Udało się! Polscy szczypiorniści mają upragniony brąz! Ten medal cieszy tak bardzo, bo tak trudno było go zdobyć. Tak wiele przeszkód nasza drużyna musiała pokonać na drodze do niego. I to wcale nie gospodarze turnieju przysporzyli nam najwięcej problemów, ale... my sami!

Turniej w Katarze rozpoczął się dla nas nie najlepiej. Porażka z Niemcami, odwiecznym rywalem biało-czerwonych, nie napawała nas entuzjazmem przed kolejnymi potyczkami w naszej bardzo wymagającej grupie. I to potwierdziło się w następnym meczu z Argentyną, gdzie spodziewaliśmy się łatwego zwycięstwa, a ostatecznie wygraliśmy szczęśliwie, bo różnicą jednej bramki. Zbyt duża liczba błędów indywidualnych, jakieś głupie straty w rozgrywaniu piłki, luki w obronie... Podobnie sprawa miała się w meczu z Rosjanami, gdzie tylko 2 gole dzieliły nas od porażki. W efekcie wygraliśmy, ale co to był za mecz i jakie nerwy... Jedynym spokojnym i, można powiedzieć, nudnym meczem była potyczka z Arabią Saudyjską, czyli mały trening kondycyjny i mecz na rozstrzelanie. Ale to naprawdę rywal mało wymagający (jakim jeszcze 8 lat temu była na przykład Argentyna). Niestety, ostatni mecz w grupie z Danią przegraliśmy. Dania palcem wskazała nasze braki. Mieli rację. Tych było sporo. Nasz zespół w perspektywie tych rozegranych już spotkań wcale nie wyglądał obiecująco. Zybt duża liczba błędów, czasem brak doświadczenia, może zgrania. Słaba gra w obronie, co zawsze było naszym atutem za czasów trenera Wenty. Niemrawy Karol Bielecki, kontuzja Krzyśka Lijewskiego, słabe skrzydła, a do tego problem z wykonywaniem rzutów karnych – czegoś co ćwiczy się na treninach... To już nie ta sama drużyna, która w 2007 roku sięgała po wicemistrzostwo świata...

Tak, to prawda. Ale inny wcale nie znaczy gorszy. I to nasi szczypiorniści postanowili udowodnić w fazie pucharowej katarskiego turnieju. Już w meczu 1/8 nasza drużyna powstała niczym feniks z popiołów, imponując niesamowitym zyscyplinowaniem w obronie. Choć ze Szwedami prowadziliśmy wyrównany pojedynek, końcowy wynik jednoznacznie wskazywał na biało-czerwonych. Ćwierćfinał z Chorwacją był meczem jeszcze bardziej wymagającym. Chorwacja sprawia nam zawsze dużo problemów, niektóre pojedynki chcielibyśmy po prostu wyprzeć z pamięci. Ale nie ten katarski! Znów postawiliśmy na twardą grę defensywną i opłaciło się. Niektórzy nazwali nasze zwycięstwo i w efekcie awans do półfinału sensacją. Czy mieli rację? Mając wciąż w pamięci fazę grupową Mundialu można było im przytaknąć...

W półfinale czekał na nas gospodarz turnieju, który wcześniej wyeliminował zwycięzcę naszej grupy, czyli reprezentację Niemiec. Cały świat piłki ręcznej po tym meczu otwierał oczy szeroko ze zdziwienia. Niestety, zdziwili się również Polacy... Mecz z Katarem mogliśmy wygrać na dwa sposoby, oba nam nie wyszły. Po pierwsze wyeliminować tak zatrważającą liczbę błędów własnych. Tych jednak wciąż popełnialiśmy za dużo, notowaliśmy zbyt wiele strat i przestojów. Właśnie dlatego końcówka znów była horrorem. Po drugie właściwa praca arbitrów i sprawiedliwe sędziowanie. Niestety, postawa serbskich sędziów była naganna. Przy kilku sytuacjach ewidentnie popełnili błędy na korzyść Kataru. To one były dla nas zabójcze. Przegraliśmy mecz, który przypominał momentami walkę z wiatrakami. Nasi piłkarze nie kryli zdenerwowania, a lekarz kadry przypłacił całą sytuację półrocznym zawieszeniem. Trochę to przykre, że na tak wysokim sportowym szczeblu główne role wciąż odgrywają sędziowie (jeszcze bardziej przykre, że do meczu dopuszcza się serbskich arbitrów, gdy w drużynie z Azji występuje kilku bałkańskich zawodników). Gdyby dołożyć do tego „zakupienie” dopingu hiszpańskich kibiców przez Katar, zaczyna się robić żałośnie...

Chyba właśnie dlatego niemalże cały świat w finale dopingował Francuzów. I Katar przegrał, choć po naprawdę dobrym pojedynku, ale dla nich wicemstrzostwo świata to zdecydowanie więcej niż mogli oczekiwać. Pozostaje tylko pytanie na co naprawdę zasłużyli... Dziwna to drużyna, bo i dziwne są katarskie realia. Większość zawodników to Europejczycy, którzy kiedyś grali w swoich drużynach narodowych. Z Katarem nie łączy ich nic poza pieniędzmi. Ale czy to nie właśnie one rządzą światem?

Nie w naszej drużynie narodowej. Dla nas ten turniej jeszcze się nie skończył. Mecz o brąz był jak mecz o złoto. To był nasz finał. Jeśli mogliśmy oczekiwać czegoś od naszych szczypiornistów po przegranym w takich okolicznościach półfinale, to zniechęcenia i poczucia skrzywdzenia. Ale nasza drużyna zaskoczyła po raz kolejny! Jak w dwa dni można się tak zregenerować, by do meczu z aktualnymi mistrzami świata podejść tak jakby nic się nie stało, jakby to był nowy turniej, nowe okoliczności, nowa drużyna? Tak właśnie zagraliśmy z Hiszpanami. I nie wystrzegliśmy się błędów, bo znów popełnialiśmy ich masę. Obrona nie funkcjonowała wcale tak dobrze jak w meczu ze Szwedami czy Chorwacją. To nie był nasz najlepiej rozegrany taktycznie pojedynek na tym turnieju. Ale jak się okazało był najważniejszy dla naszych piłkarzy, którzy włożyli w niego całe serce. Ale mieliśmy Michała Szybę. Ostatnie minuty regulaminowego czasu gry były czymś niesamowitym, a bramka Kamila Syprzaka na kilka sekund przed końcowym gwizdkiem, która zapewniła nam dogrywkę, była momentem, o którym można by czytać w książkach lub oglądać na dużym ekranie. Nasza drużyna zafundowała nam to w realu i to na żywo. Coś niewiarygodnego! Koniec dogrywki też obfitował w nieporównywalne z niczym emocje. W efekcie Hiszpanom nie udało się strzelić wyrównywającej bramki i Polacy mogli cieszyć się ze zwycięstwa. Mogli cieszyć się z brązu. I dziś to o tym meczu mówią media sportowe i kibice piłki ręcznej na całym świecie. To jest to! Właśnie dla takich chwil warto kochać sport! Dla takiej drużyny warto!

Jakkolwiek patetycznie to nie brzmi, tych kilkanaście dni w Katarze udowodniło jak wspaniałą mamy drużynę. Nie chodzi wcale o względy sportowe, bo na takich rozgrywkach to niuanse decydują o tym, która drużyna awansuje, a która pojedzie do domu. My zostaliśmy do samego końca, choć nikt tak naprawdę tego nie oczekiwał. Najciekawsze jest to, że niemalże w każdym meczu to my byliśmy drużyną, której pod koniec bardzo się spieszyło i która musiała gonić wynik. Na szczęście zazwyczaj ta gonitwa nam się udawała. Na katarskich boiskach zostawiliśmy polskie serca, pasję, zaangażowanie i hart ducha. Tego od naszych szczypiornistów warto się uczyć. Nie wolno się poddawać, nawet gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Warto! Zawsze warto podnieść się z kolan! Po to by na końcu okazać się zwycięzcą.

Dziękujemy!!!

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.