– Lazarowicz do wyjścia, rzeczy spakować!

 

Odprowadza mnie ciężkie spojrzenie zmęczonych strachem ludzi. Mietek patrzy z górnej pryczy. Nasze oczy na chwilę się spotykają. Polubiłem tego chłopca, tylko rok starszy od mojego Zbyszka. Powinien żyć, a nie gnić w tej celi. Widzę, że jego spojrzenie staje się szkliste, więc opuszczam wzrok. Wczoraj wyprowadzili dwóch, potem słyszeliśmy strzały, jeszcze dźwięczą w moich uszach. Tamci nie wrócili.

 

– Naprzód!

 

Kiedy mnie ostatni raz tędy prowadzili? Pewnie z tydzień temu, kiedy po raz kolejny proponowali mi współpracę.

– Tamtych i tak wyłapiemy, a ty, Lazarowicz, masz przecież rodzinę.

Nic nie odpowiedziałem. Gdybym się odgryzł, zaczęłoby się bicie, jak na ostatnim przesłuchaniu. Teraz nie mam czym pogryźć chleba. Jak mają zabić, zabiją. Lepiej zginąć jak człowiek, niż jak pies.

 

– Otworzyć drzwi!

 

Co powiedzieć dziecku, gdy się go widzi może ostatni raz? Jakie słowa ojca do syna, by zapamiętał? Bo to przecież tylko kilka słów pozwolą, nie tak, jak dawniej w czasie spacerów po lesie, kiedy mieliśmy na rozmowy cały dzień. Myślałem nad tym kilka wieczorów, gdy nie mogłem zasnąć. Spojrzę mu w oczy i powiem, że był dobrym synem. Że go kocham i zawsze będę kochał. Żeby tylko Zbyszek się nie rozpłakał. Tamci nie mogą zobaczyć słabości, bo potem już go nie wypuszczą.

Słowa przyszły same. Twarde i żołnierskie, jak uścisk, gdy ostatni raz trzymałem go w ramionach. Wyrósł na silnego mężczyznę, dłoń ma krzepką, zaprawioną. Pocałował moje ręce… Dobrze go wychowałem.

 

– Naprzód!

 

Wisienka wyglądała na tak zbolałą na procesie. Z daleka widać było, że co chwila obciera łzy. Ale przynajmniej przez te sześć dni miałem możliwość ją zobaczyć. To też dobrze. Takie pocieszenie po trzech latach rozłąki. Zastanawiałem się, co powiem, gdy przyjdzie moja kolej. Adwokat coś tam próbował tłumaczyć, ale wiadomo było, że to nic nie da.

– Oskarżony Lazarowicz, co oskarżony ma do powiedzenia na swoją obronę? – dotarło do mnie, gdy wpatrzony w żonę i młodszego syna zastanawiałem się, czy mają co jeść.

Pierwsze słowa, pamiętam, przyszły mi z trudem, bo w gardle całkiem mi zaschło. Nie dali nam jeść ani pić przez cały dzień. Ale potem już poszło. Powiedziałem, co miałem powiedzieć. Uśmiechnąłem się w duchu, wypowiadając ostatnie słowa: „I gdybym się drugi raz urodził, to zrobiłbym to samo, co zrobiłem”. Wszechogarniające odczucie Ojczyzny, złożone z narodzin, ślubów, uroczystości sierpniowych na odzyskanie niepodległości na chwilę ogrzało moje serce. Ale kiedy spojrzałem na Wisienkę, ten wewnętrzny uśmiech zgasł.

 

– W dół, złazić!

 

Do mojej świadomości przebija się sobie fragment z Biblii, kuszenie Jezusa na pustyni. Przecież jeszcze można się uratować. Zobaczyć żonę i dzieci. Co zrobił wtedy Jezus? Co zrobił?!

– Lazarowicz, wiesz, co cię czeka?

Wtedy Jezus nie mówił do demona inaczej, jak słowami Pisma.

– Niech ci Bóg wybaczy to, co chcesz zrobić.

 

Zaklejają mi usta. Ręce, które dotykają mojej twarzy z tyłu, drżą.

A więc boisz się Boga? Tak, zaklejcie mi usta, myśli nie zakleicie…!

– Naprzód!

 

Ta ostatnia rozmowa z synem. Trochę jak dowódcy z żołnierzem. Czemu nie powiedziałem mu, jak bardzo jestem z niego dumny? Jak dziękuję Bogu, że dał mi wspaniałego syna? Gdybym mógł jeszcze raz zobaczyć bliskich…

 

– STÓJ!

 

Bezwzględnie ograniczające mnie z boków ręce odpuszczają. Stoję teraz sam. Cisza. Gdzieś z daleka słychać komendy apelu wieczornego. Odległe bicie dzwonu, a może to moje serce tak łomocze? Kroki za mną, znów cisza. Potem szczęk przeładowania pistoletu.

– Boże, ulituj się nade mną…

 

!!!

 

Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona. To moja wiara i moje wielkie szczęście. Gdybyś odnalazł moją mogiłę, to na niej możesz te słowa napisać. Żegnaj, mój ukochany. Całuję i do serca tulę. Błogosławię i Królowej Polski oddaję. Ojciec.

Pytasz – czy ofiary nasze nie pójdą na marne, czy niespełnione sny powstaną z mogił,

czy syn będzie kontynuował idee ojca?

Wierzę – nie pójdą,  sny wstaną,  syn zastąpi ojca,  Ojczyzna niepodległość odzyska.

 

 

Opowiadanie poświęcam pamięci podpułkownika Adama Lazarowicza, pseudonim Klamra, ur. 14 października 1902 r, który został zamordowany przez komunistów strzałem w tył głowy wieczorem 1 marca 1951 r. w podziemiach więzienia mokotowskiego w Warszawie. Wraz z nim tego dnia zginął taką samą śmiercią jego przyjaciel, pułkownik Łukasz Ciepliński, którego grypsy  cytowane są pod opowiadaniem".

 

Autor opowiadania Andrzej Chodacki

Mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 

KALENDARIUM

0000-00-00  
Item Title of Your event
kontakt  
Kontakt z nami Dołącz do nas

 

Newsletter

TVP POLONIA - POLAND


 PEPE TV - POLONIA NRW

 

II KONGRESS - DUS 2014

 

PORTA POLONICA

 

 FELIETONY - FEUILLETON

POLONIA - MEDIA

 

 

 

  KWARTALNIK  POLONIJNY