Paryż – miasto poetów, malarzy i zakochanych. Swoją wieżą Eiffla, Mona Lisą,  Luwrem i uroczymi kawiarenkami nęci każdego, i to nie tylko romantycznego, mieszkanca Europy. Dziesiątki tysięcy turystów rokrocznie rezerwuje bilety, by spędzić tu choć kilka niezapomnianych chwil.

 

Przyjeżdżając z prowincjalnego Białegostoku do Kolonii, zbliżyłam się do Paryża o całe 1300 km! Prowadzenie kursów języka niemieckiego dla obcokrajowców pozwalało mi na przeżycie, ale nie na wypady zagraniczne, a już na pewno nie do Paryża...

 

Tym razem szczęście mi dopisało. Jedna z uczestniczek kursu, Laura (z Kamerunu) w dowód wdzięczności zaproponowała mi weekend w Paryżu. Prawie jak filmie! Zgodziłam się bez zastanowienia. Brzmiało fantastycznie: podróż i nocleg za darmo oraz bieganie bez mapy! Laura znała dobrze to miasto. Oczami wyobraźni widziałam Mona Lisę w Luwrze, Pola Elizejskie, Bastylie...

Mocą mojej bujnej fantazji stałam na ostatniej kondygnacji wieży Eiffla, ogladałam płaskie dachy paryskich domów i kamienic... Taki był początek.

 

Wciśnięta w kącik samochodu eksmęża Laury, wśród krzyków i płaczu dzieci oraz głośnej kłótni rodziców (na szczęście po francusku, więc nic nie rozumiem), oglądam przez brudną szybę krajobrazy Belgii i staram się nie myśleć o rozsypanych ciastkach i pokruszonej czekoladzie. Mam nadzieję, że na niej nie siedzę, bo mam tylko jedną parę spodni... Po czterech godzinach „francuskiego hałasu“ dojeżdżamy do Paryża, który skrzętnie omijamy... Rodzina Laury nie mieszka w Paryżu lecz obok... Rozczarowanie! Trudno, jutro zobaczę stolicę Francji.

 

Zatrzymujemy się w ciemnym zaułku podmiejskiej, nieparyskiej uliczki. Jest 22:00. Jeszcze zakupy w afrykańskim sklepie pełnym odoru zepsutej ryby i przypraw – ten zapach na pewno nie jest apetyczny... Laura pakuje jakieś afrykańskie egzotyki: mleko kokosowe, pomarańczowo-żółte banany na frytki, jakąś trawę (może szczypior?) i rybę zawiniętą w francuską gazetę. Ryba jest super - okaz prosto z Kamerunu. Zaspany afrykański sprzedawca mówi coś do mnie. Nic nie rozumiem. Wzruszam ramionami. Wychodzimy.

 

Pukamy do wąskich drzwi małego domku jednopiętrowego. Otwiera nam kuzynka - aptekarka. Wita szerokim uśmiechem. Laura podziwia jej włosy za... 100 euro. To prawie jak za darmo - krzyczy do mnie Laura. Wchodzimy. Ktoś bierze moją walizkę. Nie widzę go. Spostrzegam tylko biel oczu i zębów. Ktoś inny mówi coś do mnie po francusku. Do you speak German or English? - pytam. Cisza... Zatem z konwersacji nici.

 

Idziemy na górę. W korytarzu wilgoć. Mam ją wszędzie: w nosie, gardle i ustach. Już nie myślę o przystojnym Kameruńczyku, który niesie moją walizkę. Chciałabym opuścić ten korytarz. Jak najszybciej!

 

Na pierwszym piętrze czuję się lepiej. Przystojniak znika, a wraz z nim moja mała walizka. Z kuchni rozprzestrzenia się intensywny zapach ryby. Zza framugi drzwi wychyla się Laura. Zaprasza mnie do wspólnego gotowania. Kobiety ubrane są w tradycyjne, intensywnie kolorowe, afrykańskie stroje. Są w ferworze przygotowań do kolacji. Ryba z gazety już obrana, na patelni smaży się zakupiona wcześniej trawa. To ona własnie tak „pachnie“. „Andere Länder, andere Sitten“ - mówi niemieckie przysłowie, więc i inne zapachy, i potrawy, i zioła... Tolerancja to podstawa. Nasze polskie flaczki to też nie Coco Chanel.

 

Kuchnia pełna kobiet. Ilu ich tu właściwie mieszka? - pomyślałam. Laura mi wyjaśnia, że około 12 osób. Wszyscy to krewni jej kuzynki. Opowiada mi kim jest jej rodzina. Jest zamożna, a nawet piastuje funkcje w rządzie Kamerunu. Następnie Laura zalewa rybę mlekiem kokosowym. Przeraźliwie chuda kobieta w żółtej sukience i turbanie sprawnie kroi pomarańczowo-żółte banany na frytki. Inna, w niebieskiej i bufiastej kreacji, smaży małe cząstki kurczaka z kośćmi. Jeszcze inna, ubrana na czerwono, daje mi około 2 kilogramy cebuli do obrania. A w kuchni jest jak fordzie: głośno, wszystko po francusku i wszędzie rozdeptane jedzenie: obierki, skórki bananów, łuski i kawałki ryby na podłodze. Przy ścianach piętrzą się sterty różnej wielkości i masy metalowych garnków, patelni i rondelków. Każdy mocno przypalony od dołu i... brudny z zewnątrz. Laura objaśnia, że tu garnki nie są myte, lecz wycierane.

 

Rozmowy toczą się po francusku, więc skupiam się na cebuli. Ludzie są serdeczni i gościnni. Ciągle się do mnie uśmiechają. Coś mówią, szturchają się wzajemnie, szturchają i mnie. Jest to na pewno wyraz serdeczności i akceptacji. Nie wiem jak mam się zachować. Dalej kroję cebulę...

 

Kolacja gotowa. Siedzę z czerwonymi oczami. Przypatruję się domownikom. Niektórzy są w strojach etnicznych, niektórzy nie. Do jadalni wchodzi jeden z krewnych i składa mi publicznie ofertę matrymonialną. Nie ukrywa, że byłabym dla niego dobrą żoną. Jego propozycja brzmi bardzo poważnie! Lubi białe kobiety, szczególnie, gdy mają niebieskie oczy, a ja właśnie takie mam. Przerażenie! Laura tłumaczy mi, że w Kamerunie wszystko mówi się bezpośrednio, również, kiedy mężczyźnie podoba się kobieta. Jej krewny mnie nagabuje i rząda odpowiedzi. Laura chyba mnie broni. Słyszę: „non, non, non!“ i widzę jak grozi mu palcem. Sytuacja się uspokaja, gdy na stole ustawione zostają pierwsze dania. Krewny zapomina o mnie i bierze się ochoczo za jedzenie. Co za ulga!

 

Podano mi talerz, niestety tylko wytarty... Moja ręka przykleja się do lepkiego blatu stołu. Palcami drugiej, tej czystej, biorę smażone jak frytki banany, ale te z góry (bez bakterii). Na szczęście do kawy podają mi czystą filiżankę. Tłumaczę się niestrawnością żołądka, by nie jeść ryby, ani kurczaka. Nie znam przypraw i nie jestem do nich przyzwyczajona. Gospodarze przegryzają, czy też przeżuwają, kawałki kurczaka z kośćmi, a następnie wypluwają je w formie sproszkowanej (tak mocno pogryzione) na talerz z jedzeniem. Teraz rozumiem, że w Arfryce jest głód i nic nie może się zmarnować. Przy stole toczą się głośne rozmowy wśród mlaskań. Wstajemy, żegnamy się i jedziemy do motelu.

 

Witaj Europo! Wchodzę do pokoiku z łazienką. Pod prysznicem zmywam gruntownie zapach cebuli i ryby. Rzucam sie na łóżko z myślą: „a jutro Paryż! Hurra!“ i natychmiast zasypiam.

 

Ciąg dalszy nastąpi...

 

Redakcja: Małgorzata Mieńko

Zdjęcia: Fidan Mamedova

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

  

POLONIA - MEDIA

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information OK