.

*
Już trzecią godzinę rozładowywali transport dla „powodzian”.  Był zmęczony po nocnej podróży z Hamburga do Nysy, ale obdarowani dawali tyle dowodów swojej wdzięczności i sympatii, że nie sposób było nie wysłuchiwać ich niekończących się wspomnień:
–   Panie, żywioł pędził jakby nas zmielić miało. Psa nam woda zabrała i wszystkie kury, co do jednej.
Co raz trzask się rozlegał, krzyki, syreny i szum niemożliwy, co wszystko zagłuszał...Istna groza!
- Nie chcielim się ewakuować, na strychu siedzieli jak myszy niepewne...
-  Nikt nie wiedział, co się jeszcze przydarzyć może, ale strachu nie można było okazać.
-  Oj, nie! Więcej my już wszelakiego przeżyli, a się nie poddali i nie ugięli.
Każdy własną opowieść snuł, bo też każdy swą trwogę i stratę  zniósł z godnością jak mniemał i hartem.
-  A gdzie nocujecie panowie? U księdza proboszcza czy w motelu?
Nagle wszyscy; nauczycielki, dyrektor szkoły, policjanci i ksiądz Andrzej nawet,  zapragnąli darczyńców z Niemiec przenocować. Niemal do sporów doszło, bo jeden przez drugiego coraz lepsze oferował warunki i swoje racje przekładał, że ugości zapewniał, bo jedzenia pod dostatkiem i wody butelkowanej, pościeli czystej nie zabraknie, nawet naleweczki swojskiej, uspokajającej...   
Marzył nie tyle o odpoczynku, co o podróży do nie tak odległych Głuchołaz.
-  Z Józią się spotkam, dom zobaczę i sfotografuję. Po parku przejdę, po uliczkach wokół Rynku, w pobliżu kościoła i Wieży... Odtworzę zapomniane po części krajobrazy, przypomnę sobie coś ponad to, co w myślach niekiedy powraca ...  Ten frasunek i poczucie niewiadomej cieniem kładło się na twarzy pogodnej i sympatycznej.

Nic dziwnego, że młoda farmaceutka, ta która opisywała pod jego kontrolą leki i segregowała środki opatrunkowe, zapytała:
-    Czy wszysto w porządku? Czy dobrze się pan czuje? Może w czymś pomóc?   
-    O ile możliwe?  - Chciałbym pojechać do niedalekiej stąd miejscowości.       
Mieszkałem tam kiedyś i pragnąłbym stary dom obejrzeć, odszukać kogoś, kto sercu memu bliski...
-    Proszę się nie przejmować. Są tu panowie z komisariatu i urzędu...
Oni się tym zajmą i chętnie pomogą. Najpierw jednak posiłek i nieco odpoczynku – uśmiechała się z troską i wyrozumieniem.
Natychmiast poszła powiadomić tych ze sztabu kryzysowego o jego prośbie i zamiarach.   Dopiero teraz dostrzegł ile w Beacie wdzięku, jak doskonale radzi sobie z sortowaniem leków, ilu ma wokół przyjaciół i jak poprawnie mówi po niemiecku. Wydała mu się urodziwa i atrakcyjna, lecz stłumił w sobie szybko iskry te pierwsze, które zainteresowanie nią roztlić mogły. Nie ten czas, ani to miejsce  - pomyślał z właściwą sobie rozwagą.                                             

*
Rankiem wyruszyli na drogi wąskie, zabłocone, miejscami wyglądające jak kładki na stawie, na dodatek kryjące wyrwy niebezpieczne.  Aspirant Marek prowadził pewnie. Dobrze znał utrudnienia.  
Gadatliwy i wesoły, zdwał się nie przejmować niczym, poza zadaniem jakie mu powierzono.  Do urzędu jedziemy, bo spraw mam kilka, także na parafię, bo chodzi o niejaką Józefę Moczula. Tu pismo dostałem od komendanta... Wszędzie podwiozę, niczym się absolutnie nie martwić! Spójrz pan, jakie krajobrazy cudne! Góry w porannym słońcu skąpane! Cóż piękniejszego niż nasze Opawy?
Potem opowiadał jak to Głuchołazy pierwsze zalało i gdyby nie zapora na Jarnołtówku, ta co w 1909 przez Włochów wybudowana za marki cesarzowej Augusty Wiktorii, to pewno wody Złotego Potoku większe jeszcze poczyniłyby szkody w dniach 6 i 7 lipca. Spiętrzenie przecież aż czternaście metrów miało.

Po ulewach i zalaniu miasto niestety, nie prezentowało się okazale. A jednak zrobiło na nim sympatyczne wrażenie! Nie było bałaganu, który przypominałby o poniesionych stratach, jedynie rozkopy i dziury utrudniały poruszanie się. Zawilgocone tynki  miały w sobie coś dekoracyjnego.
Rozmaitość spłukanych barw tworzyła z nich abstrakcje jak na obrazach futurystów.  Dzień zapowiadał się upalny. Bursztynowy blask powietrza nabierał intensywności. Pootwierano okna kamienic. Tu i ówdzie na balkonach przewieszono kołdry i poduszki.  Dzieci śmiały się beztrosko, skacząc po wystawionych na podwórkach kanapach i leżankach.   Kobiety szorowały z zapałem sienie domów i zagadywały przechodzących ulicą mężczyzn.  Staruszka przy Rynku zachęcała do kupna borówek, które zwą tu brusznicami.   Przed narożną kamienicą wąsaty fryzjer, nie przebierając w słowach, strofował malarza, gdyż ten zamiast zająć się renowacją drzwi i wystawowego okna, z zainteresowaniem przyglądał się dziewczynom dźwigającym sterty książek, uratowanych zapewne przed namoknięciem. Panienki chichotały zawstydzone, a mistrz grzebienia wymachiwał ze złością ręcznikiem.
Ministrant w przydługiej komży nie nadążał za księdzem, który spieszył z wiatykiem. Jasnowłosa elegantka uklękła na ich widok, unosząc skraj turkusowej sukni na tyle wysoko, by odsłonić nogi powyżej kolan. Malarz przeżegnał się zamaszyście w ukłonie nabożnym i w tym właśnie momencie jego metalowa drabina przewróciła się z łoskotem na chodnik. Zawadziła o wiadro pełne farby i kleksy, niczym białe piwonie, ozdobiły bogato wejście do salonu fryzjerskiego. Gołębie z szumem wzleciały ku niebu.   
-  Miasto dziwów! – pomyślał. -  Niebywałe! Jak u Bruno Schulza. Jak dawniej, a nawet piękniej!        
-  No widzisz pan! Wszystko poszło jak z płatka! – cieszył się młody policjant wychodząc z plebani. -  
Ta wasza Józefa Moczula rocznik 1934 nazywa się obecnie Piontek, bo wyszła w roku  1972 za mąż za wdowca Kazimierza, przybyłego z Rybnika, rocznik 1939, nauczyciela z zawodu i w 1982 przenieśli się do Nysy. Teraz wymieniona Józefa do parafii przy Bazylice św. Jakuba St. Apostoła i św. Agnieszki należy i tam  informacji zasięgać trzeba... -  odczytywał z kartki, stojąc przed nim wyprostowany, jakby do raportu się stawił. Ruszamy, część zadania wykonana! -  zadecydował stanowczo.    

- Jeszcze chwilę, jeszcze dom chciałbym zobaczyć. Sądzę, że trafimy, choć to prawie trzydzieści lat, odkąd wyjechałem... Znajdował się koło Parku.           
Mam go na zdjęciu, proszę spojrzeć... Był charakterystyczny, ze spadzistym dachem, brązową werandą, wieżyczką strzelistą. Na uboczu stał, na wzniesieniu, a teraz tyle tu domów...Wydaje mi się, że dobrze jedziemy, że tędy, w kierunku zdrojowej części miasta... O, szpital! Kolumnadę przy wejściu sobie przypominam! Niesamowite! Ileż tu zieleni! Jak dawniej, a nawet piękniej!  -  Błądzili. Nie wszędzie można było dojechać.
-  Karłowicza, Chopina, Elsnera -  odczytywał nazwy ulic... Dotarli do celu, odetchnęli z ulgą, ale wzruszenia nagłego, ukryć nie potrafił.

- Czemuś pan wcześniej nie przyjechał? – zapytał wyraźnie zaniepokojony policjant.  
- Tu z Niemiec ludzie bez obaw zjeżdżają od lat. Jak po swoim chodzą i nikt się nie dziwi, ani nie złości.
Pielgrzymki odbywają - bo to jak powiadają - ich heimat, kurort, ich raj utracony -  aspirant zawiesił głos niczym aktor w monologu pełnym napięcia.   
-  Ja nie Niemiec! Ja polski Żyd  – pomyślał - z żydostwem moim wschodnim,  prowincjonalnym, które na Zachodzie budzi wciąż konsternacje, bo niepojęte pozostaje. A dlaczego wcześniej nie przyjechałem? – rozważał w milczeniu.  
-  Malowali mi przez lata Polskę w barwach ponurych, odprawiali nad nią requiem, albo i kadisz, wylewali gorycze, lamentowali jak po utracie majątku. Dopiero na studiach, gdy zamieszkałem sam, nie musiałem uczestniczyć w rodzinnych debatach. Za to chętnie dyskutowałem na uczelni o otwartości i optymizmie rodaków, o ich sile przetrwania, heroizmie z jakim ratowali życie wielu Żydom...  Wtedy usłyszałem od kolegów, że duszę mam słowiańską, romantyczną na dodatek, serdecznością i sentymentami wypełnioną. Skąd to się wzięło? Przecież, że nie z malkontenctwa rodzinnego, emigracyjnego... Sięgnąłem wówczas do polskiej literatury, zacząłem chodzić do księgarni na Alter Steinweg i rozmawiać z Waldemarem Tymoszukiem.

Wreszcie Tunia Brotmann, z którą razem farmację kończyłem, a jako dziecko wakacje w Juracie spędzałem, przekonała mnie do tego wyjazdu i namówiła, bym pomoc organizował. Gabriel Laub, ten wspaniały Gabriel mnie zachęcił i przyjaciele hamburscy w organizacji całej tej akcji pomogli – tak oto medytował – podchodząc pod dom, który niewiele wspólnego miał z tamtym, sprzed lat. Ujrzał obcą, kosztownie odrestaurowaną posiadłość z wieżyczką, z zakratowanymi oknami, wysokim parkanem i angielskim trawnikiem wokół. Nie czuł się zawiedziony, raczej niemile zaskoczony. I dobrze się stało! Przemieniło się wiele w jego sercu i umyśle.
Przez chwilę miał nawet wrażenie, że przeszłość uleciała stąd w zapomnienie, a czyjaś fortuna zadrwiła z sentymentów i tkliwości, zawierając kontrakt ze snobizmem.      
-  Dla obiektów przyjechałem, czy dla ludzi i miejsc? – zreflektował się po chwili.
-  Skoro dla ludzi, to muszę odwiedzić miejscowości skąd pochodzili rodzice i dziadkowie.                            
Pojadę tam niebawem i odszukam śladów mej tożsamości! – zadecydował nagle.   -  Czas ku temu najwyższy! Nieważne, czy miejsca te wciąż jak na starych fotografiach, jak na filmach i w opowieściach rodziców czy może zupełnie już odmienione? Istotne jest, że mają klimaty swojskiei że korzenie moje z nich wyrastają w takim samym stopniu, jak z tego oto miasta pełnego osobliwości i uroku - stwierdził. – „ Legendę mą” muszę pielęgnować – postanowił.
Młodszy aspirant Marek także stał przez dłuższą chwilę w milczeniu nad czymś głęboko się zastanawiając, ale wsiadając do radiowozu, przy wjeździe do ulicy, już wiedział o co chodzi.

-  A więc, ona się Piontek nazywa... tak jak nasza aptekarka, jak Beata ze śródmieścia.  
Należy wywiad przeprowadzić, przepytać, przesłuchać...  Może to krewne?
Do wieczora sprawa musi się wyjaśnić, bo wtedy w dużej sali szkolnej chór wystąpi z koncertem dla ofiarodawców z Niemiec i dla naszych służb ratowniczych. Dobrze by było, żeby i poszukiwana Józefa Piontkowa na uroczystość przybyła.  To dopiero byłaby niespodzianka! Niezwłocznie trzeba mi sprawę wyjaśnić!
*
Kto nie przeżył po latach spotkania z ukochaną osobą, kto nie doznał tej radości, co z miłości i tęsknoty nieukojonej się wywodzi, ten nie wie ile imion ma szczęście. Nie poznała go, bo przecież dzieckiem był, gdy się rozstali. Przyglądała się ze spokojem i uwagą, a kiedy wyjawił kim jest zawołała:

Panie Miłosierny, Tyś mnie wysłuchał! O, Panie Mój!I ręce załamała, tak jak dawniej, jak wówczas gdy coś przeskrobał, gdy bywał nieposłuszny...  Wydała mu się mniejsza i taka drobna, ale oczy, włosy w koczek zaczesane, głos, uśmiech  i gesty pozostały znajome. Rozwarła ramiona i przytuliła z miłością, która w niej nie wygasła, a teraz żarem niespodziewanym wybuchła, aż serce z piersi wyskoczyć chciało.    
-  Nareszcie przyjechałeś! Ufałam, że to kiedyś nastąpi! Pewna byłam, żeś mnie nie zapomniał... Wierzyłam, że świat się zmieni... i ludzie z własnej woli jeździć będą tam i z powrotem; na Zachód wymarzony, a nawet do Lwowa i Tarnopola, do Czech tuż za miedzą i tam, gdzie tylko zechcą...
Opowiadaj! Mów Mikołajku, jakżeś do nas trafił? Czyś doktorem został jak rodzice?
Czyś szczęśliwy? Jak ci się wiedzie? W taki czas przyjechałeś! Panie Miłosierny, o Panie Mój!...  

Beata farmaceutka płakała, aspirant Marek nie krył satysfakcji ze sprawnie wykonanego służbowego obowiązku, ksiądz Andrzej szeptał coś opuściwszy głowę, a licznie zgromadzeni w szkolnej auli...  nie wiedzieli co mówić, zanim nie zabrzmiały brawa spontaniczne, radosne. No bo cóż opowiadać, kiedy życie takie układa historie, że słów brak i tylko zaduma bywa najwłaściwsza?  
*  
Wszystko ma sens i znaczenie, nawet to, co wydaje się sprawą przypadku czy dziwnego zbiegu okoliczności... Beata farmaceutka to przybrana córka Józefy. Jak to się stało?
Po wyjeździe Sommerów, Józia Moczulanka „ po ludziach” szukała pracy. Znalazła ją u miejscowego nauczyciela Kazimierza Piontka. Ponownie nianią została, a nawet i więcej, bo matczyne obowiązki przejąła serce otwierając dla czteroletniej dziewczynki, która matkę wcześnie utraciła.
Obwoziła małą Beatę wózkiem po miasteczku, oprowadzała po łąkach, wianki z rumianków i chabrów jej plotła, o leczniczych właściwościach ziół rozprawiała, historie ciekawe o kresach dalekich snuła, a napotykanych ludzi jak zawsze pytała:  -   Z jakich stron jesteście? Czyż u nas nie cudownie?
Powietrze zdrowe i czyste, słońca pod dostatkiem i latem i zimą, a kwiecie pachnie w gorączki do omdlenia. Jak na dawnych naszych kresach...   Historia krąg zatoczyła nieprawdopobny.
Zdał sobie z tego sprawę, gdy o zmierzchu spacerując ulicami Nysy przytulił z nagła Beatę.
Uświadomił sobie wówczas, że tylu emocji, co w tych trzech ostatnich dniach, nie doznał od dawna.
W zdziwieniu zastygł słysząc słowa:

-   Rankiem odjedziesz, a ja zostanę ze wspomnieniami i tęsknotą, z pustką, którą jedynie opowieści mamy wypełnią. – Nie spodziewał się tego wyznania. Przeraził się nawet, bo wiedział, że nostalgia bywa bolesna i jak choroba przygnębiająca.
-   Przecież zadzwonię, przyjadę wkrótce...Odezwę się, gdy tylko dojadę... Natychmiast zadzwonię. Obiecuję.     

Prawie całą poprzednią noc rozmawiali ze sobą i okazało się, że łączy ich podobieństwo ideałów, osobliwa wrażliwość, zainteresowania z tego samego zawodu płynące i sympatia obopólna z ich zachowań przemawiająca. Zadziwiała go otwartością oraz skromnością. Momentami zdawało mu się, że zna ją od lat i dlatego tak dobrze potrafią się porozumieć.   

–  Teraz u nas nie najładniej, ale jest co zwiedzać, a w ludziach gościnność, serdeczność i wiele wdzięczności. Okolica niezwykła, z bogatą przeszłością. Gdybyś tak jeszcze Wrocław i Opole zobaczył... Przyjedź, nie pożałujesz.... Pokażę ci Kraków pełen zabytków, Wieliczkę , Bochnię i Tarnów uroczy, kameralny. Gdzie zechcesz pojedziemy...
Przystanął. Jej oczy miały blask niezwykły, który wraz z dotykiem ciepłych rąk wywołał w nim dreszcz przyjemny, nieoczekiwany. Objął ją, jakby chciał powiedzieć, że już nie wypuści ze swych ramion, że miłość w nim rozbudziła i wspomnienie tych chwil szczęśliwych, które przed laty w okolicach tych przeżył. Poczuł się jak ów mały chłopiec, który z bijącym sercem czeka na moment, gdy w świetle nocnej lampki Józefka zacznie czytać „Historię żółtej ciżemki”, albo „Kwiat paproci”. Tak jak wówczas nie  przewidywał co się wydarzy, niepokój odbierał mu mowę, ale wiedział, że musi być mężny i spokojny.   Tym razem miał dowieść siły męskich decyzji, czułość troski i opiekuńczość.   Nie broniła się przed pocałunkiem. Ręce zarzuciła mu na szyję w spełnieniu radosnym, jakiego jeszcze w tym momencie się nie spodziewała. Prostota jej zachowania, zawierzenie osobliwe i ufność dodały mu śmiałości i wiary. Odkrył coś, z czego nie zdawał sobie dotąd sprawy; to mianowicie, że siła uczuć przychodzi nagle uskrzydlając człowieka. To czego doznał, było odurzające, błogie, ale i porywające... milsze jeszcze, niż chwile w których rozsmakowywał się sukcesami zawodowymi, życzliwością przyjaciół, urodą kobiet znajomych, a nwet spokojem letnich wieczorów z książką, na tarasie dalekiego domu z widokiem na rzekę.
Nagle, zupełnie inne wartości nabrały mocy i znaczenia. Nie pragnął niczego więcej, tylko tych pocałunków, jej obecności, jej słów pełnych spokoju, spojrzeń łagodnych i bliskości tak pociągającej i zmysłowej.  Uwierzył, że coś znaczącego wydarzyło się w jego życiu.  Zrozumiał, że to początek dopiero tej drogi, co piąć się będzie po zboczach uroczych, niekiedy stromych, wiele niosąc radości, aż zaprowadzi jak ongiś, w dzieciństwie, na szczyt z którego panorama rozległa i piękno wielu rzeczy do końca niepojęte.
TOPAZ       
* Bohaterowie tej historii od 12-tu lat są małżeństwem i na Dolnym Sląsku prowadzą firmę farmaceutyczno-kosmetyczną oraz hotel.

Autorka : Sława Ratajczak

Pewne rzeczy dzieją się w naszym życiu po to, byśmy mogli wrócić na drogę Własnej Legendy.

Paulo Coelho

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK