O polskiej służbie zdrowia można by wiele pisać. A przykładem tego są niesamowite historie, które odkrywają nieświadomi pacjenci w nowo wprowadzonym systemie ZIP. ZIP to Zintegrowany Informator Pacjenta, pozwalający na prześledzenie leczenia, wszelkich świadczeń oraz zabiegów lekarskich, których koszty zostały pokryte przez Narodowy Fundusz Zdrowia. ZIP posiada także indeks placówek lekarskich, informację o godzinach otwarcia a także trasę i wskazówki dojazdu do danej przychodni. Każdy z leczonych po uprzednim zarejestrowaniu się , może sprawdzić  historię swojej choroby, gdzie był hospitalizowany, a nawet jakie podano mu leki. Właśnie tu mają swój początek niebywałe polskie historie...

 

ZIP-owskie odkrycia

Robert z województwa podlaskiego był bardzo zaskoczony postawą swojego dentysty, u którego leczy się już od wielu lat; zawsze „prywatnie”. Po zarejestrowaniu się na stronę ZIP-u przeżył małe zaskoczenie, ponieważ zaufany dentysta otrzymywał pieniądze z NFZ za każdy leczony przecież „prywatnie” ząb. Podobnie osiemnastoletnia pacjentka, również z podlaskiego, nie przypuszczała nawet, że bierze udział w intensywnej rehabilitacji na oddziale reumatologii w jednym ze szpitali. Jej zdziwienie było duże, tym bardziej, iż nigdy w życiu nie miała jakichkolwiek dolegliwości reumatycznych. Jednakże hitem „ZIP-owskich” historii jest przypadek bezdzietnej pacjentki z Pomorza, która dowiedziała się, że... urodziła dziecko!

 

Z kartą NFZ w niemieckim szpitalu

Halina mieszka w Nadrenii Północnej – Westfalii już 6 lat i posiada kartę europejska NFZ. Ponieważ reprezentuje firmę polską na terenie Kolonii i Düsseldorfu, może korzystać z karty w Niemczech na takich samych warunkach jak w Polsce. Na szczęście praca dotąd przebiegała bez żadnych poważnych zachorowań czy wypadków, aż do dnia, gdy się pojawił się okropny ból w okolicach serca. Z obawy, że może to zawał, udała się do najlepszego szpitala w Kolonii. Wcześniej poinformowała się w katowickim urzędzie Narodowego Funduszu Zdrowia, czy polskie ubezpieczenie pokryje koszt leczenia szpitalnego. Odpowiedź była pozytywna, a Halina już 30 minut później znajdowała się na Izbie Przyjęć Kolońskiej Kliniki Uniwersyteckiej. Pracownica potwierdziła ważność jej karty, a po wypełnieniu paru formularzy znalazła się  wreszcie pod opieką doświadczonych lekarzy. W szpitalu spędziła pięć godzin. Po przeprowadzeniu szczegółowych badań stwierdzono, że przyczyną bólu jest nacisk na nerw. Uspokojona wróciła do domu.

 

NFZ to przecież nie AOK

Prawdziwy atak serca miał dopiero nastąpić trzy tygodnie później, kiedy otrzymała pismo, iż niemiecka kasa chorych AOK nie potrafi potwierdzić jej członkostwa. Na podstawie Porządku o Opłatach dla Lekarzy (GOÄ) staje ona się automatycznie płatnikiem i przejmuje koszty pobytu w szpitalu. Halina czytając pismo poczuła, że  jej serce się zatrzymało, a ból który się pojawił, nie był na pewno wynikiem ponownego nacisku na nerw. Miała świadomość, ze koszty leczenia w Niemczech są wysokie, a ona będzie musiała zapłacić cztero- lub pięciocyfrowa kwotę, chociaż posiada ważna kartę. Drżącymi rękami wybrała numer do NFZ w Katowicach. Urzędniczka Funduszu rzeczowo wyjaśniła procedurę pokrywania kosztów i posługiwania się kartą europejską za granicą. Potwierdziła również bezpodstawność żądań Kliniki Uniwersyteckiej w Kolonii. Na wszelki wypadek podała Halinie swój numer kontaktowy. Nieco uspokojona wykonała drugi telefon; tym razem do odpowiedzialnej za sprawę z resortu administracji, pani F. Niestety nikt nie odbierał.

 

Leczenie a biurokracja

Po nieudanych wysiłkach skontaktowania się, udała się osobiście do kliniki. Nikt tu jednak nic nie wiedział o pani F. I tak „ganiano“ zdesperowana pięćdziesięciolatkę z parteru na drugie piętro i odwrotnie. Po 2 godzinach znalazła wreszcie miejsce pracy pani F. W informacji powiedziano, że tej niestety nie ma i jutro też nie będzie. Czyli sprawy nie można załatwić. Po wielu usilnych próbach nawiązania dialogu z urzędnikami i kilkarotnej zmianie kolejki do okienka, urzędniczka stwierdziła, że sprawa jest dla niej niezrozumiała. Karta NFZ jest aktualna, a Halina oddała całą dokumentację. Na wszelki wypadek skserowała kartę i dowód osobisty raz jeszcze. Wszystko byłoby już załatwione, gdyby nie fakt, ze cała dokumentacja szpitalna polskiej pacjentki „gdzieś się zapodziała“. Bogu ducha winna pięćdziesięciolatka wróciła do domu z pytaniem „Co dalej?“. Sprawa jej pięciogodzinnego pobytu w szpitalu jest nadal w toku. Dwa dni później otrzymała czterocyfrowy rachunek wystawiony przez panią F. A po czterech dniach korektę do rachunku.

 

Niemcy też naciągają

Z korekty wynikało, że Halina przebywała w szpitalu pełne dwa dni oraz, że przeprowadzono kilka dodatkowych badań, które w rzeczywistości nie miały miejsca. Koszt za leczenie na korekcie rachunku określała już dużo wyższa liczba. Zdziwiona przesłanym rozliczeniem udała się raz jeszcze do Kliniki Uniwersyteckiej. Tu ją poinformowano, że cała dokumentacja została już wysłana do AOK, a koszty leczenia pokryje NFZ. Na złożenie reklamacji jest już za późno, powiadomiła ją urzędniczka administracji. I chociaż w Niemczech nie ma ZIP-u, to historie toczą się podobnie...

 

Małgorzata Mieńko

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK