Pater Ryszard Mroziuk, ein langjähriger Pfarrer der Polnischen Katholischen Mission in Dortmund, hat uns verlassen. Er starb wenige Tage nach dem 50. Jahrestag seines Priestertums. Vor einigen Jahren willigte er ein, seinen Lesern über seine Jugend, sein Elternhaus, sein Priestertum, seine Zweifel und die Freuden und Sorgen des Alltags zu erzählen.

Erinnern wir P. Ryszard Mroziuk an sein Gespräch mit Leonard Paszek:

Übersetzung folgt

 

Gdzie zaczęło się Księdza kapłaństwo? Czy 15-letni Rysiu wiedział, że zostanie księdzem?

15-letni Rysiu chciał być kolejarzem. Tak było ustalone w gronie rodzinnym. Nie byliśmy bogaci, więc poszedłem do Technikum Kolejowego bo tam dostawało się garnitur. W drugiej klasie technikum, mój katecheta uległ ciężkiemu wypadkowi. Odwiedziłem go i powiedział wówczas do mnie „Ja odejdę, a ty mnie zastąp”. Katecheta wyzdrowiał, a we mnie od tego czasu zaczęła dojrzewać myśl o kapłaństwie.

Jak zareagowała rodzina na decyzję wstąpienia do Seminarium?

Do momentu przyjęcia mojego podania w Seminarium nikomu nie mówiłem o swojej decyzji. Rodzina dowiedziała się dopiero dwa tygodnie po złożeniu dokumentów. Szczerze powiedziawszy nie byli zachwyceni. Myśleli, że pójdę do pracy i pomogę w utrzymaniu rodziny. Brat nawet powiedział takie słowa: „Jedyny brat i do tego klecha”. Później się tego wypierał. Nikt jednak nie potępiał, ani nie próbował odciągnąć od tego postanowienia.

Jaka była Księdza rodzina? Jakie miejsce zajmowała w niej religia?

Normalna, katolicka rodzina. Nie wyróżniała się jakąś szczególną pobożnością. Chodziliśmy wszyscy do kościoła w niedziele i święta, w okresie adwentu codziennie o 6 rano na roraty, byłem też od 15 roku życia ministrantem. Od czasu kiedy zacząłem myśleć o kapłaństwie, jeździłem do szkoły wcześniejszym autobusem, aby przed lekcjami pójść do kościoła.

Czy chodził Ksiądz na zabawy w czasie technikum?

Bardzo rzadko, może 2 razy uczestniczyłem w szkolnych zabawach. Dojeżdżałem codziennie do szkoły z Oleśnicy do Wrocławia, więc po lekcjach jeździłem zazwyczaj do domu.

Czy w trakcie seminarium nachodziły wątpliwości, czy pokusa odejścia?

Tak dwukrotnie. Pierwszy raz naszły mnie obawy na czwartym roku. Spotkałem wtedy byłego księdza. Pomyślałem sobie, że skoro on nie wytrzymał i po17 latach ściągnął sutannę, to może ja wystąpię już teraz, żeby nie robić później zgorszenia. Podzieliłem się moimi wątpliwościami z ojcem duchownym, obecnym biskupem Pazdurem. Powiedział mi wówczas zdanie: Dlaczego na kapłaństwo patrzeć przez pryzmat tych, którym się nie udało. Patrz na tych kapłanów, którzy żyją uczciwie i szczęśliwi dożywają starości. To tak jakbyś na małżeństwo patrzył przez pryzmat tylko tych nieudanych.

Drugi raz pojawiła się myśl o zrezygnowaniu tuż przed święceniami. Martwiłem się, czy podołam, czy będę dobrym księdzem. Powiedziano mi wówczas: „Przyłożyłeś rękę do pługa, więc z Bożą pomocą uda Ci się wytrwać”.

A później już, w trakcie trwania kapłaństwa?

Nie. 40 lat mojego kapłaństwa minęło, i do tej pory, ani chwili zachwiania. Dużo pomogła mi praca rekolekcyjna wśród młodzieży oraz praca parafialna. Jak mógłbym myśleć o rezygnacji, kiedy widzę na co dzień jak ludzie potrzebują kapłana.

Co Ksiądz robił po seminarium?

Zostałem skierowany do pracy parafialnej. Najpierw 3 lata byłem w Strzelinie, później biskup skierował mnie do parafii we Wrocławiu, Wołowie, Bukowie. Prowadziłem duszpasterstwo akademickie, jeździłem na pielgrzymki i wykonywałem wszystkie obowiązki wikarego lub proboszcza. I tak minęło prawie 17 lat mojego kapłaństwa.

Jak trafił Ksiądz do Niemiec? Czyja to była decyzja?

Od czasów seminaryjnych miałem kontakt z księdzem z NRD. Jeździłem do niego czasem i poznałem w ten sposób język niemiecki. Później w czasie wakacji, już jako kapłan, jeździłem czasem do Niemiec. Kiedy byłem proboszczem w Bukowie przyjechał do nas kardynał Gulbinowicz. Podczas rozmowy zapytał mnie co chciałbym dalej robić. Myślałem, że zostanę do końca w Bukowiu, wybudowałem dom parafialny, a przede wszystkim miałem wspaniałych parafian. Kardynał jednak podał mi kilka propozycji. Zapytał, czy chcę zostać, czy chcę parafię miejską, czy może chciałbym wyjechać do Niemiec. Nie wiedziałem, że w Niemczech są polskie parafie. Nie wiedziałem co robić, jednak biskup oczekiwał odpowiedzi. Równocześnie w tym samym czasie dostałem list z Dortmundu od moich byłych parafian. Pisali w nim, że ich obecny polski duszpasterz, ks. Tokarek, jest chory. Długo propozycje kardynała rozważałem, wahałem się, ale w końcu po dwóch miesiącach zgłosiłem gotowość wyjazdu do Niemiec.

W 1987 roku przyjechałem na Ewing, jest to dzielnica Dortmundu, gdzie po wojnie Amerykanie wybudowali osiedle dla Polaków. Po 10 latach przeniesiono polskie duszpasterstwo do kościoła św. Anny, czyli tu gdzie obecnie się znajdujemy.

Jak wyglądała konfrontacja z tutejszą rzeczywistością. Czy były obawy?

Nie, nie było żadnych obaw. Miałem wręcz świadomość, ze to była ta sama praca duszpasterska co w Polsce. Może z tą różnicą, że wielu wiernych tęskniło za ojczyzną. Specyficzny charakter miały msze za Ojczyznę.

A czy Ksiądz nie tęsknił za Polską?

Nie, nie tęskniłem, miałem moją Polskę tutaj. Podchodziłem do pracy z dużą euforią. Wiedziałem, że jestem rodakom potrzebny. Często traktowali plebanię jako swój drugi dom. Praca tutaj zawsze dawała mi wiele satysfakcji. Czasami tylko prosiłem aby przywieziono mi polską szynkę. Ale to dawne czasy.

Z jakimi problemami przychodzą dzisiaj parafianie?

Ostatnio coraz częściej młodzi ludzie przechodzą do sekt, grup okultystycznych, czy do  innych  wrogo nastawionych do Kościoła. Osobiście również bardzo duży nacisk kładę na naukę języka polskiego dla dzieci oraz języka niemieckiego dla dorosłych. Niestety spotykam wielu Polaków, którzy mieszkają w Niemczech od kilkunastu lat i do tej pory nie znają języka niemieckiego. Rodzi to z kolei poczucie wyobcowania, niespełnienia się w życiu. Również często przychodzą do  mnie ludzie żyjący w związkach niesakramentalnych. Staram się pomóc im przeprowadzić procesy o unieważnienie pierwszego małżeństwa.

Czy ks. prałat dr Ryszard Mroziuk ma jakieś swoje hobby?

Uwielbiam słuchać muzykę Chopina, Schuberta, Beethovena, czy Mozarta. Mam też słabość do kaktusów, jednak teraz coraz częściej je rozdaję.

Który święty jest Księdzu najbliższy?

Najbliższy sercu jest mi św. Andrzej Bobola. Czuję zdynamizowanie życia parafialnego w Dortmundzie od czasu, kiedy zdobyłem jego relikwie.

Nie można by przy okazji wywiadu, nie zapytać o celibat. Czy nie brakuje Księdzu rodziny?

Będąc sam, w każdej chwili zgłaszam gotowość służenia Panu Bogu i ludziom, do których mnie posłał. Moją rodziną są parafianie, chcę dla nich żyć i tworzyć życie parafialne.

Czy był Ksiądz zakochany?

Zakochany jestem, można powiedzieć, cały czas - w Panu Bogu i ludziach. A w szkole średniej, oczywiście, były szkolne sympatie, dziewczyny też mi się podobały. Bardzo trudno mi mówić o czymś co jest naturalnym prawem dla człowieka, jednak świadomie przez całe życie wybierałem drogę kapłaństwa, która oznacza rezygnacje z rodziny, czy bliskości drugiej osoby. Bałem się samotności, pewnie jak każdy ksiądz, ale po 40 latach kapłaństwa przyznać muszę, że jestem szczęśliwym księdzem.

Rozmawiał Leonard Paszek

Zdjęcia Robert Widera

KALENDARIUM

  

Newsletter

 

 

 

  Zeitschrifft der POLONIA

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.