www.bvb.de

Wczorajszy mecz Ligi Mistrzów przyniósł nieoczekiwane emocje. Jedna z najnudniej zapowiadających się par ćwierćfinałowych przysporzyła ogormnych emocji fanom futbolu (nie tylko fanom Borussi czy Malagi). Najwięcej oczywiście (anty)fanom polskiej trójki z Dortmundu. Bo Lewandowski jak nie strzela goli to jest źle, a jak strzela, to też jest źle. Oliwy do ognia dolał tylko Sergiusz Ryczel. I w Polsce znowu zawrzało. Nieważne kto wygrał, a kto przegrał. Ważne, że można ponarzekać, pohejotwać (taki ostatnio bardzo modny neologizm) i poczuć to coś!

 

Borussia przed wczorajszym meczem nie była w najlepszej sytuacji. Po ostatnim bezbramkowym remisie w Maladze, potrzebowała wczoraj strzelić o jednego gola więcej od drużyny swojego rywala. Zatem kiedy sędzia w 82. minucie uznał Maladze gola na 1:2, i to strzelonego z pozycji ewidentnie spalonej, wszyscy zamarli. Ci „najwierniejsi” dortmundczycy zaczęli już opuszczać stadion... Jakież musiało być ich zdziwienie, gdy w w 91. minucie Reus wyrównał! Wydawało się, że to gol na otarcie łez. A ja już w myślach zaczęłam układać scenariusz następnego artykułu, który miał dotyczyć problemu niekompetencji sędziów (jedną z sędziowskich kompetencji jest z całą pewnością szybkość) i „spalonej” bramki dla Malagi. Jakież było moje zdziwienie, gdy sąsiad zza ściany zaczął drzeć się w niebogłosy i coś ciężkiego zwaliło się u niego na podłogę. Prawdziwa eksplozja radości! Pomyślałam sobie: „Na pewno ma transmisję z opóźnieniem. Z czego on się cieszy? Przecież przy bramkowym remisie i tak awansuje Malaga”. Jak okazało się po chwili, to moja transmisja była opóźniona i kiedy Santana strzelił na 3:2 w 92. minucie, myślałam, że oszaleję z radości! I to wcale nie dlatego, że jestem fanką Borussi Dortmund, bo nie jestem. Też wcale nie dlatego, że jestem psychofanką Roberta Lewandowskiego czy innego Reusa. Ani też nie dlatego, że nie lubię Malagi. Nie. Po prostu to był dobry mecz, a ja kocham futbol. Właśnie dlatego. Jeżeli ja, osoba zupełnie emocjonalnie niezwiązana z żadną z grających wczoraj drużyn, byłam tak podekscytowana, to jak musieli czuć się kibice BVB i Malagi? Euforia w Dortmundzie była chyba wprost proporcjonalna do poziomu rozpaczy w Maladze. Gratuluje i współczuję.

 

Może też dlatego, że mecz był tak ciekawy i emocjonujący, a może dlatego, że byłam potwornie zmęczona i mecz oglądałam w pozycji półleżącej, komentarz Sergiusza Ryczela (tak, byłam jedną z tych sierotek, które miały wczoraj przyjemność spędzić mniej lub bardziej uroczy wieczór z panem Sergiuszem) jakoś specjalnie mi nie przeszkadzał. Raz faktycznie dał popis, drąc się w niebogłosy „gol!”, a okrzyk ten trwał dobrych kilkanaście sekund. Przyciszyłam odbiornik. I pokręciłam z irytacją głową. Może dlatego, że ten gol Lewandowskiego żadnej „wiosny” nie czynił. Może dlatego, że żaden ze mnie kibic Borussi. A może dlatego, że byłam zmęczona i potwornie głośne dźwięki czyjejś egzaltacji nie były mi w tym momencie niezbędne. Owszem, często mówił w 1 osobie liczby mnogiej, ale uznałam to za fakt zupełnie normalny. Polska stacja. W jednej z drużyn gra trzech polskich reprezentantów. Faktycznie, to żadna polska drużyna, mogło kogoś to w uszy zakoleć. Ale żeby od razu bluzgi? Żeby krzyki i podróżki? Żeby hejty (znowu to nasze ostatnio w Polsce bardzo popularne słówko)? Żeby od razu zakładać średnio sympatyczne fanpejdże na fejsbuku, tylko po to, żeby upuścić trochę jadu? Troche to wszystko dziwne...

 

Pamiętam kiedyś taki mecz, miałam może 10-12 lat. Grał Juventus z Manchesterem United. Komentował znany dziennikarz pewnej słonecznej stacji. Ewidentnie kibicował drużynie z Manchesteru, a ja miałam wtedy fazę na Juventus (w swoim życiu przechodziłam wiele różnych faz i nie uważam, że to coś złego; każdy dorasta, kibic też). I choć dziś, w meczu z Bayernem, Juventusowi kibicować nie będę, to tamten mecz zapadł mi w pamięć naprawdę głęboko. Bo jak można tak ostentacyjnie kibicować jednej z drużyn? Wtedy tego nie mogłam zrozumieć. Dopiero chyba na studiach zaobserwowałam tę różnicę między informowaniem a publicytyką i komentowaniem. Komentator, jak sama nazwa wskazuje, komentuje. Komentowanie nigdy nie jest obiektywne. Więc... o co ta cała afera?

 

W każdym kraju sprawą naturalną jest kibicowanie swoim. W drużynie z Dortmundu gra trzech polskich zawodników. Obiektywności wypowiedzi powinniśmy oczekiwać w meczu Ekstraklasy albo w meczu drużyn, które z Polską nic wspólnego nie mają (jakże często zdarza się, że jest inaczej – święte prawo komentatora!), ale Dortmund ma. Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek to są polscy piłkarze w Dortmundzie. Można ich nie lubić. Można hejtować ich grę, żeby sobie ulżyć. Ale dlaczego oczekiwać od komentatora bezstronności w meczu z mocnym polskim akcentem?! W Polsce zawsze wszystko jest na nie. Lewandowski nie strzela w kadrze? Wszyscy są obrażeni, że mu się nie chce. Strzela? Źle , bo z karnego. W Dortmundzie nie strzela? Robi nam wstyd, za dużo mu płacą! Strzela? Źle, bo to „dla Szwabów”, a przecież my ich nie lubimy! Nasza polska paranoja...

 

Nie bronię Ryczela, a może właśnie bronię? Pewnie gdybym była kibicem Malagi, jego komentarz strasznie by mnie irytował (w Polsce kibiców Malagi musi być naprawdę bardzo dużo, stąd pewnie ta dzisiejsza nagonka). Kibice, tak jak i komentatorzy, mają prawo do wolności słowa. Dla mnie Ryczel to normalny człowiek, który kibicował drużynie, w której grają Polacy. Nadal nie rozumiem, co jest w tym złego?!

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK