Na scenie polonijnej Berlina od ponad roku działa organizacja „dachowa” - Polska Rada, która wszem i wobec deklaruje, że posiada mandat reprezentowania całej Polonii w tym mieście. Póki co, nikt jej racji nie odbiera i nie kwestionuje kompetencji, choć tak naprawdę reprezentuje osiem organizacji spośród stu istniejących. Celem nadrzędnym, jaki sobie postawiła Rada było zintegrowanie skłóconego środowiska. Mogłoby się wydawać, że  wspaniale. Bo i cele wzniosłe, i jeszcze niespodziewanie pojawił się lider, który miał uzyskać to, co się jeszcze nikomu nie udało – wziąć się za integrację i skłonić Polonusów do wypracowania wspólnego frontu działania. A chyba na to właśnie czekaliśmy i temu chyba byśmy wszyscy bez wyjątku przyklasnęli.
Start Rady też był nienajgorszy. Pojawił się wielki pomysł polityczny – wszyscy Polacy mieli podziękować całemu Miastu za pomoc, jakiej berlińczycy udzielili Polsce po wybuchu stanu wojennego. Można było mieć nadzieję i na integrację polonijną, i na nawiązanie przyjacielskich stosunków z berlińczykami. Imponowała intensywna aktywność w środowisku, a także w stosunkach z instytucjami. Sama osobiście entuzjastycznie kibicowałam nowej Radzie, spodziewając się, że stworzy przyjazną przestrzeń i przedstawi nowatorskie inicjatywy.
Ale już na początku lutego, kiedy Rada zorganizowała wielkie polonijne spotkanie działaczy, twórców i animatorów inicjatyw polonijnych, poczuliśmy, że zaszło jakieś ogromne nieporozumienie. Nie mówiono o ciekawych inicjatywach, interesujących programach, zrealizowanych projektach, dalekosiężnych planach - ważniejsza była kłótnia, której sens mało kto rozumiał. „No tak – komentowano za kulisami - jak nie wiadomo o co chodzi, to - jak w przysłowiu – chodzi o pieniądze!”
A do tego jeszcze, prawdopodobnie z nadmiaru otrzymanego zaufania, gratulacji czy zbieranych pochwał, PR poczuła się „orłem i sokołem” i nabrała przekonania, że jest odpowiedzialna za wszystkich i wszystko. Zaledwie po roku istnienia!  

Niewątpliwie wyraźnie widać,  iż dokonuje się właśnie proces reorganizacji sceny polonijnej Berlina. Dokąd zmierza Rada? Przyglądając się z boku rozmaitym zainicjowanym przez PR wydarzeniom, odnosi się wrażenie, że jej głównym celem jest zdobycie pozycji lidera w środowisku. Można to z jednej strony pochwalić – bądź co bądź wysokie ambicje. Z drugiej jednak - zaczyna uwierać nachalna ekspansja. Niepokój Polonusów budzi fakt, że „mali działacze i małe organizacje” otrzymały teraz tylko dwie opcje do wyboru – albo sprzymierzą się z Radą i, co tu dużo gadać, oddadzą pole, za uzyskanie wsparcia finansowego, albo zostaną odstawione na tor boczny, a wtedy nie zdobędą dofinansowania. Bo finansowanie otrzyma tylko potulny i posłuszny. I tylko pod warunkiem, że nie naraził się Decydentowi. Bo to on jeden jest obecnie preferowany i z góry wiadomo, kto dostanie pieniądze, a zatem kto rządzi, kto decyduje, kto wiedzie prym?
Nie spodziewałam się też, że Rada niemal natychmiast wpadnie w typowy berliński „kociołek polonijny”, myślałam, że nie będzie się wdawać w medialne wałkowanie afer, porażek i niepowodzeń, a  zacznie wreszcie NAJPIERW rozwijać struktury polonijne. O tym, że Polonia potrzebuje infrastruktury pisałam już wielokrotnie. Polonia nie miała i nadal nie ma swojego kąta, a wszystko wskazuje, że mieć nie będzie.
A już wydawało się, że może coś drgnie, bo dość niespodziewanie pojawiła się perspektywa.  Negocjacje rządowe pomiędzy Polską a RFN osiągnęły nowy etap. RFN zobowiązała się do finansowania strukturalnego a nie tylko projektowego inicjatyw polonijnych. A to oznacza, że może powstać biuro (z etatami) i polonijny portal społecznościowy w sieci. Być może więc za niemieckie pieniądze da się zbudować takie struktury, jakie dzięki finansowemu wsparciu rządu polskiego rozwinęła mniejszość niemiecka w Polsce. Prawdopodobnie jednak te ambitne plany wezmą w łeb, bo zamiast zjednoczyć siły, by uzyskać to, co się w końcu należy, dwie instytucje stanęły do walki między sobą, o to, kto jest lepszy i kto zatem będzie miał prawo wykorzystać tę zarysowującą się szansę. Istniejąca od zaledwie roku Polska Rada czy działający od lat Konwent Polaków? Kto powinien urzędować biurze, którego jeszcze nie ma? Konwent czy Rada? Czy ci zatem, co przez lata negocjowali Traktat - Konwent, czy panowie ambicjami z organizacji niszowych - Rada?
Kto by przypuszczał, że Polska Rada, głosząc szumne hasła jedności i zgody, wejdzie na ścieżkę zażartych walk personalnych.  Jak to było w filmie „Życie Briana”? To nie Rzymianie są głównym wrogiem Organizacji Wolnej Palestyny, lecz Organizacja Wolności Palestyny.  To nie z rządem RFN trzeba się spierać o jakość i wielkość przyznanej pomocy, lecz Polska Rada wodzi się za łby z Konwentem Polaków. Smutne, żenujące, śmieszne?
Starożytni głosili, że „Ubi concordia, ibi victoria - gdzie zgoda, tam zwycięstwo”. To samo pamiętamy przecież z „Zemsty” Fredry – „zgoda, a Bóg wtedy rękę poda”.
To co robi Polska Rada w szybkim tempie wykroczyło poza jej własne zapisy statutowe. Nagle  wygrzebano z lamusa złotą szlachecką wolność, liberum veto, wolnoć Tomku i pospolite ruszenie. Nagonka, niesprawiedliwe pomówienia... Walka polityczna? Może, ale nie byłabym taka pewna. To raczej instrumentalizowanie sporów tam, gdzie potrzebny jest merytoryczny dialog. Zapewne - są kwestie wymagające wyjaśnień, zawsze są jakieś sprawy nie rozwiązane i jakieś nie wyrównane rachunki krzywd. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – dlaczego Polska Rada w Berlinie stanęła przeciwko Konwentowi? Dla władz państwowych Polski i Niemiec uznanymi przez Senat RP reprezentantami Polonii są przewodniczący rady Polaków w Niemczech i jej Konwentu. Czy zatem działaniom Polskiej Rady przyświeca dobro Polaków i Polonii? Mam wątpliwości.  Lepiej by było, by nowi „przedstawiciele Berlina” przyjęli do wiadomości fakt, że to nie oni są reprezentacją Polonii, tylko co najwyżej rok temu zaczęli się starać o zyskanie pozycji. Są nowi,  nie mają jeszcze jakichś specjalnych zasług, a to, co się dzieje, to uzurpacja.

Spory kompetencyjne to długa i bolesna historia. Od lat obserwuję środowisko berlińskie i stwierdzam, że w  Polonii działają siły konstruktywne i siły niszczące, negujące zarówno dotychczasowe przedsięwzięcia, jak i te zamierzone. Nawet wtedy, jeśli osoby toczące spór mają rację, to pozostaje pytanie, dlaczego na miłość boską nie potrafimy ze sobą rozmawiać i porozumieć? Podstawowe pytanie brzmi jednak – dlaczego nie umiemy debatować po partnersku? Dlaczego zawsze i wszędzie musimy wszystko wyciągnąć na forum publiczne? Czy dlatego, że wtedy (i tylko wtedy?) można się „wyprofilować”, jak to formułują Niemcy, zaistnieć, coś znaczyć, podnieść status i własne ego. Zniszczyć z trudem zdobyte korzystne przywileje, jakie nam daje umowa z Niemcami, by potem usiąść na zgliszczach i zaczynać od nowa. Paranoja! I pomyśleć, że każdy chce tylko dobrze dla Polonii. Krystyna Koziewicz
0000-00-00  
Item Title of Your event

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

 

 FELIETONY - FEUILLETON

POLONIA - MEDIA

 

 

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

 

 

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information