Listopad jest szczególnym miesiącem, w którym wspominamy nie tylko bliskich zmarłych, ale także podczas spacerów po cmentarnych alejkach nachodzą nas refleksje o naszej własnej śmierci. Poniżej rozmowa z Claudią Daniel, pracownicą socjalną domu starców, absolwentką szkolenia z zakresu „Towarzyszenia przy śmierci”.

Co skłoniło panią do podjęcia takiego kursu?

Moi podopieczni to ludzie, którzy w domu opieki spędzają ostatni etap życia. Bardzo trudno jest odnaleźć się w sytuacji odnoszącej się do umierania indywidualnego człowieka. Oczekiwałam, że szkolenie mi w tym pomoże.

Do czego przydatna jest wiedza zdobyta na tym szkoleniu? Czy stała się Pani po nim zawodową „płaczką”?

Płaczka to kobieta wynajmowana dawniej do okazywania rozpaczy i opłakiwania czyjejś śmierci. Moja praca oczywiście nic z tym zachowaniem nie ma wspólnego. Od osiemnastu lat towarzyszę osobom w podeszłym wieku, które bardziej, lub mniej świadomie przygotowują się do śmierci. Często, gdy śmierć już do nich przyjdzie, odczuwam ich odejście i zdarza się, że uronię łzę, jednak nie jest to moją „powinnością zawodową”. Szkolenie, w którym wzięłam udział, rzeczywiście pomogło mi poznać teorię i fazy myślenia osoby czekającej na śmierć, ale przede wszystkim nauczyło mnie odróżnić chęć pomocy od towarzyszenia. Dzisiaj wiem, że opiekun nie ma możliwości „przejęcia balastu” Może natomiast wspomagać swoją obecnością.

Na czym polega ta obecność?

Umierający człowiek rzadko jest świadomy postępu zmian w nim zachodzących i przekazuje otoczeniu jedyne zakodowane przesłania. Osoba towarzysząca powinna być w stanie to przesłanie odczytać i zastosować w swoim zachowaniu. Ludzie chcą umierać w otoczeniu bliskich osób, czy to będzie ktoś z rodziny, czy ktoś, kto jest na tyle silny, aby ten ostatni etap życia pokonać razem z nim. Wielu odczuwa strach przed ewentualnym fizycznym bólem. Moja rola polega często na trzymaniu za rękę, głaskaniu po głowie, delikatnym dotknięciu twarzy, na cichej modlitwie lub milczeniu. Czasem czytam, czasem nastawiam muzykę. Staram się uszanować procesy dojrzewania do śmierci.

A jak było przed podjęciem kursu? Zdarzyło się Pani wcześniej towarzyszyć podczas umierania?

Mam bardzo nieprzyjemne z tym wspomnienia. To było kilka miesięcy po rozpoczęciu przeze mnie pracy. Weszłam do pokoju, gdzie umierała, chora na raka podopieczna. Byłam nieprzygotowana i nie wiedziałam jak się zachować. Mówiłam do niej o tym, że ma piękne oczy, jednak coś podpowiedziało mi, że nie tego chce słuchać. Przeraziła mnie moja bezradność. Pożegnałam się dosyć szybko i wyszłam pokoju. Jakiś czas później prowadziłam zajęcia z innymi, na tym samym piętrze i wciąż o niej myślałam, chciałam tam jeszcze wrócić…. Nie zdążyłam, zmarła zanim skończyłam zajęcia.

Czy umarła w samotności?

Tak.

Czy obecnie zawsze jest pani przy umierającym do końca?

Nie zawsze pozwalają na to inne moje zawodowe obowiązki. Nie mogę zostawić pozostałych pensjonariuszy oczekujących na zajęcia i iść do osoby umierającej oraz trwać przy niej. Czasami zdarza się, że jest obecny ktoś z rodziny. Staram się jednak codziennie wejść do jej pokoju i przynajmniej kilka minut towarzyszyć w tych ostatnich chwilach.

Czy po takim przeżyciu można wrócić normalnie do domu, ugotować obiad, posprzątać, obejrzeć telewizję, rozmawiać z domownikami?

Szkolenia, w których brałam udział, pomogły mi w tym, aby nie angażować się emocjonalnie. Jednak nie zawsze się to udaje, zwłaszcza kiedy umiera ktoś, kogo darzyłam szczególną sympatią. Staram się rozumieć specyfikę domu starców i tę naturalną rotację. Oprócz osoby umierającej jest jeszcze kilkadziesiąt podopiecznych oczekujących na rozmowę, zajęcia, uśmiech, pocieszenie. Mam jednak często przed oczami twarze osób, którym towarzyszyłam przy umieraniu. Tego nie da się zapomnieć. Mimo wszystko jest to silne obciążenie psychiczne.

Czy Pani osiemdziesięciokilkuletni pensjonariusze często mówią o śmierci? Przygotowują się do niej?

Wielu pensjonariuszy cierpi na demencję. W związku z tym kontakt z nimi jest utrudniony. Ci, którzy są w pełni świadomi, rozmawiają oczywiście o tym kto zmarł, a kto „jeszcze” żyje w ich otoczeniu. Rzadko jednak nawiązują do śmierci w odniesieniu do własnej osoby. Często mówią o tym, że tych 80 przeżytych lat minęło jak mgnienie oka. Wspominają i snują refleksje.

Czy mówią jak chcieliby umrzeć?

Czasami wyrażają tylko życzenie, aby śmierć przyszła do nich we śnie, bez bólu, świadomości i bez cierpienia.

Czy uważa się Pani za osobę silną w obliczu czyjejś śmierci? Czy potrafi Pani wyczuć, kiedy się zbliża?

W przypadku osób starszych można poznać pewne symptomy zbliżającej się śmierci. Pracuję w domu starców, więc cały czas towarzyszę przy odchodzeniu ludzi, którzy swoje życie już spełnili. Czuje siłę, aby w tym ostatnim akcie ich wspierać. 

Czy umieranie różni się od siebie? Czy Pani zachowanie jest różne w stosunku do różnych osób?

Umieranie jest niemal zawsze takie same. Jest aktem powolnego odchodzenia.

Również moje towarzyszenie zawsze polega na tym samym. Jestem obecna i staram się mieć siłę, aby w tym momencie milczeć i nie zakłócać umierania.  Człowiek w ostatnich przebłyskach świadomości czuje moją dłoń i zaciska ją... jakby ten dotyk, czy ta obecność, były dla niego ostatnią nadzieją. Jestem dla niego w tym momencie najbliższą osobą.

Czy myśli Pani również o swojej śmierci?

Wiem, że nie chciałabym odchodzić samotnie.

Rozmawiał Leonard Paszek

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.