Z Bolkiem Kliemek spotykamy się na Bulowstrassse, podczas zebrania Zjednoczenia Polaków w Berlinie. Kiedy rozmawiamy, kolejno wchodzą i witają się serdecznie – Bonifatius Stopa i Józef Dunst, jego założyciele.
Pozwoli Pan , że zacznę nasz wywiad od pytań zasadniczych. Ile ma Pan teraz lat?
Bolko Kliemek : 48, bo od pewnego momentu można już przestawiać cyfry w zyciorysie, a ja jestem rocznik 1927.
A ile chciałby Pan mieć lat?
Nieważne ile, byle byłbym zdrowy, bo teraz trochę za dużo już mnie boli i strzyka.
Które lata były w Pan życiu najlepsze?
To było na pewno dzieciństwo. Dobrych miałem rodziców. Tata nigdy mnie nie bił, od mamy czasem coś przeskrobałem.
Pan jest najstarszym uczniem  berlińskiej „Oświaty”?
Najstarszym jeszcze żyjącym…  – śmieje się Kliemek. A „Oświata” to najstarszy związek polonijny w Niemczech, bo powstał 1896 roku. Potem dopiero, w 1922, stworzono Związek Polaków, a mój ojciec był jednym z założycieli. Urodziłem się w Berlinie, ale w domu mówiliśmy tylko po polsku, no chyba że jakiś Niemiec nas odwiedził. Oczywiście rodzice też mówili perfekcyjnie bez akcentu po niemiecku. Byli oni faktycznie pruskimi poddanymi. Kiedy się urodzili, nie było państwa polskiego ani państwa niemieckiego. Wtedy można było pielęgnować polskość tylko przy pomocy języka. Jak tylko zacząłem chodzić do szkoły w 33-tym roku, to jednocześnie poszedłem do „Oświaty” i moim nauczycielem był Jan Boenigk. Ten  Boenigk, który miał trzech synów bez imion. Niemiecki urząd stanu cywilnego nie przyjął polskich imion, które chciał dać swoim dzieciom, wiec on nadał synom w metrykach numery. To była słynna historia: jego synowie  do 1946 mieli zamiast imion cyfry rzymskie – I, II, III.
A Pana imię jak udało się zarejestrować ?  
Chyba Niemcy nie zorientowali się, że jest ono bardzo stare i prasłowiańskie. Nie kojarzyli z Bolesławem, czyli moim imiennikiem, któremu chcieli dodać „sławy” przez końcówkę.
Nazwisko Pana też jest typowo polskie.
Tak, moje nazwisko jest z poznańskiego, ale jego pisownia zmieniała się. Kiedy bardziej skrupulatny urzędnik pruski notował narodziny dziecka w naszej rodzinie, pisał je przez „e”, a  Niemiec, któremu było to obojętne, odejmował  „e” i zostawało Klimek.
Z tego, co Pan mówi, wynika, że polskości nauczył się Pan w Berlinie.
Nie tylko, regularnie jeździliśmy też do Polski. Moi dziadkowie są z Wielkopolski, czyli tzw. pyry poznańskie. W Poznańskiem nie było rodziny, która nie miałaby przynajmniej jednego krewnego w Niemczech  Raz w roku jeździłem tam w okolice Pleszewa na wakacje. Wszyscy członkowie Związku Polaków w Niemczech, którzy mieli legitymacje, otrzymywali zniżkę 50% na koleje. Ja jako uczeń  „Oświaty”, miałem też specjalną legitymację na nią. Na kilka dni przed wojną chcieli aresztować moją siostrę, ale jak pokazała legitymacje Rodła z ich charakterystycznym znakiem , to Niemiec puścił ją, bo myślał, że to pół hakenkreuza… – śmieje się pan Bolko.      

Mama też mnie zabierała na różne święta państwowe. Pamiętam, jak nasz ambasador, Hrabia Lipski, zorganizował  w budynku ambasady na Kurfurstenstrassse uroczystość pożegnalną w związku ze śmiercią Piłsudskiego, na której  ja też jako młody chłopak byłem z matką. Hitler wygłosił mowę pożegnalną, chwalił bardzo Piłsudskiego, a potem usiadł w pierwszym rzędzie. Tuż za nim siedział Jan Boenigk, a to był rok 1935. W trakcie wojny Boenigk był w obozie koncentracyjnym, ale po wojnie odwiedził nas w Berlinie. Ja mu wtedy powiedziałem w żartach, że to on jest winny wybuchowi wojny, bo jak wtedy siedział za Hitlerem to powinien był go zastrzelić.
A jak Pan przeżył wojnę?
Przede wszystkim trzeba  wiedzieć, że w Berlinie wśród jego mieszkańców było bardzo mało hitlerowców, zwolenników Hitlera. Ludzie tak się bali, że poddawali wszystkiemu. A dla tych berlińczyków, którzy nie zgadzali się z reżimem, w miejscowości Sonnenburg  (Słońsk) pod Kostrzyniem specjalnie utworzono obóz koncentracyjny. Nie każdy gestapowiec był bandytą. Z jednym to nawet w czasie wojny BBC słuchałem i nie mogłem uwierzyć, że Niemcy stworzyli obozy koncentracyjne.                                                                                               Mnie w 1934 roku wzięli do wojska i należałem od jednostki spadochroniarzy. 10 kwietnia 1945, podczas ofensywy Ardenów, dostałem się do niewoli. Większa część żołnierzy niemieckich myślała tak, jak ja, tylko bali się tego mówić. Trzy razy uciekałem z niewoli i dwa razy mnie złapali. Potem z matką z Gumieniec pod Szczecinem wróciłem pociągiem do Berlina w 1946 roku. My, „Polusi” w Niemczech, nie wiedzieliśmy, że ta nowa Polska jest komunistyczna. Związek Polaków w Niemczech w pierwszych latach po wojnie nazywał się Komitet Repatriacyjny i namawiał Polaków, żeby wrócili do Polski. Dlatego wyjechaliśmy całą rodziną z powrotem do Polski, myśląc, że jest ona państwem demokratycznym. UB chciało, żebym został jego współpracownikiem. W odpowiedzi ubekowi napisałem: Der grosste Schuft im ganzem Land da ist und bleibt der Denunziant (Największym łotrem w całym kraju pozostaje donosiciel). Kiedy pracowałem w Szczecinie, złożyliśmy wniosek na wyjazd do Niemiec. Żona i dwoje dzieci dostali pozwolenie, a ja – nie.  Dopiero po kilku odwołaniach mnie wypuścili z powrotem do Berlina.

Jak była przedwojenna Polonia niemiecka?
Chyba najbardziej zmieszana z Niemcami, szczególnie w zagłębiu Ruhry.  W Bochum ponad 50% ludności ma też pochodzenie polskie. Tylko oni się do tego nie przyznawali przed wojną i nawet z dziećmi nie mówili po polsku. Ja mam też rodzinę w zagłębiu Ruhry. Mój wujek, kiedy z ciocią rozmawiał po polsku, to tłumaczył swoim dzieciom, to „plattdeutsch”. Potem jak oni do nas przyjechali, to ich dzieci były bardzo zdziwione, kiedy powiedzieliśmy im, że to polski. To się działo przed II wojną, więc mogli się trochę bać represji z powodu pochodzenia. Największa część Polaków przywędrowała przed I wojną na teren Nadrenii z Pomorza, z Poznańskiego. Ślązacy wtedy rzadziej wyjeżdżali, bo jednak Śląsk był uprzemysłowiony i mieli pracę.
Jak Polacy przyjeżdżali do Berlina, to osiedlali się koło Schlesischer Bahnhof, dziś Ostbahnhof. Tam kiedyś, teraz koło  Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, była wielka mleczarnia Bolle Meierei i  tam zatrudniała tylko katolików. Przytłaczająca większość w Berlinie to byli ewangelicy i czasem pogardliwie wyrażali się o Polakach – nazywali ich „biali Żydzi”. W budynku Bolle był sala modlitw. Jak ktoś przyszedł pól godziny rano przed pracą i tam się pomodlił, to dostawał śniadanie za darmo. Jeszcze dzisiaj stoi ten budyneczek. Mieliśmy jeszcze jedną firmę w Berlinie, która zatrudniała tylko katolików – to był Brenninkmeijer, po wojnie C&A. Ten ostatni właściciel był księdzem. On przekazał wszystko w spadku Kościołowi katolickiemu. Polacy z Poznańskiego tak licznie przyjeżdżali do Berlina za pracą, że Fryderyk II kazał zbudować katedrę katolicką Świętej Jadwigi. Polonia w Niemczech, czyli Związek Polaków, założony 1922 roku, był o wiele lepiej zorganizowany przed wojną. Powojenne Zjednoczenie Polaków, do którego należę, ma teraz 50 członków, a mieliśmy swego czasu ich 1600 i byliśmy najsilniejszym związkiem polonijnym w Berlinie.
Z czego czuje się Pan dumny jako Polak?
Mieliśmy wielkich poetów, pisarzy…
Z czego czuje się Pan dumny jako Niemiec?
Mieliśmy wielkich poetów, pisarzy, noblistów…
To znaczy, że jest Pan podwójnie dumny ?
Tak, bo tu i tu mieliśmy, tylko, że polskich było trochę mniej… – śmieje się pan Bolko.
Ale czy czuje się Pan choć trochę Niemcem?

Po długiej chwili zastanowienia … Tak naprawdę – nie, bo mam świadomość, że moi wszyscy przodkowie ze strony matki i ojca byli Polakami, to dlaczego ja mam być Niemcem? Jestem od urodzenia Polakiem. Nigdy nie miałem kłopotów z urzędem niemieckim ze względu na pochodzenie. Ja jednocześnie jestem obywatelem niemieckim i nie przyjmowałbym polskiego obywatelstwa nawet, gdyby mi chcieli dać, bo nie mam po co. Paszport nie ma znaczenia, bo można mieć niemiecki paszport, a być Polakiem, albo polski paszport, a być Niemcem. A można być Polako-Niemcem albo Niemco-Polakiem. Dzieci z mieszanych rodzin mogą mieć kłopot.                                        Nigdy nikt mnie w Polsce nie spytał: „A co Ty, Polok jesteś na szwabskim paszporcie?” Tak samo po wojnie w Niemczech nie spotkałem się, żeby ktokolwiek do mnie zwrócił się antypolsko. My byliśmy w domu Polacy, ale bez nacjonalizmu i niechęć moich rodziców była do narodowców bardzo duża. Jestem Polakiem bez nacjonalizmu, bo każdy nacjonalizm ma w sobie elementy negatywne. Nacjonaliści z założenia traktują „nie nacjonalistów” z góry, jak coś gorszego. Paszport nie ma żadnego znaczenia. Jestem już bardziej Europejczykiem. I moim największym życzeniem jest, żebyśmy za sto lat mówili, że jesteśmy Europejczykami.

Czym się różnią Niemcy od  Polaków?
Niczym. Mamy tu i tam mądrych i głupich.
Czego możemy się od siebie nauczyć?
Musimy być tolerancyjni do innych też politycznie – po to, żeby już nie było wojny między Europejczykami! Unia jest najbezpieczniejszą rzeczą dla Europejczyków, żeby już się nie zabijali, a tylko sobie pomagali.
Co Pan myśli o statusie mniejszości dla Polaków w Niemczech, o który niektóre ugrupowania polonijne starają się?
Polskość, niemieckość, te inne „narodowościowości”, są na drodze przechodzenia w europejskość. Pojęcie narodowości będzie miało z roku na rok coraz mniejsze znaczenie, a będzie rozwijało się pojęcie europejskości. To jest proces długoterminowy.


Kiedy żegnamy się, pan Bolko podczas sesji zdjęciowej zaczyna śpiewać stare szlagiery typu „Ninon ach uśmiechnij się” po polsku i po niemiecku. Okazuje się, że jest śpiewanie jego pasją od zawsze. Nieśmiało podchodzi do nas starsza pani i przysłuchuje się uważnie. Wygląda na Niemkę, ale odnoszę wrażenie, że rozumie słowa polskich piosenek. Po chwili pełna podziwu chwali po niemiecku muzyczne zdolności szarmanckiego pana Bolka i przyznaje, że pierwszy raz od czasów wojny słyszy te piosenki. Wszystko rozumie po polsku, ale nie umie już mówić. Urodziła się w Warszawie. Jej rodzice – Niemcy, pracowali u Wedla, pamięta zbór ewangelicki na Placu Małachowskiego. Wyjechała z Warszawy, kiedy zaczęła się wojna, mając 11 lat. Nigdy potem nie była w Polsce, ale nadal pamięta polski. Odchodzi, dziękując Bolkowi za tę miłą sentymentalną niespodziankę, która ją spotkała. Nie chce podać swojego nazwiska…
Agata Lewandowski

 

0000-00-00  
Item Title of Your event

Newsletter

 

 

PORTA POLONICA

 

 FELIETONY - FEUILLETON

POLONIA - MEDIA

 

 

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY

 

 

 

Wir verwenden Cookies für die Funktionen auf unserer Website und um die Erfahrung unserer Nutzer zu verbessern.
More information