altCi, którzy oglądają po raz pierwszy jego prace, zastanawiają się skąd tyle pomysłów i tyle możliwości twórczych. Bezmierna wydaje się także skala idei i konceptów. Zadziwia ekspresja obiektów, wykonanych tylko i jedynie w drewnie, odwołujących się do natury i życia. Dziesiątki wystaw, katalogów, setki artykułów w polskiej i  niemieckiej prasie, polskie prace magisterskie,  eksponaty w naszych muzeach są świadectwem niezwykłej kariery artysty, który ma w sobie upór i determinację samego Odyseusza z homeryckiej epopei.  Jego dzieła są zarówno dla Niemców jak i Polaków punktem odniesienia do przemyśleń nad istotą człowieczej wolności, wartości i siły, europejskiej jedności i  wspólnoty ludzkich celów i ideałów.  Siła przemawia z rzeźb i instalacji,  które wyeksponowane w wielkich przestrzeniach zdają się mówić prawdy,  jakich w codzienności sobie nie uświadamiamy. Tak więc zdumienie jest tą pierwszą reakcją,  jaka towarzyszy każdej wystawie gdańskiego artysty zamieszkałego od trzydziestu lat w Hamburgu.

Latem 1981 roku, jeszcze przed wybuchem stanu wojennego, Jan de Weryha-Wysoczański, absolwent Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku ( był uczniem profesorów: Alfreda Wiśniewskiego i Adama Smolany ) opuścił wraz z rodziną Trójmiasto i wyruszył na Zachód. Była to trudna, nawet rozpaczliwa decyzja. Wiodło mu się nie najgorzej, miał stałe zamówienia, nawet niezłe pienądze. To co wykonywał; statuetki, małe formy, medale nie dawały możliwości pełnej wypowiedzi artystycznej.  Do tego  sytuacja polityczna; atmosfera w środowisku twórców, w szkołach także była dla artysty i jego żony,  młodej polonistki, przytłaczająca, niekiedy nieznośna nawet.  

altEmigracja do Niemiec oznaczała konieczność zbudowania od nowa atrystycznej i zawodowej egzystencji. Start dla obojga był trudny.  Artysta potrzebuje spokoju, natchnienia, wyciszenia, nie biegania po urzędach, szukania lokum, nowych przyjaciół i możliwości zarobku.   Wysoczański wiedział, że utrzymanie rodziny w nowej , tej dostatniej i tak nowoczesnej rzeczywistości nie będzie wcale łatwe. Dobrze wiedział i to, że sztuka nie znosi kompromisów, wymaga wierności i oddania. Ten rozłam w duszy artysty jednych zabija, innych promuje. To zależy od otoczenia i charakteru. Wysoczańscy zawsze mieli szczęście do ludzi. Ich kultura, obycie,  nienaganne maniery, przede wszystkim zaś wiedza, ambicje, wrażliwość i ciekawość świata, sytuowały ich pośród życzliwych.

Tacy wychodzili Polakom na przeciw. I jeszcze coś takiego,  jak hamburskie  Deutsch – Polnische Gesellschaft z Aleksandrą  Jeszke Zillmer na czele i grupą otwartych, przyjaznych osób. Nawet w najtrudniejszych momentach płynęła stamtąd życzliwa rada i pomoc.  Także Polska Misja Katolicka brała pod swe skrzydła tych najbardziej zagubionych i osamotnionych, intelektualistów rzuconych na obczyznę.  

Tak więc ci wykształceni,  z dyplomami, po dobrych polskich uczelniach odnajdywali się i nawiązywali kontakty. Najszybciej lekarze. Do nich dołączali architekci, prawnicy, artyści, pedagodzy, a także ci z biznessu, którym pieniądze rozmaite  dyktowały fantazje i fanaberie.  Jan de Weryha Wysoczański nie mógł usiedzieć w miejscu. Gnało go po galeriach, muzeach, po wernisażach na których niemieccy koledzy prezentowali swe osiągnięcia. O jednym marzył bez ustanku; o własnej pracowni.  Miał ją w Gdańsku, więc dlaczego nie miałby jej mieć w Hamburgu?Kiedy w  domu, dla przyjaciół zorganizował pierwszą wystawę, utwierdził się w przekonaniu, że ...  jest po co żyć... że twórczość ma sens.    

altDrewno, nie kamień, ani nawet nie metal stały sią odtąd ukochanym tworzywem, materiałem w który wkłada serce, talent i pasję.  Szybko rozeszła się fama, że tworzy rzeczy niezwykłe, że potrafi poruszyć swą sztuką, że  drewnem „ zaklina” myśli i wyobrażenia o człowieku i  jego miejscu w  naturze, w kosmosie. Wiadomym się stało, że nie o sztukę salonową, komercyjną i łatwo zrozumiałą  chodzi. Gra idzie o wyobrażenia, o sens ekologii, istnienia, o wybory, harmonię, poszukiwania, odkrycia i zauroczenia.  Artysta podkreśla przy każdej okazji, że uwielbia drewno i drzewa, nasze rodzime  arboreta nade wszystko. Uważa, że drzewo właśnie posiada cechy,  na które ludzie pozytywnie reagują. Drzewa są życiem nie tylko dopóki rosną i przypominają o porach roku. Ułożone w kloce, pościnane,  mają swój zapach, świeżość i kolor, przy tym zmieniają się, reagują na warunki atmosferyczne, czekają na przeznaczenie. Mają swój los.

Weryha chce iść śladem dawnych mistrzów, aby zajść dalej jeszcze niż oni, bo w bezkres fantazji i skojarzeń. Przekracza więc granice, eksperymentuje, rozwija instrumentarium.  Technologię obróbki drewna świadomie ogranicza do minimum. Zmierza do tego, by w  pracach swych pokazać jego wielobarwność, strukturę, rozmaitość i zagadkowość. Wgląd w naturę stał się również celem jego sztuki. Jan de Weryha-Wysoczański zagospodarowuje całe przestrzenie hal, a jego ekspozycje mają majestat pomników i monumentów odwołujących się do prawd życia i śmierci, do harmonii, która bierze górę nad chaosem.   Nie o karierze myśli twórca rzucony w nieznane. Przychodzi mu się bowiem mierzyć z całą masą problemów, wątpliwości i obaw. Zdobyć uznanie w dziedzinie sztuki to kwestia lat i ciężkich zmagań.

Niemcy od niedawna dopiero otworzyli się na nowości z Europy Wschodniej. Ich sceptycyzm jest powszechnie znany. Jedynie w dziedzinie muzyki poddali się dużo wcześniej i szaleją za dziełami Krzysztofa Pendereckiego czy Henryka Mikołaja Góreckiego.  „Gdańskie korzenie”  Wysoczańskiego ułatwiały kontakty. Osobowością zjednywał ludzi, imponował pracowitością. Tak więc każda kolejna wystawa i doskonałe recenzje przynosiły niewymierny sukces.   Artysta nie popadał w dumę i entuzjazm, nie szalał ze szczęścia, lecz utwierdzał się w przekonaniu, że trzeba pracować i przedstawiać swe prace szerszemu gronu. Tak było i wówczas gdy miasto przyznało mu  opuszczone hale naprawy taboru kolejowego tuż koło dworca w Hamburgu- Harburgu.  Wysoczański urządził w nich z rozmachem niezwykle pomysłową pracownię i galerię.Zapraszał do niej ufając, że obcowanie ze sztuką łagodzi obyczaje, daje szanse na poznanie się i porozumienie. Zarówno Niemcy jak i Polacy czuli się tam jak u siebie.  

W 1998 został laureatem Prix du Jury, otrzymał pierwszą nagrodę ufundowaną przez Ministra Kultury w Salon de Printemps 98 w Luksemburgu. Rok później przystąpił do realizacji pomnika na terenie Muzeum-Miejsca Pamięci Neuengamme w Hamburgu. Pomnik upamiętnia deportowanych Polaków po upadku Powstania Warszawskiego w 1944 roku.  Jego wykonanie w strzegomskim granicie nie było zadaniem łatwym. Inne były oczekiwania rodaków mieszkających na obczyźnie, a inne miasta i dyrekcji samego Muzeum. Wysoczański pogodził po części sprzeczne tendencje i zamiary. Stworzył dzieło dostatecznie wymowne, odpowiadające wymogom miejsca i czasu.

Znany pisarz Andrzej Szczypiorski oglądając monument stwierdził: „ Ja nie umiem powiedzieć, czy pomnik może się podobać, - ten przemawia, on robi wrażenie." Profesor dr Christina Weiss była senator ds kultury w Hamburgu, była minister stanu ds kultury i mediów RFN powiedziała przy okazji jego odsłonięcia: „To co mnie w tym pomniku szczególnie fascynuje, to fakt zrezygnowania z jakiejkolwiek formy bezpośredniej ilustracji. W swej lapidarnej i symbolicznej abstrakcyjności dzieło to pozostawia nam dość miejsca do własnych skojarzeń i przemyśleń. Jan de Weryha – Wysoczański podarował naszemu miastu Hamburgowi i Muzeum KZ Neuengamme cenne, wywołujące wielkie wrażenie, wielowarstwowe dzieło sztuki. Pełna godności, przestrzenna metafora dla nie dającego się opisać okrucieństwa i bezgranicznych cierpień, pomnik, który stwarza przestrzeń do myślenia i przestrzeń do myślenia pozostawia.I przez to miejsce wspólnych wspomnień możemy się uczyć lepszej przyszłości".

Każda z wystaw artysty, zarówno te hamburskie,  te w Kunsthalle Wilhelmshaven czy w Galerii Szyb Wilsona w Katowicach, albo w uroczym Orońsku, w bliskiej sercu Gdańskiej Galerii Miejskiej i w wielu jeszcze miejscach w Polsce, Belgi, Niemczech, USA były wydarzeniem godnym uwagi, bo przemawiały siłą niespotykanych skojarzeń,  pięknem i prostotą sztuki, która ma nas wyzwalać z kompleksów, wrogości, uprzedzeń i zadufania.

Jan de Weryha Wysoczański prowadzi warsztaty artystyczne w swej obecnej pracowni na Bergedorfie w Hamburgu. Niemcy uczą się nie tylko rzeźby, poznają naszą kulturę, uczą się „romantycznego wyrażania siebie przez sztukę”.  Najtrafniej określił tę romantyczność dr Jan Stanisław Wojciechowski ( katalog dla wystawy w Katowicach w 2005 roku ) mówiąc, że : „Twórczość Wysoczańskiego przywraca imperatyw włączenia ludzkiej duchowości w proces rozpoznawania rzeczywistości i kreowania jej na miarę ludzkich potrzeb".  Jan de Weryha Wysoczański nie chce mówić o karierze, ani o sukcesach, opowiada o rozwoju, jaki dokonał się w nim samym w  ciągu trudnych lat pobytu w Niemczech.  Satysfakcjonuje go fakt, że praca jaką wykonuje nie jest daremna i wierzy, że jeszcze przyjdzie mu nie jeden raz  zadziwić i wzruszyć,  skłonić do refleksji przybyłych do jego pracowni i na jego wystawy.   Taka jest przecież rola artysty, twórcy, którego romantyczna natura z Polski się wywodzi, który w duszy swej ma nasze polskie arboreta.   

Sława Ratajczak - Hamburg

KALENDARIUM

0000-00-00  
Item Title of Your event

Newsletter