W oczach Rodaków wyjazd na Zachód kojarzy się najczęściej z wielką kasą, dobrobytem, kosztownymi upominkami, sowitymi przelewami,  ekskluzywnymi zakupami: auto, komórki, komputery, plazmy, kupno mieszkania,  budowa domu, studia córki, syna etc... No i to wszystko, moim zdaniem, jest ok. W końcu warto  skorzystać  z okazji szybkiego dorobienia się, jeśli taka możliwość istnieje. Wyjeżdżamy zazwyczaj z jedną torbą wypełnioną nadziejami na „złapanie Pana Boga za nogi”, pakując odzież roboczą, zapasy żywności: konserwy, jaja, słoiki weki. Kto nigdy nie pracował na Zachodzie, nie może sobie wyobrazić wyrzeczenia, na jakie decydują się ci, którzy wyjechali. Rodzinka w Polsce tego nie widzi i całe szczęście, bo niejedna żona, matka nie miałaby spokojnie przespanej nocy!

A jak sobie radzą ci,  co pracują na zachodzie? Bardzo dobrze, dzielne chłopaki, dziewczyny! – powiedziałabym. Bo to co Polak/Polka musi znosić wymaga grubej skóry, żeby to wszystko przeżyć z godnością i nie zwariować. Często rozmawiam z tymi, co wyjechali się na saksy. Żyją najczęściej w trudnych warunkach; wynajmowane pokoje są zazwyczaj bez wygód, a nocleguje w nich niekiedy i po trzy osoby. Ale, o dziwo, nie słychać narzekań na niewygody, ciasnota nie przeszkadza, dania z najtańszych produktów je się z apetytem. Żal im jest, jak powiadają, pieniędzy na lepsze mleko czy czekoladę szwajcarską, a o kupnie  dla siebie coś ekstra nie ma mowy. Przecież poświęcają się dla żony, matki, dzieci, muszą oszczędzać, ale kiedyś, potem zrekompensują sobie wyrzeczenia. Dobrze jest, jeśli ten trudny okres trwa rok,  no, dwa, ale jeśli to się przeciąga w lata, to zmiany w relacjach mąż- żona- dzieci mogą być nieodwracalne.
Niezbyt często, ale od czasu do czasu odwiedzam rodzinkę w Polsce. Jadąc busikiem mam okazję  spędzić kilka godzin na rozmowach  z rodakami, którzy na weekend wracają do swojego gniazda. Początkowo nie zawsze rozmowa się klei. Chłopcy i dziewczyny są zmęczeni, każdy ma za sobą ciężki tydzień. Wbrew utartym sloganom, na Zachodzie pieniądze nie lecą z nieba, ani nie leżą na ulicy, a jeśli jesteś na bezrobociu czy rencie to dostajesz naprawdę minimum, wyłącznie na zaspokojenie podstawowych potrzeb.  W Polsce jednak dalej się myśli po staremu, na zasadzie „tam jest dobrze i co ty pieprzysz, że cię nie stać?” Wracam jednak do moich podróżników. Kiedy te umęczone chłopiny i babeczki złapią oddech, zaczynają jednak w rozmowie podejmować ważne dla nich tematy, najczęściej rodzinne. Widać, że myślą o tym, co ich czeka w domu? Są niespokojni, nie wiedzą, albo wiedzą i to jest jeszcze gorsze.  Pewna znajoma sfinansowała przez 14 lat pracy na Zachodzie budowę dwu piętrowego domu, ładne auto dla męża, nie mówiąc o całej liście spełnionych życzeń syna, córki, teściowej, ciotki, szwagierki itp. Kiedy przyjeżdża do domu raz na miesiąc, a niekiedy nieproszona niespodziewanie, bo wciąż strasznie tęskni za najbliższymi, to ile razy jest już w domu, tyle razy musi się zastanowić, gdzie ma swój kąt? Mąż-zarządca wskazuje jakieś miejsce i mówi: „wypakuj się tam, na drugim piętrze”. Już nie spędza tego czasu razem, w pokoju męża, chyba że chodzi o posprzątanie lub wyprasowanie koszul. A dzieci, jak to dzieci, wyczekują prezentów na zamówienie, marudząc często, że „mówiłam ci, że to nie ta marka”. Małżonek jakiś z dystansem, owszem obligatoryjnie przytula się, ale broni się przed zbliżeniem komentując „co chcesz się pobzykać?” To zresztą działa w obie strony. Słyszę, jak żona pasażera siedzącego obok mnie, ponagla go przez  komórkę. Czeka gdzież na trasie na „odbiór ślubnego” i denerwuje ją, że przyjazd się przedłuża. Na powitanie chłopak otrzymuje wiązankę zarzutów, bo co on sobie właściwie myśli? „W domu czeka tyle roboty, a ty sobie przyjeżdżasz jak król i pewnie chce się popie….. odwrócić d… i spać?”
Inny od trzech lat pracuje po 10 godzin dziennie, dobrze zarabia, ale mieszka w suterenie bez kuchni. Nie ma czasu na szukanie lepszego lokum, po wypełnieniu planu z nawiązką chce przecież wrócić do domu. Ma dość życia bez żony, dzieci, ale nie…! Chłop nie może wracać bo jeszcze – zdaniem żony- nie ten czas. Plan co prawda został zrealizowany z nawiązką, ale potrzebna jest rezerwa finansowa, bo niedługo auto się zestarzeje, trzeba kupić nowe, a poza tym dzieci rosną, a ubrania drogie. I tak to z wyjazdu, który miał na przykład trwać rok robi się wiele lat a kobieta czy mężczyzna nieprędko wrócą z saksów do domu. To stara prawda. Znajdowanie szczęścia w mnożeniu dóbr jest niebezpieczne, niebezpieczne jest, kiedy człowiek uzależnia się od tego, co materialne. No cóż, apetyty wielu ludzi stały się siłą napędową i nie wyczuwa się już momentu przekroczenia granic. W pewnym momencie coś pęka i wtedy czujemy się osamotnieni w otoczeniu najbliższych. Wyjazdy na saksy na pewno podniosły standard życia wielu rodzin, tylko czy życiowy trening powolnego dorabiania się nie daje rodzinom więcej radości niż nienasycone zaspokajania głodu posiadania? Krystyna Koziewicz

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

 

  Zeitschrifft der POLONIA

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
Weitere Informationen Ok