Dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka zdarzeń i faktów z ostatnich dni utwierdziło mnie w przekonaniu, że wyzysk, szykany, dyskryminacja i bezprawie są częścią współczesnego świata, a tym samym naszego życia. Na nic chrześcijańskie deklaracje, ani nawet europejskie humanistyczne treści naszej wielowiekowej kultury, gdy zło przybiera coraz bardziej drastyczne formy i mnożą się ludzkie nieszczęścia i dramaty. My jesteśmy także winni, więc choć przyjrzyjmy się niekiedy z uwagą, nie tylko od niechcenia temu, co wokół nas się dzieje. Może zdołamy komuś pomóc? Może obudzimy w sobie wrażliwość, która okaże się dla innych wsparciem, bądź ratunkiem?

 

Na dworcu autobusowym tak zwanym ZOB w Hamburgu oczekiwałam któregoś dnia znajomych. Uwagę moją zwróciła siedząca od dłuższego zapewne czasu, wyraźnie zmęczona i strapiona czterdziestoparoletnia kobieta. Pewne szczegóły jej ubioru i  pokaźnego ekwipunku wskazywały na to, że jest Polką. Nie myliłam się. Chętnie nawiązała rozmowę.  Od rana tu siedzę, bo nie mam gdzie się podziać - powiedziała zawstydzona. - Mój autobus dopiero o dwudziestej. Muszę więc tak bezczynnie czekać, a człowiek do próżnowania nienawykły...

 

- Zmęczona pani? 

 

- No tak. Trochę umordowana jestem, ale w autobusie się prześpię...

 

Opwiedziała mi, że przez trzy miesiące pracowała u swojej kuzynki w Ahrensburgu, która wraz z mężem Niemcem prowadzi własny salon samochodowy i warsztat naprawczy. Zamożni to ludzie i zapracowani. Zajęć miała u nich mnóstwo i to od świtu do zmierzchu. Prała, prasowała, sprzątała, gotowała dla sześciu osób, czyściła co należało, dzieci odbierała ze szkoły, wyprowadzała na spacery psa, a nawet pielęgnowała ogród. Jak powiadają Niemcy: dziury w powietrzu nie wypatrywała, sił nie oszczędzała i nie nudziła się. Dowiedziałam się, że za cały swój trud otrzymała 300 euro, nieco ubrań po krewnej i  obietnicę lepszego wynagrodzenia, gdy przyjedzie po wakacjach ponownie do pomocy. Nie była rozżalona, ani zawiedziona, raczej upokorzona, że tak ją o poranku odstawili jak niepotrzebny nikomu przedmiot i nie zatroszczyli się nawet o to, czy da sobie sama radą przez kilka godzin w obcym miejscu. Znajomi, którym opowiedziałam tę historią nie byli zdziwieni.  Takie czasy  - mówili –  egoizm, sobkostwo, pazerność i znieczulica. W Polsce też jeden drugiego, o ile się da, wykorzystuje i naciąga. Ileż przypadków skandalicznego traktowania pracowników, zwłaszcza tych z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Azjatów i innych przybyszy? Po 12 i 15 godzin pracują, a wynagrodzenie niskie. Takie czasy. W rodzinach nie lepiej, bo emerytki-babcie także wykorzystywane na wszelkie sposoby – twierdzili.

 

Może i przeszłabym nad tym do porządku dziennego i zapomniała o bezdusznej kuzynce, która ubogą krewną potraktowała wyjątkowo nikczemnie, ale spotkanie również przypadkowe z bezdomnymi moimi rodakami, ku nowym mnie skłoniło przemyśleniom. Na takich właśnie obdartych, nieogolonych, lecz krewkich i zadziornych trafiłam u wejścia do metra, przy Dworcu Głównym od strony Steindammu. Wyzwisk nie szczędzili pod adresem byłych swych pracodawców. Jak jeden mąż twierdzili, że przyjechali do pracy, lecz nie otrzymali obiecanej zapłaty i nie mają za co powrócić do domów. Nie powiem, by uskarżali sią na swój los. Sytuacja w jakiej się znaleźli połączyła ich więzami przyjaźni i  serdeczności, jakiej od dawna nie zaznali. Dzielili się papierosami, napojami, przyrzekali sobie wierność i pomoc wzajemną w dochodzeniu do sprawiedliwości. Nie utracili wiary w sens pewnych wartości, choć zgodnie twierdzili, że życie obeszło się z nimi podle. Zwłaszcza ten o imieniu  Darek przekonywał, że są dobrzy i uczciwi ludzie, bo gdy stał z wypisaną na kartonie flamastrem informację, że zbiera na powrót do Polski, to w jeden dzień ponad stówę uzyskał. Starsze panie maślane ciasto biedakowi kupowały i kawę, a nawet ciepły szalik ktoś z przechodniów mu podarował.

 

– Najgorsi są Polacy. Ci co nas zwerbowali, co nam złote góry obiecali i perfidnie wykorzystali przy odgruzowywaniu tej wysadzonej fabryki – tłumaczyli jeden przez drugiego. - Tych dorwać nam trzeba i mordy im rozkwasić!

 

Nie zdołałam dowiedzieć się kto ich skrzywdził, kogo egzekucje i wendetta krwawa czeka, bo panowie zajęli się sprawiedliwym porcjowaniem czerwonego, sycylijskiego  wina. Dziwnym zbiegiem okoliczności, jeszcze tego samego dnia ujrzałam w księgarni książkę hamburskiego dziennikarza Michaela Juergsa „Sklavenmarkt Europa”. Ona dopiero otworzyła mi oczy na problem jakże drastyczny i niepokojący. To, co przeczytałam na trzystu pięćdziesięciu niemal stronach przeraziło mnie, ale i wyjaśniło wiele spraw.

 

Nie przypuszczałam nawet, że istnieje coś takiego jak unowocześnione, zorganizowane, współczesne niewolnictwo, które światowym bandom przemytników i gangom spryciarzy przynosi miliardowe, nieopodatkowane dochody. Od 16 do 20 milionów ludzi straciło w ostatnim czasie możliwość decydowania o swym losie. Z Europy Wschodniej przywożeni są na Zachód, do Francji, Holandii, Belgii, na Wyspy Brytyjskie, do Niemiec także, tysiące młodych ludzi, by zatrudnić się za głodową stawkę w branży hotelowej, w rzeźniach i przetwórniach mięsnych, na budowach i przy akordowych taśmach produkcyjnych. Sporą grupę stanowią kobiety zmuszane do prostytucji. Przyjeżdżają w przekonaniu, że będą modelkami, opiekunkami dzieci, albo kelnerkami w renomowanych lokalach. Mają nadzieję, że poprawią byt swoich rodzin, że zdobędą kwalifikacje, poznają zamożnych i czułych mężów. Tymczasem lądują w domach publicznych, niekiedy ordynarnie reklamowanych i polecanych, w których kiełbasa, piwo i kobieta to koszt 20 euro czyli okazja - tzw Schnaeppchen. Dziewczyny nie mają nic do powiedzenia. W pierwszej kolejności spłacić muszą koszty podróży i fałszywy, zabójczy niemal kontrakt, na który nieświadomie się zgodziły.   

 

W Hamburgu zjawisko to jest dostatecznie widoczne, wystarczy przejść się po St. Pauli, czy St. Georg. Tu nie ma złudzeń, twarze mówią same za siebie. To już nieradosna rozrywka w przyćmionych światłach buduarów, lecz dramatyczna konieczność z obawą o życie, to obcowanie ze zboczeńcami, psychicznymi dewiantami, sadystami i bezwzględnymi sutenerami. A co opowiadają te, które pracują jako pokojówki w hotelach? Są wycieńczone nadmiarem obowiązków, wiecznie karcone i źle traktowane. Polki też smak tej pracy znają.

 

Opowiadała mi jedna z dziewczyn, że tempo było tak wielkie, powinności, obowiązki i zadania liczne, więc niektóre jej koleżanki mdlały z przepracowania. Z udręki i zgryzoty płakały. Nocami śniły im się umywalki, wypolerowane do błysku kafelki, sedesy, lustra i łazienkowe podłogi. Nie miały czasu na łyk wody nawet, na przerwę małą. Sprawdzano im kieszenie fartuchów, wózki służbowe i garderobę przy wyjściu. Każde, najdrobniejsze uchybienie to koszty, które odliczano od wypłaty. Miesięczne wynagrodzenie najpracowitszych, pokornych i dyspozycyjnych wynosiło niecałe 700 euro przy sześćdziesięciogodzinnym tygodniu pracy. Chętnych mimo to nie brakuje. Wciąż poszukują zajęć Czeszki, Polki, Rumunki, Bułgarki,  które przybyły z pośrednictwa pracy, ale nie zostały na miejscu „pozytywnie zakwalifikowane”.

 

Handel ludźmi kwitnie imponująco. W samym Berlinie ponad 100 000 nielegalnych przybyszów poszukuje w tej chwili zajęć i możliwości przetrwania. A w Hamburgu wciąż głośno o uciekinierach z  Lampedusy, o tych z Afryki Zachodniej, którzy oczekują na wszechstronną pomoc i zakwaterowanie. Głośno i o tymczasowych robotnikach z Werft in Pappenburg, których przed pół rokiem umieszczono w urągających człowieczeństwu warunkach i narażono na śmierć w pożarze. Doskonale prosperująca firma zatrudniała spawaczy z Rumunii, za stawkę, która o pomstę do nieba wołała. Kto tu i na czym oszczędzał? 

 

A w Katarze nie lepiej! Mówi się, że do startu Mistrzostw Świata w piłce nożnej może umrzeć nawet 4000 z zatrudnionych tam przy budowie megaobjektów sportowych, a pochodzących z Nepalu i Indii niewolników. Po 16 godzin dziennie pracują w skwarze i z wycieńczenia umierają na zawały, wylewy, odwodnienie. We Włoszech, w Toskanii z kolei, fabryki tekstylne zatrudniają masowo (około 40 tysięcy) Chińczyków. Ich los jest opłakany.

 

Na naszym polskim rynku pracy także coraz gorzej. Wiele krzyku było swego czasu wokół podsfery Łysomice pod Toruniem, gdzie  Japończycy produkują telewizory LCD na potrzeby rynku europejskiego. Ileż mówiono o mobbingu, o rygorach, zakazach i szykanach?  Praca w fabrykach wielkich koncernów elektronicznych zwłaszcza, nie należy do łatwych, ani w Polsce, ani w świecie. Nie jest tajemnicą, że Apple – producent iPadów i iPhonów wybudował swą potęgę na niewolniczej pracy chińskich poddostawców i ich robotników.

 

Nie oni jedyni. Rozejrzyjmy się wokół. Nie mówmy, że w Niemczech zarabia się dużo i łatwo. Telewizja POLONIA nie zawsze daje obiektywny obraz zachodniej rzeczywistości. Nie wierzmy, że niemiecki rynek pracy oczekuje z otwartymi rękoma na wykwalifikowanych Polaków, że brak tu informatyków, menadżerów, bankowców, pielęgniarek i lekarzy. Dobrze sprawdźmy każdą ofertę pracy, przeanalizujmy wszelkie możliwe sytuacje. Zastanówmy się ile przyjdzie płacić za mieszkanie, ile wyniosą koszty utrzymania, ile stracimy, a co zyskamy...  Przeczytawszy książkę Michaela Juergsa raz jeszcze udałam sią w okolice Steindammu w Hamburgu, by pogadać z polskimi bezdomnymi. Tym razem nie wykazywali chęci do rozmowy. Tak jak poprzednio raczyli się napojami ulubionymi i powtarzali, że żadnej niewolniczej pracy nie przyjmą, nikt ich nie będzie resocjalizował ani pouczał. Chłopcy zmęczeni i nieco przybrudzeni, ale za to wolni, solidarni i zuchwali. 

 

Sława Ratajczak

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK